Snajper bez sutanny

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 22 listopada 2002 r.

– Jest jednym z niewielu, a może jedynym polskim napastnikiem, potrafiącym zagrać z dwoma obrońcami na plecach – komplementował niedawno Marcina Kuźbę selekcjoner reprezentacji, Zbigniew Boniek.
– To przyszło z czasem; w Polsce zdobyłem podstawy, ale dużo nauczyłem się później – twierdzi 25-letni zawodnik krakowskiej Wisły. – W St. Etienne była twarda walka. Tam trzeba być mocnym fizycznie, żeby utrzymać przy sobie piłkę. Nabrałem wtedy doświadczenia, które dzisiaj procentuje.

Nie każdy mecz jest jego świętem. Tydzień temu „Biała Gwiazda” rzuciła na kolana Parmę; po raz pierwszy od 11 lat polski klub wyeliminował włoski, po raz pierwszy od ośmiu – przeszedł do trzeciej rundy Pucharu UEFA. Marcin nie wniósł jednak zbyt wiele do gry. Bohaterami byli inni. – Jest nas osiemnastu, dwudziestu w kadrze i to jest sukces całej tej grupy – twierdzi. – Czuję niedosyt, nie wychodziło mi to co chciałem. Taki dzień. Wiedziałem, że jesień będzie ciężka, bo nie przepracowałem jak trzeba okresu przygotowawczego, trenowałem sam. Właściwie nie wiem, na jakim etapie się znajduję, z meczu na mecz coraz bardziej jestem zmęczony. Staram się dawać z siebie wszystko, dużo pomogła mi drużyna i trener Henryk Kasperczak, który ma do mnie zaufanie.

Tata Marcina powiedział

Ksiądz w parafii namawiał go do pójścia w stronę Boga. – Nie wyszło, byłem tylko ministrantem, a i to krótko. Piłkę miałem w głowie, przychodziłem ze szkoły i od razu na boisko.
Tata Marcina, Marian Kuźba był trenerem w miejscowym LZS Lubochnia. Grywał z synem „jeden na jeden” na podwórku, a gdy ten skończył 11 lat, wziął go na poważne zajęcia. Po roku dwunastoletni smarkacz zadebiutował w gronie seniorów, w A-klasowym zespole. – Musiałem uważać, bo jeździło się do miejscowości, gdzie mocno kopali po nogach – wspomina.
Nóg mu nie połamali, za kopnięcia rewanżował się strzelanymi bramkami. Czasami w pomocy grywał ojciec, zdarzało się zdobyć gola z jego podania. Częściej jednak – usłyszeć cierpkie słowa krytyki. – Tata opieprzał wtedy i robi to nawet dzisiaj, ale zawsze są to wskazówki pozytywne – uważa junior. – To była jakaś szkoła od małego. No i miałem frajdę.

Zinstytucjonalizowaną piłkarską edukację zaliczył w Gwarku Zabrze. Piętnastolatek zamieszkał 200 kilometrów od domu, w internacie. – Na początku było trudno; wielu kolegów po miesiącu, dwóch rezygnowało ze szkoły – opowiada. – Tęsknota za domem, ćwiczyliśmy dziewięć razy w tygodniu. Rano wstawaliśmy o 7.30 i szybko do hali, potem do szkoły, stamtąd na obiad i znów na trening.

Specyficzny człowiek

Lubochnia i okolice to byli kibice Widzewa. Marcin też był za łódzkim zespołem. Gdy znalazł się w ligowej piłce, klub ten zaczął przewijać się na różne sposoby w jego karierze. Przed sezonem 1995/96 Kuźba przebył naturalną drogę z gwarka do Górnika Zabrze. Początkowo grywał „ogony”, aż do meczu, w którym Górnik zmierzył się z Widzewem, gdzie w bramce stał Andrzej Woźniak – świeżo intronizowany „Książe Paryża”. Na Parc des Princes zatrzymał Francję, ale w rodzimej ekstraklasie skapitulował po strzale 18-letniego Marcina. Dla tego drugiego była to przepustka do podstawowego składu, ale sposób, w jaki Górnik związał juniora wieloletnią umową nie spodobał się ojcu.
Tata się zdenerwował, skontaktował z działaczami Widzewa – przypomina syn. – Na początku 1996 roku przyjechali do Zabrza, prawnik obejrzał umowę, stwierdził, że jest nieważna i spokojnie mogę przejść do Widzewa. Zgodziłem się i pojechałem trenować do Łodzi, oczywiście bez zgody Górnika.

