Sterydowy konfesjonał

Artykuł ukazał się w „Tempie” z 18 marca 1994 r. Autor: Robert Krzak.*

Efektem stosowania testosteronu jest początkowo przyrost muskulatury i agresji, później nadciśnienie, miażdżyca, nowotwory. Po pewnym czasie mężczyźni są zwiotczali, a kobiety stosujące doping to po prostu ruina – zmieniają się im narządy płciowe, łechtaczka osiąga wielkość męskiego penisa, zanika menstruacja.

To stwierdzenie kierownika Zakładu Kontroli Dopingu, Marka Daniewskiego, zawarte w jednym z wywiadów, znajduje wiele potwierdzeń. Podczas wizyt w siłowniach udało mi się namówić na zwierzenia kilku ich stałych bywalców. Na pierwszy ogień pójdą opowieści Andrzeja. Będąc młodym chłopakiem był bardzo szczupły. Gdy Polskę zaczęła zalewać fala zainteresowania kulturystyką, także on próbował sprostać owym marzeniom o posiadaniu masywnej sylwetki.
Gdy zaczynał „pakować”, przy wzroście 170 cm ważył tyle, co gęś wyścigowa – 60 kg. Na pierwszym treningu wycisnął 50 kg. Po dwóch miesiącach ciężkich ćwiczeń było niewiele lepiej. Widząc, jak szybko robią postępy niektórzy bywalcy siłowni, nie miał złudzeń, dzięki czemu jest to możliwe. W końcu poszedł w ich ślady:
– Wjechałem na koksy – zaczął spowiedź w zaaranżowanym przeze mnie sterydowym konfesjonale. – Początkowo stosowałem bardzo skromne porcje. Lecznicza dawka metanabolu to 5 mg dziennie, czyli 5 „jedynek”. Ja brałem przed każdym treningiem 2 „jedynki”. Mimo widocznych postępów, wkrótce przestało mi to wystarczać. Po paru miesiącach doszedłem do 10 „jedynek”. Rosłem w oczach. Moja waga skoczyła do 70 kg, ale ciągle wyglądałem przy kolegach jak leszcz przy wielorybach, mimo i sztangą o wadze 90 kg machałem niczym sprzątaczka miotłą. Dlatego zrezygnowałem z „jedynek”. Zacząłem łykać „piątki”. Pytasz, skąd brałem metanabol? Śmieszny jesteś.
„Metkę” zdobyć łatwiej, niż łysemu zaoszczędzić na fryzjerze. Apteki są nią przepełnione. Wystarczy wykombinować lewą receptę: fałszerzy nie brakuje. Zresztą nawet nie trzeba fałszować. Jeśli pogadasz z zaprzyjaźnionym lekarzem – wszystko da się załatwić. Poza tym zostają aptekarze – sprzedadzą ci „metkę” bez recepty. Tyle że o połowę drożej. Każdy potrzebuje przecież grosza. Proste jak nogi piłkarza, prawda?
Jak ci mówiłem, wjechałem na „piątki”. Po sześciu miesiącach ważyłem 80 kg. Czułem się jak wulkan energii. Moje ciało potrzebowało treningu bardziej niż Casanova seksu. Na pakerni byłem w euforii. Sztanga fruwała, a niezorientowani przecierali oczy ze zdumienia. Zorientowani tajemniczo się uśmiechali. Przecież wcale nie byli bardziej święci ode mnie. Stale zwiększałem dawki, ale łykanie metanabolu dla wytrawnych koksiarzy to zaledwie gra wstępna.

Zacząłem się szprycować. Wprowadzałem igłą w pośladki 250 mg omnadrenu. Byłem silny jak tur. W ciągu dwóch miesięcy mój rekord życiowy w wyciskaniu sztanga w leżeniu skoczył ze 120 do 160 kg. Liczył się tylko trening. Stałem się dla domowników bardzo męczącym współmieszkańcem. Koksiarz nie może bowiem uniknąć efektów ubocznych stosowania sterydów. Byłem ciągle pobudzony, naładowany agresją. O byle co wszczynałem sprzeczkę. Miałem kłopoty z zasypianiem. Budziłem się zlany potem. Mogłem zjeść konia z kopytami, jadłem 8 posiłków dziennie. Moje ciało wciąż rosło. Musiałem tylko zwiększać dawki. Wkrótce otrzymałem od organizmu pierwsze ostrzeżenie. na moim ciele pojawiła się gryząca wysypka. Wyglądałem jak chory na wiatrówkę dzieciak. Po miesiącu leżenia w łóżku i stosowaniu zastrzyków z wapnia udało mi się wrócić do zdrowia. Straciłem jednak niemal całą masę mięśniową.
Bez niej czułem się jak bez ręki. Znów zacząłem pakować. Oczywiście, wciąż się szprycując. Pytasz, czy odczuwałem popęd seksualny? Jeszcze jaki. Moja dziewczyna była w siódmym niebie. Nosiło mnie niczym ogiera. Po roku jednak coraz rzadziej miałem ochotę na seks. W zasadzie – ochotę miałem, ale możliwości znacznie mniejsze. Gdy mój „klejnot” wreszcie stawał na wysokości zadania, nie odczuwałem podczas łóżkowych igraszek zbytniej satysfakcji. Ania już dawno była po orgazmie, a ja nie mogłem sobie ulżyć. Miałem jednak trening, rozkosz prawdziwego mężczyzny. Moje mięśnie rosły jak na drożdżach. Nic dziwnego, dawki tych drożdży ciągle zwiększałem.

