Światowiec

Reportaż ukazał się w magazynie „Raz dwa trzy”, dodatku do „Tempa” z czerwca 1989 r. Autor: Janusz Atlas.*

Przechodząc przez wąską bramkę kontroli paszportowej na lotnisku Okęcie – odwrócił ponad tłumem głowę i z odległości dziesięciu metrów powiedział bezgłośnie jedno zdanie. Jeżeli dobrze odczytałem ruchy jego warg, powiedział mi: NIE WRÓCĘ JUŻ NIGDY…

Pierwszy raz w życiu spotkaliśmy się w autobusie. Szczupły wielkolud w amerykańskiej spranej kurtce (kupionej w Livorno) szamotał się z wózkiem, w którym leżało niemowlę. Strasznie dumny był ze swojego syna, chociaż mieszkali wtedy w jednym obskurnym pokoju dzielnicowego „kołchozu”, z ubikacją we wspólnym dla dziesięciu rodzin korytarzu. On miał tyle szczęścia, że znalazł ten pustostan, kiedy żona była w ciąży. Sąsiedzi gnieździli się w tej melinie od wojny, czyli wówczas już całe dwadzieścia pięć lat.

Studiował na Bielanach i był podporą drużyny koszykarzy. Jak stanął na palcach, to miał ponad dwa metry wzrostu. Był bardzo szczupły, ale niesamowicie silny, taki człowiek-żyła. Kiedy stanął mocno na nogach, przeciwnicy odbijali się od niego, jak piłki tenisowe od ściany.
Trafił do kadry. Akurat po olimpiadzie w Monachium następowała „zmiana warty”. Młodzi mieli rządzić. Ci młodzi, którzy od kilku już lat byli liderami europejskich rozgrywek międzynarodowych w zapomnianej dzisiaj kategorii kadetów.
Na dobry początek PZKosz zafundował im amerykańskie tournee. Byli w Stanach, w Argentynie, w Rio nad Copacabaną. Piękna wycieczka, a przy okazji całkiem nieźle radzili sobie w spotkaniach z zawodowcami. Bez kompleksów grali, na luzie, zwyciężyli dwie drużyny uniwersyteckie, z ogólnostanową reprezentacją rzucili aż dziewięćdziesiąt oczek, a przeciwnicy tylko o sześć więcej.
Nie byli zawodowcami. Jeszcze nie byli! Studiowali albo pracowali na marnych posadkach i każdą podróż w wielki świat traktowali jako nagrodę. Z zaoszczędzonych diet paru najbardziej zaradnych pokupowało w Belgii używane samochody.
M. nie miał do tego głowy. Dla niego najważniejsze było mieszkanie. Nieśmiało wspomniał o tym w klubie. Pani prezes prawie go wyśmiała. Poradziła więcej skromności. Klub robi wystarczająco dużo, żeby ułatwić mu studia. Jak trzeba, to przekłada terminy egzaminów, a sama pani prezes odbyła kilka szczerych rozmów z najbardziej surowymi egzaminatorami, żeby asa koszykarskiego zespołu potraktowali życzliwie. I tak było w istocie.

Nie wiadomo, jak znaleźli go w „kołchozie” wysłannicy Wybrzeża, Poznania, Wałbrzycha. Z nieukrywanym obrzydzeniem patrzyli na ściany pokryte wilgotnym liszajem i z niedowierzaniem kręcili głowami. Chłopak jak malowanie, żeby w takich warunkach? Dlaczego z wózkiem tarabani się do autobusu, skoro druga Polska postawiła na motoryzację i fabryki produkują jak oszalałe piękne limuzyny? Właśnie jedna taka czeka i mieszkanie trzypokojowe, i studia z przeniesienia, i praca dla żony, i jeszcze etat w kopalni. A w ogóle to konkretne rozmowy poprzedzone zostaną zapomogą na zagospodarowanie.
Wiele lat później M. przyznał, że w czasie tych rozmów był głupcem. Bo nie wierzył. Po każdej wizycie szedł do klubu i ujawniał fakt takich spotkań. Chciał być lojalny. Obiecywał grę w barwach AZS do śmierci, tylko za mieszkanie, za które sam zresztą zapłacił wkład w spółdzielni. Jemu chodziło tylko o przyspieszenie przydziału.
Kontrahenci z prowincji wrócili do domu i ze złości rozpuścili wieści, że nie jest to poważny facet, bo kapuje. Przez rok miał spokój, ale ciągle nie miał mieszkania.

