Śmiechoterapeuta naszej reprezentacji

Wywiad ukazał się w „Przeglądzie Sportowym pod skocznię” z 29-30 stycznia 2005 r.

– Wierzę w sukcesy polskich sportowców nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi – powtarza często Marcin Daniec. I traktuje tę deklarację śmiertelnie poważnie.
Podczas Gali Mistrzów Sportu wynosił pod niebiosa Adama Małysza. – Wiedziałem, że jeszcze będzie wygrywał. Teraz Ahoneny i Kasaje jedzom bułki i banany, a Małysz szynki i kawiory – parodiował gwarę góralską.
– Dlaczego był pan taki pewny jego powrotu do formy?
– Nie jest to przypadkowy sportowiec, któremu się udało coś wygrać. To fantastyczny skoczek z niebywałym talentem. Nie można nagle zapomnieć, że się umie skakać. Można mieć tylko spadek formy. Wierzyłem, że pokaże jeszcze, co potrafi. Chciałem też w tym monologu lekko pstryknąć w nosek tych, którzy szybko zapomnieli jakich radości i emocji nam dostarczył. „Eee, no, co tam, czwarte, siódme”. Mam paru kolegów, co tak mówią, słuchać tego nie mogę! Przerywam brutalnie takie wywody. Albo zmieniam temat, albo wychodzę.
– Skąd pan wiedział, że nie zaszkodzi mu odstawienie bułki z bananem?
– To świetny samograj. Jak „Nie chcem, ale muszem”, albo owies pewnej posłanki. Szlagwort, fantastyczny kabaretowo. Ale w istocie wszyscy skoczkowie rzucili się na te bułki z bananem, a Małysz wsuwa szynkę i kawiory.
– Mówi pan to jako absolwent krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego?
– Przez kilka semestrów miałem zajęcia z anatomii, fizjologii. Kiedy rozmawiam o sporcie bardzo rzadko włączam akumulatory kabaretowe, bo uważam się za znawcę tematyki.
– Nie chce pan patrzeć na skoki z przymrużeniem oka?
– Na gali przedstawiłem fragment czterdziestominutowego skeczu. Było o wątpliwym „konkursiku strzeleckim” – kto trafi niemieckiego skoczka śnieżką. O sponsorze, Poczcie Polskiej, gdzie mój sceniczny góral się zastanawiał, po co monopoliście reklamy: „Jesce patsyć jak sie na skockach zacnie reklamować kolej”. Było o pielgrzymkach naszych najważniejszych, żeby ich „Ten Adaś pobłogosławił, namaścił”. O chwiejących się kibicach. Najmniej parodiowałem Adama.
– Bardziej do żartów nadawał się Andrzej Gołota?
– Kolejny samograj. Jeśli nam się trąbi przez kilkanaście tygodni, że Polak będzie walczył o mistrzostwo świata, jeśli człowiek zarywa noc, rezerwuje bilety w klubach z dobrymi telebimami, a walka trwa tak krótko, że mogłaby się zmieścić w Teleekspressie…
– I nie można wyjść do ubikacji, żeby jej nie przegapić.
– To jak gotowy scenariusz. Mogę panu zdradzić, że byłem na takim zbiorowym oglądaniu walki Gołoty w Poznaniu. Może nie w klubie „Giselle”, żeby mnie nikt nie zmiażdżył za kryptoreklamę. Szef tego klubu, świetny facet, zaprosił mnie do eleganckiej loży ze skórzanymi fotelami. Natomiast ten ścisk, który zobaczyłem na dole, przeniosłem do monologu.
– Świetnym tematem skeczu jest też zachowanie publiczności w trakcie Pucharze Świata w Zakopanem.
– To już było. Kupuje pan bilet, a ochroniarz może panu powiedzieć: „A ty gdzie? Nie da się wejść, bo są już cztery nadkomplety”. Teraz jest to nieaktualne, bo panowie się zorientowali, że robią rzecz nie do skomentowania. Zauważam coroczny spadek ilości drukowanych biletów. A teraz wręcz spotkała ich za to kara Boskaa. Ludzie boją się, że będą wracali do Krakowa jedenaście godzin i wejściówki nie sprzedają się tak świetnie jak na sobotę.