Drugie ostrzeżenie było znacznie poważniejsze niż pierwsze. Nastąpiło zapalenie narządów płciowych i pachwin. Wielkości moich jąder nie powstydziłby się szanujący się buhaj. Znów przymusowa przerwa, podczas której traciłem zyskane ze szpryc kilogramy. To bardzo stresujące. Po wyleczeniu koksowałem się nadal. Z początku ostrożnie, później stopniowo zwiększałem ilość sterydów, aż do przekroczenia dawki stosowanej przed zapaleniem. Dziewczyna już dawno nie była mi potrzebna. Seks stał się odległym wspomnieniem. Zresztą, która by ze mną wytrzymała? Cały szmal ładowałem w żarcie i koks. Chciałem być najlepszy.
Moja psychika jednak coraz gorzej reagowała na sterydy. Miałem zmiany osobowości, stawałem się coraz bardziej agresywny. W końcu za pobicie powędrowałem za kratki. Do pierdla szedłem napakowany jak TIR. Ważyłem 100 kg. Gdy opuszczałem rodzime Alcatraz, byłem o 40 kg lżejszy. Kumple z pakerni nie poznawali mnie na ulicy. Ja też miałem pewne kłopoty z rozpoznaniem ich. Szczupli wcześniej chłopcy mieli „wrzody pod pachami”, szyje w zaniku. Widocznie nie marnowali czasu na trening na żółtym serze i mleczku. Patrząc na nich nabierałem ochoty na wysiłek. Oczywiście na koksie. Innego nie uznaję.
Nie wspominałem ci jeszcze o bólach wątroby. To może być powód porzucenia sterydowej kuracji. Mnie to jednak nie zraziło. Więc chyba zacznę jeszcze raz. Mam już jednak doświadczenie? Nie będę przesadzał z ilością i częstością szprycowania. Ten błąd robiłem przed pójściem do pierdla. Młodzi koksiarze popełniają go nadal. Niektórzy mają na tyłkach same zrosty, ale wciąż je kłują. Na to jestem zbyt mądry. Muszę tylko zdobyć nowe koksy, które ostatnimi czasy objawiły się na rynku. Ruscy przywożą do Polski nie tylko tandetne zegarki i tym podobne barachło. Więc chyba znów zacznę pakować na szprycy. Kto raz zasmakował poczucia mocy płynącego z posiadania potężnie umięśnionego ciała, ten szybko o nim nie zapomni.

***

Na zwierzenia związane ze stosowaniem niedozwolonego wspomagania dał mi się namówić także bokser jednego z nieistniejących już klubów. Zgodził się na spowiedź po warunkiem nieujawniania jakichkolwiek faktów mogących rzucić cień na jego kolegów z drużyny.
– Gdy miałem kłopoty z osiągnięciem limitu wagowego, zgłaszałem się do klubowego lekarza. Ten na ogół serwował mi najpopularniejszy środek moczopędny – furosemid. Nie wypisywał recepty. Miał układy w jednym ze szpitali i zdobycie „furki” było dla niego małym piwem. Czasami aplikował Laxigen lub oba środki naraz. Ową kurację uzupełniał polvita i potasem w tabletkach. Wiedział, że wypłukanie potasu grozi śmiercią. Niedawno na łono Abrahama powędrował przecież czołowy kulturysta Mohammad Beneziza, który nadmiernie się odwodnił. Po zażyciu furosemidu sikasz jak wąż strażacki. Waga spada bardzo szybko, ale nie ma nic za darmo. Tracisz siły, łapią ci skurcze łydek. Dzisiaj bez problemu rozpoznam, który bokser łykał „furkę”. Taki „pacjent” ma kłopoty z wyczuciem dystansu. W drugiej rundzie zaczyna tracić siły, o trzeciej lepiej nie wspominać. Jego twarz jest wychudzona jak u szczura.
Dlatego wielu moich kolegów aplikowało sobie efedrynę w zastrzykach. Kłuliśmy się nawzajem lub pomagały nam zaprzyjaźnione pielęgniarki. Później rozpierała nas energia, stawaliśmy się agresywni. Do dziś mam w pamięci walkę kumpla, który wówczas był jednym z najlepszych w kraju zawodników. Widać było po nim ślady sztucznego robienia wagi, ale dzięki efedrynie wigoru miał więcej niż szejk szmalu. Mimo to ciągle jego dynamiczny prawy prosty pruł powietrze. Siedzący na trybunach kibice nie mieli wątpliwości, w jaki sposób przygotowywał się do pojedynku. Tu i ówdzie dały się słyszeć krzyki: znów jedzie na „furce”.

