Słoneczko oparło się o próg

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 21 marca 2003 r.

Chłopcy robili tamy na rzeczce, spiętrzali wodę nawet na dwa metry i skakali do niej z mostu. – Ludzie jadący drogą zatrzymywali samochody, żeby popatrzeć na Adama i jego kolegów – opowiada Jan Szturc, wujek i pierwszy trener Małysza.

Ojciec Jana Szturca i ojciec mamy Adama Małysza byli braćmi. Przyszły mistrz świata i jego przyszły trener mieszkali na jednym piętrze domu zwanego „Szturcówką”. Dziewiętnaście lat starszy wujek uprawiał kombinację norweską. – Przynosiłem narty do domu, stawiałem w sieni – wspomina. – Adam chodził wkoło i oglądał.
Za domem był staw, potem wyregulowany. Został potok i nazwa miejsca: „Za stawem”, gdzie chłopcy budowali sobie skocznię naturalną ze śniegu. – Adam jako dzieciak też tam próbował na króciutkich zjazdóweczkach – mówi Szturc. – Ale nie tylko skoki go pociągały; jak tylko była piłka na placu, to zaraz szedł kopać z chłopakami. Na rowerze też strasznie dużo jeździł. Lubił żartować, robił czasami kolegom figle. Jak każdy chłopiec w tym wieku.

Strażak bez pożaru

Dziadek Jana Szturca miał prywatną skocznię, na której można było skakać ponad 50 metrów. – W okolicy na każdej górce były prowizoryczne skocznie – opowiada wnuk. – Dziadek był jednym z zamożniejszych gospodarzy w Wiśle, miał sklep, dwie pary koni. Niedaleko domu rodzinnego wystawił skocznię z drewnianym rozbiegiem, wieżą sędziowską, na której w latach 50. rozegrano mistrzostwa Polski. Rozbieg był z samego gronia, a próg na płocie, zasypany. Sobota, niedziela przychodzili starsi skoczkowie, którzy skończyli już karierę i robili sobie zawody. Pod koniec lat 60. skocznia jednak zgniła.

Wśród Szturców było kilku skoczków. Z kolei tata Adama – Jan Małysz i jego dwaj bracia grali w A-klasowej drużynie piłkarskiej, najwierniejszego kibica mając w swym ojcu, który przez lata nie opuścił meczu w Wiśle. Adam był rozdarty między tradycje dwóch rodzin; w zimie  trenował skoki, a w lecie – futbol. – To niezupełnie tak – prostuje Jan Szturc. – Ja też grałem w piłkę i nawet niektórzy mówili, że nieźle mi to idzie, bo miałem kondycję z narciarstwa, trochę umiejętności. To był jednak tylko sport uzupełniający. Tak samo u Adama, który w klubie grał od trampkarza do juniora. Też w pomocy, też biegał po całym boisku. Może i początkowo zastanawiał się, co wybrać, ale kiedy w 1994 roku zaczął uzyskiwać wyniki w skokach na skalę krajową – nie było wyboru. Później jeszcze czasami grywaliśmy w drużynie Kopydła w piłkarskich turniejach dolin. Adam był już mistrzem Polski, zawsze przed meczem szedłem do przeciwników i prosiłem, żeby uważali na jego nogi.

Małysz musiał zrezygnować z jeszcze jednej rozrywki wieku szkolnego – młodzieżówki Ochotniczej Straży Pożarnej. Przez kilka lat należał do przybudówki OSP, co dwa tygodnie, rano w niedzielę, chodził na ćwiczenia. Do tego mecze piłkarskie, zawody sprawnościowe: rzut granatem, bieg, przeszkody. – Koledzy go namówili – tłumaczy wujek. – Nastoletnich chłopców do pożarów nie zabierano, poprzez gry i różne zajęcia wychowywano zaplecze wytrawnych strażaków-ochotników.

