Sroka bez układu nerwowego

W najciekawszym – emocjonalnym i emocjonującym, ale też chwilami brzydkim – meczu 2. kolejki I ligi koszykarzy GTK Gliwice uległ u siebie Sokołowi Łańcut, 73:77.

Wprawdzie tabela nie jest jeszcze ustabilizowana, ale zmierzyły się zespoły zajmujące pierwsze i drugie miejsce po inauguracji, a początek odzwierciedlił ten fakt widowiskowością. Postarał się o to zwłaszcza Aleksander Filipiak, który w sobotę siedmiokrotnie skarcił gości indywidualnymi akcjami, a na dzień dobry minął obrońcę dryblingiem między nogami. Najefektowniejszy wjazd zaprezentował w drugiej kwarcie, kiedy kozłując w stronę linii środkowej zatrzymał się tak gwałtownie, niczym po zderzeniu ze ścianą, czym już oszukał przeciwnika. – Czułem go bardzo blisko na plecach i dlatego zastosowałem takie rozwiązanie – tłumaczył, a całość zwieńczył dwutaktem na lewą rękę z prawej strony kosza.
– Ćwiczył pan coś takiego?
– Całe życie ćwiczę zwody. Jestem mały, więc nie mam innego wyjścia. Ale dzisiaj dużo to nie dało, wolałbym mieć tylko jeden punkt na koncie, ale żeby moja drużyna miała ich więcej od Sokoła.
Przez jakiś czas zdawało się, że to drugie życzenie może się spełnić, bo choć łańcucianie znaleźli zrazu odpowiedź (Jerzy Koszuta, Marek Zywert i 6:9), to „trójek” Pawła Zmarlaka i Marcelego Dziemby (dwie) już nie zrównoważyli. Pierwsza część skończyła się 23:16, druga zaczęła od 25:16, lecz znowu różnicę zmniejszali głównie Koszuta i Zywert, a cztery cenne punkty dołożył wchodzący z ławki Jacek Balawender, który ustalił wynik do przerwy na 30:30.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

„Ludzie, punkty spod basketu są potrzebne!” – krzyknął rozdrażniony trener gliwiczan, Paweł Turkiewicz. Jego podopieczni w ciągu piętnastu minut drugiej i trzeciej kwarty zdobyli tylko trzynaście „oczek”, pudłując z dogodnych pozycji, a wkrótce po tym emocjonalnym apelu zanotowali jeszcze błąd 24 sekund i dwa zmarnowane osobiste. Przyjezdni również mylili się często, a niekiedy banalnie, zwłaszcza przed przerwą, gdy kilka razy zrobili „kroki”, a wsad rozbił się o pierwszą obręcz. Kwintesencją nerwowej postawy obu teamów w tamtym okresie była ostatnia sekwencja pierwszej połowy, kiedy łańcucianie grali długo, w założeniu – do końca, ale na 2,9 sekundy przed syreną popełnili faul ofensywny, a 2,5 s później – faul przy próbie odzyskania piłki. Miejscowi jednak nie wykorzystali obu otrzymanych w ten sposób wolnych…
– Ciężki mecz, schudłem chyba z pięć kilo – już po wszystkim klepał się po brzuchu szkoleniowiec Sokoła, Dariusz Kaszowski. – Gra długo się nie kleiła. Ale cieszę się, że zawodnicy wypełniali założenia obronne i nie szli z pomocą przy penetracjach, żeby nie uwalniać rywalom pozycji do rzutów z obwodu.
Zawodzili ludzie, zawodziła również technika. Pomiędzy pierwszą a drugą kwartą znienacka zresetowała się tablica świetlna i zanim wprowadzono z powrotem wszystkie dane, dwuminutowa pauza wydłużyła się pięciokrotnie; zespoły, które wyszły już na boisko, zostały odesłane do ławek, a potem zaordynowano im jeszcze chwilę rozgrzewki z piłkami.