– Okazało się jednak, że coś jest nie tak, PZPN nie dopuścił mnie do gry, zawiesił w prawach zawodnika, nie występowałem nawet w sparingach – kontynuuje Kuźba. – Było to po debiucie w reprezentacji. Dostałem następne powołanie, ale nie mogłem z niego skorzystać. Nie wiedziałem, ile ta sprawa będzie się ciągnęła i postanowiłem wrócić do Górnika. Chciałem grać.
Zabrzańscy kibice wykrzykiwali nieprzyjemne epitety z trybun, ale przeprosili się po jego kolejnych bramkach. On też nie chował długo urazy do prezesa Górnika, Stanisława Płoskonia, wielkiego oryginała (do anegdoty przeszło wiele jego powiedzeń, na czele z: „Teraz to byle ch… może być dziennikarzem„). – To specyficzny człowiek, który mówi to co myśli – charakteryzuje pryncypała. – Miałem do niego trochę żalu, ale w sumie nie było źle.

Zakład o miłość

Obrączkę nosi na środkowym palcu. Inaczej, bo spada. Robiona była tuż przed ślubem, na zamówienie, rzemieślnik czegoś nie dopatrzył i zabrakło czasu na zmianę. – A może to palce mi zeszczuplały – żartuje. W ubiegłym roku, na urodziny, żona podarowała mu wisiorek z wygrawerowaną swoją podobizną. – Przynosi szczęście – zapewnia mąż. – Tylko na mecze nie mogę go zakładać, bo przepisy zabraniają.

Grupa nastolatków z Gwarka pozwalała sobie na rozrywki. Wyjścia do knajpy, na dyskotekę. – Do rana nie mogliśmy nigdzie siedzieć, bo mieszkaliśmy w internacie, gdzie wychowawcy dbali o dyscyplinę; należało wracać o 22. – wspomina.
Pewnego razu jadł z kolegą kolację w restauracji. Siedzące nieopodal dziewczyny założyły się, że jedna z nich poderwie przystojnego piłkarza. Tania podeszła i zapytała Marcina, czy jego siostra ma na imię Agnieszka. – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie, ale to była taka zagrywka. To czy chciała mnie poderwać dla sportu, czy jej się spodobałem, niech pozostanie między nami. Wcześniej dużo dziewczyn nie miałem. Może ze dwie, trzy i to wszystko. Kiedy grałem w Gwarku, nie było na nie czasu. Tylko piłka nożna.

Tania przegrała wtedy zakład, ale niedługo Marcin przechodził obok butiku, w którym pracowała. – To bardzo atrakcyjna dziewczyna. Zobaczyłem ją, wszedłem. I tak się zaczęło.
Skończyło ślubem i urodzinami dwójki dzieci. Sześcioletni Kevin trenuje w Wiśle z siedmiolatkami, chodził już na zajęcia do szkółki w St. Etienne. Czasami kopie piłkę z tatą. – Może jakiś bramkarz z niego będzie, bo bardzo lubi łapać. Gdy wracam do domu, pyta czy strzeliłem gola, jak grałem. Na szczęście, na razie nie komentuje…
Trzyletnia Oliwia absorbuje uwagę w inny sposób. – Są takie chwile, kiedy nikt nie może do niej podejść, tylko tata. Tata musi ją ubrać, coś podać, wziąć na ręce. Albo otworzyć drzwi do samochodu – kiedy zrobi to ktoś inny, jest wielki płacz. Ona nie wsiądzie i koniec. Kiedy nie ma mnie w domu, co chwila wypytuje, gdzie jestem, kiedy przyjadę, bo ona też chce jechać na mecz. Dzieci są fajne, cieszę się, że je mam, że wcześnie się ożeniłem. Jest mi bardzo dobrze.