Projekcja w kinie „Marzenie”

Talenty wiślańskich skoczków wykluwają się od lat w samym sercu miasta. W Wiśle-Centrum stoją trzy skocznie o wspólnym zeskoku. Z jednej strony osłania je wzgórze pokryte w marcu kobiercem brunatnych zeszłorocznych liści. Naprzeciwko, za linią kolejową i drogą, nagie drzewa odsłaniają w głębi niedużego rynku okna kina „Marzenie”.
W roku, w którym rodził się Adam Małysz, Jan Szturc zdobywał mistrzostwo Polski juniorów w kombinacji norweskiej. Gdy dwa lata wcześniej otrzymywał podobny laur w kategorii juniorów młodszych, dziennikarz spytał 17-latka, jakie ma plany na przyszłość. – Chcę szkolić młodzież – odpowiedział.

Ziścił pragnienia mając przed sobą jeszcze kilka miesięcy startów: zebrał grupę kilku chłopców i zaczął uczyć ich podstaw. Wśród nich – sześciolatka wyciągniętego z domu rodzinnego. – W grudniu minie dwadzieścia lat, jak poszliśmy z Adamem na skocznię i oddał pierwszy skok, który przeszedł już do legendy – wspomina Jan Szturc. – Już po wylądowaniu Adama wyrzuciło z butów, narty pojechały w swoim kierunku, a on poleciał w przód. Pozbierał się, chłopcy przynieśli mu sprzęt, pomogli ubrać. I poszedł w górę na następny skok. W początkach dużo zdarza się podobnych wypadków. Nie ma odpowiedniego sprzętu dla dzieci, za duże obuwie.

Najtrudniejszy pierwszy skok

Skocznie w Wiśle-Centrum mają 17, 23 i 40 metrów. Nawet ta najmniejsza oglądana z wysokości deski startowej przyprawia o lekkie drżenie kolan ludzi przyzwyczajonych do podziwiania panoramy miasta z bezpiecznego balkonu.
– Bałeś się skacząc pierwszy raz?
 – Mhm – niechętnie odpowiada 10-latek w jasnozielonym kombinezonie.
Skocznia z wieżą jest trudniejsza od naturalnej –  jego ojciec, wysoki brunet ze szpakowatą brodą, jest bardziej rozmowny. – Pamiętam była taka na Baraniej Górze: dwie godziny stałem zanim odważyłem się skoczyć.
Najtrudniejszy jest pierwszy skok, potem idzie coraz łatwiej, przełamuje się barierę psychiczną – twierdzi Jan Szturc. – Niejednokrotnie trzeba chłopców namawiać, żeby zrobili taki zjazd ze skoczni; bez odbicia leci się 3-4 metry

Na ogrodzeniu skoczni wisi blaszana tabliczka z ostrzeżeniem: „Zjeżdżanie i przechodzenie grozi śmiercią”. A skakanie? – Ryzyko jest wkalkulowane w ten sport; nawet na konkursach Pucharu Świata zdarzają się przykre upadki – mówi trener Szturc. – Początkujących chłopców staramy się puszczać w optymalnych warunkach, bo czasami odruchowo puszczają narty po otrzymaniu ostrego podmuchu wiatru. Tłumaczę im, żeby nie reagowali nerwowo na skoczni. Zwykle wszystko kończy się szczęśliwie. Od kiedy nastał styl „V”, skoki stały się bezpieczniejsze, łatwiej można sobie poradzić przy mocniejszym wietrze.

Zazwyczaj radził sobie i Małysz, choć pewnego razu wyczyniał na skoczni karkołomne ewolucje. – Podczas treningu wiosną w Łabajowie słoneczko opierało się o próg – opowiada Jan Szturc. – Na najeździe podłoże było szybkie, ale na progu stała woda, która zwalniała. Adama tak przytrzymało, że przekręcił salto w powietrzu, a potem „skulał się” na dół bez nart. Wstał i upadł z powrotem. Na szczęście, nic poważnego mu się nie stało, po treningu odwieźliśmy go do domu.