– Ale i tak będą mieli nadkomplet.
– Tak, ale już pojedynczy.
– A pan wybiera się do Zakopanego?
– Robert Korzeniowski, mój kolega i sąsiad, wie, że jednym z moich największych młodzieńczych marzeń był fach komentatora sportowego. Po części to się spełniło, podczas meczu Widzewa z Legią i Wisły z Legią. Robert zaproponował mi komentowanie konkursów w Zakopanem. Nie dość, że mam wtedy recitale, to są nie do odwołania, bo sprzedano wszystkie bilety, a na dodatek gram w Londynie. To jeden ze smutniejszych dni w moim życiu, kiedy musiałem odmówić Robertowi.
– Pozostaje telewizor?
– Jestem maniakiem, godziny rozpoczęcia transmisji mam zaznaczone w kalendarzu olbrzymią czcionką. Obojętnie, czy są w Finlandii, czy w Japonii.
– Pamięta pan Eddiego Edwardsa? Jak spadał z progu i wymachiwał rękami przy lądowaniu?
– Jasne, to najzabawniejszy skoczek narciarski świata.
– Trafia w pańskie poczucie humoru?
– Świetny żart. Tak samo jak ten pływak na igrzyskach w Sydney, z którym moja żona by wygrała. W tych bardzo napuszonych, śmiertelnie poważnie przeprowadzanych imprezach sportowych właśnie oni są dowodami, że nie musimy wszystkiego brać na serio. A z drugiej strony – kilka razy w ciągu roku odbywają się tenisowe turnieje artystów, które nazywamy mistrzostwami świata. Sympatyczne spotkania, które traktujemy jako zabawę. Jest tam jednak niesamowita walka, zacietrzewienie, spięcia. Każdy dorosły mężczyzna jest w sumie małym chłopcem, który uwielbia element rywalizacji.
– Urządzał pan przedstawienia dla reprezentacji piłkarskiej. Jak to jest – grać dla tak szczupłej widowni?
– Miałem niebywałą przyjemność bycia „śmiechoterapeutą reprezentacji”. To były czasy Antoniego Piechniczka, Edzia Sochy, Janusza Wójcika. Kiedy nie było mediów, kobiet na widowni – można sobie było pozwolić na większą frywolność i anegdoty branżowe.
– Umieją się śmiać z siebie?
– Oczywiście, są to fantastyczni ludzie, na sporym luzie. Pozostały przyjaźnie, na przykład z Piotrkiem Nowakiem, który był autorem jednego z tekstów wykorzystanego później w moim kabarecie. Po meczu Polska – Włochy siedzieliśmy w kawiarni, a on ni stąd ni z owąd zapytał kelnerkę: „Widziała pani kiedyś prawdziwych kowbojów?”. Ona zaskoczona, a Piotrek dopowiada: „Bo my z Dańcem jesteśmy ostatni Mohikanie”. Jędrek Woźniak przy pierwszym spotkaniu przywitał mnie słowami: „Nie lubię cię”. Byłem przerażony, bo chłopisko ma prawie dwa metry. A on po długiej pauzie: Nie lubię cię, bo moja żona cię kocha prawie tak samo jak mnie”. Ulżyło mi.
Byłem z córką dwa tygodnie u rodziny Świerczewskich, kiedy Piotr grał jeszcze w Bastii. Do dzisiaj gramy w tenisa. Świetnym gościem jest również Tomek Iwan. Dwukrotnie w filharmonii była cała „śmietana” Wisełki. Nieoficjalnymi szefami tych wyjść byli Mirek Szymkowiak i Tomuś Kłos. A na ostatnie nagranie telewizyjnych „Marzeń…” przyszła delegacja Cracovii z Markiem Citką – byłem zresztą na jego ślubie – i Kaziem Węgrzynem.