W trzeciej odsłonie pociągnął kolegów Koszuta. Najpierw wcelował za trzy, potem za dwa, a dalej ściągał defensywę i rozrzucał podania do Marcina Sroki, który trafił dwukrotnie zza łuku, w tym z kąta nieco poniżej 45 stopni, o tablicę. W ciągu trzech minut zgromadził 12 „oczek”. Był tutaj jak u siebie. – Tak blisko swojego domu rodzinnego w Czerwionce-Leszczynach nie wystąpiłem już bardzo dawno – potakiwał. – A regularnie przestałem grać na Śląsku piętnaście lat temu, odkąd odszedłem z Pogoni.
– Nie godoj tela, grunt żeś najlepszy – pokpiwał przyjaźnie Krzysztof Morawiec, który wpadł do hali „Łabędź” w Gliwicach, aby zobaczyć starego kumpla z Rudy Śląskiej.
– Te, synek! Jo żech był teroz w Pruszkowie, tam, gdzie żeś ciepnoł te dziewięć trójek” – zrewanżował się czymś miłym Sroka. A na stronie żartował: – Pewien komentator powiedział wtedy: „co to za pan z dziwnie damskim rzutem”.
W 28. minucie team Marcina przeważał nawet 48:36, jednak kolejne wjazdy Filipiaka i dwa trafienia Dziemby zredukowały straty do 56:50. Na wstępie czwartej części, w której dobrą zmianę dał 39-letni Grzegorz Podulka, po kontrze Michała Jędrzejewskiego i lewym haku Zmarlaka, gospodarze doszli na 57:58, a później kilkakrotnie zbliżali się na odległość dwóch punktów.
Ten pierwszy moment, kiedy nie pociągnęliśmy dalej, był chyba decydujący – zastanawia się Aleksander Filipiak. – Za słabą mieliśmy skuteczność, zwłaszcza z osobistych, co we własnej sali jest czymś karygodnym. Ale jesteśmy zupełnie nową drużyną, zgrywamy się i liczę, że będzie coraz lepiej.

W sobotni wieczór odgwizdano bardzo dużo (w sumie 60) fauli, za przekroczenie limitu wyleciało po trzech zawodników z każdej z ekip. Miejscowi mieli pretensje o przewinienia ofensywne, a przyjezdni – o te w obronie.
Na finiszu faulowano już taktycznie. Na 19,9 sekundy przed syreną gliwiczanie – jak w ruletce – postawili na „Czerwone”, jednak Bartosz Czerwonka, który poprzednio wyegzekwował jednego osobistego z dwóch, teraz już się nie pomylił i zapalił na tablicy 69:73. Pewny był również Koszuta (66:70 i 71:75), a przede wszystkim – Sroka, zachowujący się, jakby operacyjnie usunięto mu układ nerwowy. Po każdym wykorzystanym wolnym pozdrawiał też palcami wskazującymi miejscowych fanów, usiłujących go zdekoncentrować hałasem. Tak zamknął sprawę przy 73:77, a w ostatecznym raporcie statystycznym zapisano mu: 90,9% skuteczności za 1, 62,5% za dwa i 40% za trzy.
– A czym tu się stresować po tylu sezonach? Ile tych meczów już było – śmiał się 35-latek. – Trzeba podejść skoncentrowanym, ale na luzie, a co ma się zdarzyć, to się zdarzy.
PAWEŁ FLESZAR

Relację z niedzielnego spotkania, AGH Kraków – SKK Siedlce, można przeczytać TUTAJ.

GTK Gliwice – SOKÓŁ Łańcut 73:77 (23:16, 7:14, 20:26, 23:21)
Sędziowali: Arkadiusz Wojna, Tomasz Langowski i Michał Pogon. Widzów: 250.
GTK: Zmarlak 16 (1×3, 12 zb.), Filipiak 15 (4 as., 4 prz.), Pieloch 3, Ratajczak 2, Radwański oraz Dziemba 14 (4×3), Jędrzejewski 10 (4 zb.), Podulka 7, Rutkowski 4, Weselak 2, Salamonik. Trener: Paweł Turkiewicz.
SOKÓŁ: Koszuta 21 (1×3, 8 zb., 4 as.), Klima 10 (6 zb.), Zywert 8 (2×3, 9 zb.), Kulikowski 3, Czujkowski (5 zb.) oraz Sroka 26 (2×3, 5 zb.), Balawender 6, Czerwonka 3, Szymański. Trener: Dariusz Kaszowski.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.