Złość wojownika

Szkolenie młodzieży w KS Wisła od niespełna dwóch lat – kiedy na klub zaczęła łożyć Ustronianka – jest zakrojone na coraz większą skalę. Ostatnio jednak nieporozumienia między władzami klubu i miasta sprawiły, że dalszy sponsoring stanął pod znakiem zapytania. – Bez Ustronianki klub nie jest w stanie utrzymać tak dużej grupy zawodników – twierdzi Jan Szturc. – Niedawno byliśmy na mistrzostwach Polski UKS w Zakopanem, gdzie nasi w większości powygrywali swoje konkurencje. Zabraliśmy największą w historii grupę 37 zawodników. Dawniej paru chłopców wsiadało do Nyski, a teraz pojechały dwa autobusy Iveco i bus. Do tego dochodzą narty, kamery, laptop, kombinezony. Od piętnastu lat zawodnicy klubu nie otrzymali dresów, a w tamtym roku Ustronianka je zakupiła.

***

Dwaj pozostali klubowi trenerzy, Jan Kawulok i Mirosław Kędzior, raz po raz wysyłają w powietrze kolejnych adeptów. Nierzadko skoki wyhamowywane są na rękach i pośladkach, czasami ostry skręt na wybiegu kończy się upadkiem na bok. – Jak było? – padają zwyczajowe pytania. – Nieźle spróbuj jeszcze raz. – A teraz?Jeszcze lepiej; kiedy obniżysz klatkę piersiową, pewniej lądujesz – instruuje Kędzior.

***

Małysz początkowo przegrywał z wieloma rówieśnikami. – Niektórzy byli o dwie głowy wyżsi od niego – opowiada Jan Szturc, który szkoli zawodników dwutorowo: na skoczków i „kombinatorów”. – Adam jednak to wojownik. Kiedyś na mistrzostwach Polski seniorów w kombinacji norweskiej wystawiłem drużynę juniorów młodszych. Na ostatniej zmianie na trasie biegowej za Adamem biegł senior z BBTS Bielsko-Biała i wydawało się, że go połknie, ale on z taką zadziornością odpierał jego ataki, że obronił czwarte miejsce.
Potrafił się też zezłościć. Jakieś jedenaście lat temu, był w Wiśle konkurs z okazji „Tygodnia Kultury Beskidzkiej”. Skakał dosyć dobrze i policzyłem, że na pewno będzie na podium. Spiker jednak ogłosił nieoficjalne rezultaty i Adama nie było w trójce, więc pobiegł do domu nic nikomu nie mówiąc. Potem głoszą oficjalne wyniki, Adam na trzecim miejscu, a nagrodę odbierał ojciec.

Powrót do korzeni

Drobne, jaskrawo odziane figurki ofiarnie pną się do góry po schodach z metalowych kratownic. Treningowi przygląda się kilku rodziców. – W lecie, na igelicie, idę na 40-metrową skocznię – klaruje jakiś chłopiec swemu tacie.

***

Jan Szturc był trenerem Małysza przez jedenaście lat. To on w dużej mierze stworzył jego cudowną technikę. – Na początku lat 90. pojechaliśmy na mistrzostwa Tatrzańskiego Związku Narciarskiego do Zakopanego – wspomina. – Adam pierwsze zawody ogólnopolskie w swej kategorii i bardzo się wszystkim spodobał. „Weissflog, Weissflog jedzie” – komentowano na skoczni. Niemiec był wtedy na fali, a dla Adama jest wzorem do dzisiaj. Najtrudniej było mu przejść na „fałkę”, gdy miał14 lat. Rozszerzał jednocześnie szpice i pięty tak, że narty prowadził równolegle. Powtarzałem mu: „Weissflog był dużo starszy od ciebie, gdy się przestawiał ze stylu klasycznego. Ty też możesz”. Ćwiczył coraz śmielej, coraz śmielej i w końcu się udało.