Francuski kod

W Auxerre trenerem Marcin był Guy Roux. Postać legendarna, jeden z twórców tego klubu, od ponad trzydziestu lat, z krótką przerwą, główny szkoleniowiec. – W mieście jest jak prezydent – opowiada Kuźba. – Rządzi właściwie klubem, wszystkim się zajmuje, wszystko musi przejść przez niego. Od wielu lat stosuje te same metody przygotowawcze. Można tydzień potrenować i już wiadomo, co i kiedy będziemy robić przez cały sezon, w jakim hotelu będziemy spać przed meczem, co będziemy jeść. Na zgrupowaniu, gdy tam trafiłem cztery lata temu, biegaliśmy sobie, rozmawialiśmy. Guy Roux powiedział, że w najbliższym sezonie będzie trudno, w następnym trochę lepiej, ale jeszcze nie tak jak trzeba, trzeci sezon będzie dobry, a w czwartym będziemy walczyć o mistrzostwo.
– Faktycznie, co roku pięli się wyżej. W czwartym sezonie wprawdzie nie zdobyli mistrzostwa, ale zajęli trzecie miejsce, a potem grali po eliminacjach w Champions League. On ma wszystko skalkulowane, rozpisane. Bardzo dobrze pracują tam z młodzieżą. Ci, którzy dzisiaj występują w pierwszej drużynie, są ze szkółki, grałem z nimi w rezerwach. Czy podobne do siebie zajęcia nie są nużące? Tam juniorzy zaczynają trenować według metod pierwszej drużyny, każda grupa wiekowa robi to samo. Wszystkie zespoły młodzieżowe są ustawione w systemie 4-3-3, w jakim Auxerre gra od wielu lat w ekstraklasie. Mają to już zakodowane, wiedzą, że inaczej nie można.

W Auxerre był rok, nie przebił się do pierwszego składu ze względu na słabą znajomość języka francuskiego. Za to znalazł się w najładniejszym miejscu, w którym kiedykolwiek mieszkał – Lozannie. Urzekły go krajobrazy miasta położonego nad brzegiem jeziora, u podnóża Alp. – Piękne widoki i totalny spokój życiowy, który otacza mieszkańców. Nikt nikim się nie interesuje, niczym nie przejmuje.
Tam też efekty przyniósł rok nauki języka Moliera, którym mówi się w tej części Szwajcarii. Również efekty sportowe. – Dobrze się czułem grając w Lausanne – potwierdza. – Były ciekawe momenty; w Pucharze UEFA i lidze szwajcarskiej udało mi się strzelić dużo bramek.

Piłkarz gra 12 lat

Marcin to stateczny, wyciszony ojciec rodziny; rozmawiający chętnie, ale nie dający się łatwo wyciągnąć na zwierzenia. – Tak się wydaje, lecz pozory mylą – zaprzecza ze śmiechem. – Taki spokojny nie jestem. Lubię być w domu, ale lubię też wyjść z kolegami po meczu, posiedzieć w pubie. Dobrze się czuję w ich towarzystwie. Żona czasami twierdzi, że za często spotykam się z kolegami, ale na ogół jest wyrozumiała. To jedna z jej największych zalet.

Przenosiny z Lausanne do drugoligowego francuskiego St. Etienne zakończyły się niepowodzeniem. Marcin wrócił do Polski i w lipcu ubiegłego roku trenował – a jakże – w Widzewie. Posiadacz jego karty zawodniczej, właściciel firmy optycznej, Waldemar Kita nie doszedł do porozumienia z łódzkimi działaczami i podopieczny trafił do Wisły.
Internetowe dyskusje fanów Wisły podgrzała jego wypowiedź, że w przyszłym roku może znowu spróbuje szczęścia za granicą. – Nie twierdzę, że chcę odejść, ale działacze Wisły muszę mnie najpierw wykupić od pana Kity – prostuje. – Podoba mi się tutaj, atmosfera jest super. W zachodnim klubie można jednak więcej zarobić. Piłkarze grają 10-12 lat i przez ten czas muszą zarobić na późniejsze życie i utrzymanie rodziny. Taki zawód.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.