– A nie zostałby pan śmiechoterapeutą kadry skoczków? Kontynuowałby pan pracę doktora Blecharza przy rozluźnianiu przedstartowym.
– Gdyby padła taka propozycja – biorę to w ciemno. Tym bardziej że dowiedziałem się, że Adam ma mnóstwo moich kaset, które wozi na zgrupowania.
– Po meczu z Lazio mówił pan: „Przysięgam wam, że jesienią Wisła zagra w Lidze Mistrzów”. Jesienią przypomniałem to panu po meczach z Anderlechtem. To część tej wiary w sukcesy na przekór zdrowemu rozsądkowi?
– Tak, to ta charakterystyczna szabla ułańska w dłoni. Gdyby jednak Wisła zagrała z Anderlechtem jak z Lazio, to na pewno weszłaby do grona najlepszych drużyn w Europie. Nawet kiedy nasi jadą na Wembley nigdy w życiu nie przeszłoby mi przez gardło stwierdzenie: „Przegramy”. Nawet jeśli zdrowy rozsądek odbiera prawo do zwycięstwa z Brazylią, Włochami, Hiszpanią. Prawdziwy kibic to taki, który trzyma z naszymi na dobre i na złe. Ale też nie można być szowinistą. Jeśli wygrywa Małysz – to cudne, ale kiedy Ahonen jest w takiej formie jak obecnie to chapeaux bas i nie ma mu co dokuczać i rzucać w niego śnieżkami. Chodzę na mecze Wisły, ale przysięgam, że życzyłem Cracovii awansu do pierwszej ligi. Mało tego wyobraża pan sobie, żeby przy Kałuży zagrał Milan, a przy Reymonta Barcelona? Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego? Jakie byłyby to cudowne chwile dla Krakowa! Szpanowalibyśmy na całą Europę.
– Jeszcze łatwiej byłoby chyba przysiąc, że Małysz zdobędzie „złoto” na przyszłorocznej olimpiadzie?
– Oczywiście! Już w poprzednich igrzyskach Adam miałby „złoto” i „srebro”, gdyby nie fuks Ammana. Szwajcarzy to dopiero przeżywają dramat – chłop zdobył dwa złote medale, a w Szwajcarii już nikt o tym nie pamięta. Niemcy mają najlepszego zawodnika na dziesiątym miejscu w Pucharze Świata. Oni mają problem. Wiem ile zdrowia kosztuje utrzymanie się na szczycie. Adamowi należy się szacunek pomnożony razy tysiąc.
– A fascynacji i wzruszeń będzie nam musiało starczyć na następne trzydzieści lat?
– Mieliśmy kolejny talent, myślę o Rutkowskim. I tu jest problem młodych zespołów którym rozgłośnia dwa razy wyemituje ich piosenkę. Następuje samoodkręcenie kranika z wodą sodową. Obyśmy nie musieli powiedzieć: „Zanosiło się, że będzie to dobry sportowiec”.
– Kuba Wojewódzki powiedział w wywiadzie dla naszej gazety: „Miło było patrzeć, jak nasza reprezentacja piłkarska zdobywa medal w 1974 roku. Przykre jest, że przerodziło się to w regularnie powtarzany przez kilkadziesiąt lat seans spirytystyczny”.
– Pamiętam kolejność bramek zdobywanych wtedy przez Polaków. Pozwolę się przetestować: pierwszą strzelił Lato, potem Szarmach, potem znowu Lato, aż do gola Laty w ostatnim meczu z Brazylią. Do dzisiaj to pamiętam. Niestety, zapomina się o trzecim miejscu Piechniczka w Hiszpanii.
– Zapominałoby się więcej, gdyby nasi częściej wygrywali.
– Racja! Często się zastanawiam jak w naszej sytuacji możemy paplać o tym, że powinniśmy zdobywać dwadzieścia złotych medali olimpijskich? Jaka sytuacja kraju, taka sytuacja w sporcie.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.