W 1994 roku wreszcie wybuchł talent Małysza; 17-latek pokonał niespodziewanie w mistrzostwach Polski seniorów bardziej utytułowanych rywali. Trafił do kadry narodowej Pavla Mikeski, który poprowadził go do pierwszych sukcesów międzynarodowych. Obok kilku członków zarządu KS Wisła, wyłożył nawet własne pieniądze na start Małysza w Turnieju Czterech Skoczni. – Należy mu się uznanie, bo jako pierwszy wprowadził pieniądze do polskich skoków, pozyskał sponsorów. Był dobrym menedżerem – chwali Jan Szturc. Gdy jednak Małysz przeżywał nagłe załamanie formy, stał się głównym antagonistą Czecha. – Musiałem się się wtrącić. Adam dostawał bardzo duże obciążenia, a nie było efektów. Rodziły się błędy techniczne; nie miał odbicia, tylko takie rzuty do przodu.
W porozumieniu z prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, Pawłem Włodarczykiem i ówczesnym jego zastępcą, Apoloniuszem Tajnerem, załatwiono „lewe” zwolnienie lekarskie, aby wyciągnąć Małysza z kadry. Skoczek, który miał już za sobą zwycięstwa w konkursach Pucharu Świata, wrócił do korzeni: na 17-metrowy obiekt w Wiśle-Centrum.

Od nowa ćwiczyliśmy technikę, imitacje: lądowanie na materace z pozycji dynamicznej – z wózka; z pozycji statycznej – z miejsca – opisuje szkoleniowiec, którego mistrz świata do dzisiaj czasami pyta o opinie. – Po kilku dniach poszliśmy na 40-metrową skocznię, ale ciągle wychodziły błędy, więc wróciliśmy tam, gdzie oddał swój pierwszy skok w życiu; trenowaliśmy dojazd i odbicie. Wszystko w tajemnicy przed Mikeską.

Obie połowy sukcesu

Trener Małysza cieszy się szacunkiem mieszkańców dzielnicy Wisły – Kopydła. „Jasio” – mówią z sympatią. – Zawsze do wszystkich jestem pozytywnie nastawiony, nie wchodzę w zatargi – wyjaśnia. – To też sukces, że nie mam wrogów.
Traktują go jak swego, bo jest tak jak oni człowiekiem ciężkiej pracy. –  Ojciec wcześnie mi zmarł, musiałem pomagać mamie – wspomina. – Po powrocie z treningu, czy szkoły, zawsze czekały obowiązki domowe.
Gospodarstwo rolne prowadzi także przez cały okres kariery trenerskiej. – Kiedyś w oborze było nawet sześć krów i jeszcze inne głowy – cielęta i byczki. Rodzice żony bardzo nam wtedy pomogli; mogłem wyjeżdżać na zgrupowania, zawody. Dzisiaj gospodarstwo zostało, ale bez krów.

***

Jeden z chłopców biega wokół klubowego domku, który jest jednocześnie siedzibą fundacji Izabeli i Adama Małyszów. – Trenerze, śmiech to witamina B – pokrzykuje.
– Raz skoczyłeś, „wyglebiłeś” i teraz już tylko zabawa? – strofuje go Mirosław Kędzior.
– Bo ja cały jestem „wyglebiony” – nie traci rezonu maluch.

***

– Lubię tę pracę, daję z siebie wszystko co mogę i to jest połowa sukcesu – zwierza się Szturc. – Druga połowa to satysfakcja, gdy widzę radość, postępy chłopców. Medale, które zdobywają.
Pavel Mikeska proponował mu asystenturę w reprezentacji narodowej. Odmówił, bo żal mu było opuszczać silną grupę klubowych juniorów. Dzisiaj także nie ciągnie go świat wielkich skoków.
– Może. Kiedyś. Na razie moje miejsce jest tutaj, w Wiśle – przekonuje. – Gdy zaczynałem, miałem pięciu zawodników. Dzisiaj jest siedemdziesięciu, a tylko wczoraj zgłosiło się ośmioro.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*