Branie środków pobudzających robi z ciebie innego człowieka. Jeden z moich kolegów zdenerwował się na swoją dziewczynę i zaczął ja okładać pięściami, a że do słabych nie należał, znalazła się w groźnej opresji. Na szczęście podbiegł do nich bokser jednej z lżejszych kategorii i powiedział: „Jak masz ją bić, to lepiej dołóż mnie”. Adresat tych słów specjalnie się nie zastanawiał nad propozycją mniejszego kumpla i dotkliwie go poobijał. Poza budzeniem zwierzęcych instynktów, szprycowanie może wywołać także manię prześladowczą. Gdy szedłem ulicą, cały czas wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą i szukają zaczepki. W kinie odczuwałem klaustrofobię. Miałem chęć rzucenia się na innych kinomanów, by jakoś rozładować napięcie. Gdy ktokolwiek zachowywał się prowokująco, moje oczy aż śmiały się na myśl o bójce. Często powalałem dyskotekowych cwaniaczków jednym ciosem. Musiałem jakoś pozbyć się agresji rozbudzonej przez efedrynę.
Na szczęście, co jakiś czas mogłem to zrobić w ringu. Moi rywale nie mieli łatwego zadania, za wszelką cenę chciałem ich dopaść i stłamsić. Nie reagowałem na komendy sędziego, musiałem zaspokoić swoją żądzę krwi.

***

O niedozwolonym wspomaganiu w kick-boxingu rozmawiałem z jednym z czołowych polskich zawodników. Oto jego spostrzeżenia spisane w luźnej atmosferze dyskoteki.
– Jeżeli już ktoś się w polskim środowisku koksuje, to przede wszystkim zawodnicy prezentujący niższą klasę. Na ostatnich mistrzostwach Polski w light contakcie, przed jedną z walk, doszły mnie słuchy, że mam walczyć z „apteką”. Rzeczywiście, mój przeciwnik był bardzo agresywny i przez cały czas parł naprzód. Zainkasował kilka bombek, po których powinien pocałować matę, ale ciosy te spłynęły po nim jak woda po kaczce. I nadal starał się mnie zajechać. Pewnie w okresie przygotowawczym szprycował się testosteronem, a ewentualne przyrosty wagowe zlikwidował przy pomocy furosemidu, który aplikowął sobie dzień, dwa przed walką.
Koksowanie się jest jednak w polskim kick-boxingu zjawiskiem bardzo rzadko spotykanym. Prawdziwe brojlery występują na mistrzostwach świata. Wiem coś o tym, bo uczestniczyłem w takich zawodach trzy razy. Widziałem facetów, którzy po pierwszej, przewalczonej w szalonym tempie, rundzie słaniali się wracając do narożnika, a po minutowej przerwie sprawiali wrażenie nowonarodzonych. Zresztą najłatwiej można wypatrzeć koksiarza jeszcze przed walką. Czekając na jej rozpoczęcie, taki delikwent nie wie, co ze sobą zrobić. Rozpiera go dzika energia i jedynym jego marzeniem jest jej wyładowanie. Przebiera nogami, ma błędny wzrok, w jego oczach czają się ogniki szaleństwa.
W korzystaniu z niedozwolonych medykamentów szczególnie celują Włosi i Arabowie. Psychotropowe środki odbierają im rozum i o przemyślanej taktyce walki w ich wykonaniu nie ma co marzyć. Są jednak piekielnie agresywni i wytrzymali. Powstrzymanie nawałnicy ich ciosów jest nie lada zadaniem. Taka sytuacja WAKO może mieć miejsce, gdyż federacja WAKO rozpieszcza swoich zawodników. Podczas mistrzostw świata, w których startowałem, ani razu nie przeprowadzono kontroli antydopingowej. Widocznie wychodzą z założenia, że najlepszym zabezpieczeniem przed wpadkami jest brak kontroli.
ROBERT KRZAK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Powyższy artykuł został skrócony.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.