Po dwóch latach przepychanek z klubem wyleciał z kadry. Nagle okazało się, że młodzi nie spełniają pokładanych w nich nadziei i trzeba sięgnąć po jeszcze młodszych. Również akademicka drużyna rozpadła się niczym domek z kart. Z klasowych zawodników został tylko M. Już był zdecydowany pójść gdziekolwiek, byleby móc mieszkać w ludzkich warunkach.
Paradoksalnie, ale im w klubie było gorzej, tym dla M. lepiej. Kiedy perspektywa spadku z I ligi stała się wyraźna, dostał mieszkanie! Jeszcze przed przeprowadzką zdążył ukończyć studia. Drużyna jednak poleciała w dół. On także dołował. Lata mieszkaniowego koszmaru zniszczyły jego życie rodzinne. Po trzech tygodniach „na własnym” musiał wyprowadzić się w z domu.
Mimo wszystko „odpracowywał” ten klubowy prezent. Dzielnie prowadził zespół w drugoligowej tułaczce po powiatach i jako kapitan sprawiedliwie dzielił nędzny grosz, jaki uczelnia łaskawie przeznaczała na ewentualne premie. Sam zresztą był już na etacie asystenta z najniższym możliwym uposażeniem miesięcznym. Jego talent marniał w oczach. A jednak, mimo wszystkich przeciwności losu, jeszcze znajdował kupców na swoje koszykarskie umiejętności. Musiał odmawiać, bo dał przecież pani prezes słowo honoru…

Po dwóch chudych latach zespół wrócił do ligi. M. nie tylko był głównym architektem tego sukcesu, ale też jakby najbardziej zainteresowanym. Awans to był warunek zgody na jego transfer do Francji, do trzecioligowego klubu, gdzie jednak nie byłby zawodowcem, tylko „gościem”. Taki gość dostaje od władz municypalnych zgodę na pracę, o co dla cudzoziemców niełatwo. Zgodził się na takie warunki, bo przecież, bo właśnie po raz drugi się ożenił, i znowu nie miał gdzie mieszkać. Klub uczelniany stanął zresztą na wysokości zadania i za powrót do ekstraklasy załatwił koszykarzom wyjazd do Stanów.
To był w ogóle najpiękniejszy miesiąc w całej sportowej karierze. Grał dla przyjemności, sztuka dla sztuki.
Po powrocie urządził w piwnicy dyskotekowej na Bielanach bankiet pożegnalny dla drużyny i przyjaciół. Nie wiedział przecież, jak dalej ułożą się jego losy, jechał w nieznane.

W Marly pracował w szkole. był takim jakby pomocnikiem nauczyciela wf. Po południu, w ramach zajęć fakultatywnych, prowadził szkółkę koszykarską. Rano sam chodził do szkoły i uczył się francuskiego. Wieczorami trenował z dorosłymi, a w soboty grał jako obrotowy w trzeciej lidze.
Dostał ładne mieszkanie, a prezes klubu dodatkowo pożyczył mu pieniądze na zakup pierwszego w życiu auta. Dług spłacał sumiennie. Dobrze mu się zresztą wiodło, bo mieszkańcy miasteczka przychodzili na mecze i widzieli, że jest dobry. Zamieszkał zresztą na północy, gdzie od lat zasiedziali są przedwojenni emigranci z Polski.
Za sąsiadów miał dwóch niedawnych sławnych piłkarzy Górnika Zabrze. to byli prawdziwi potentaci. Prawdziwi zawodowcy. Zarabiali najwięcej w okolicy, ale przecież FC Valenciennes było zespołem pierwszoligowym. W gronie trzech rodzin świętował wszystkie uroczystości rodzinne, gwiazdki i Święta Wielkanocne.

Motorem, żeby coś zmienić w tym mieszczańskim życiu była nowa żona. Ona chciała zdobywać prawdziwie wielki świat. Ona pierwsza przekonała go, że nie warto oszczędzać za wszelką cenę. Że lepiej pojechać na wakacje na Lazurowe Wybrzeże, albo do Afryki i cieszyć się, że wszędzie można być i wszystko właściwie wolno.
Poddawał się temu stylowi, ale to nie było jego życie. Dlatego zgodził się na dłuższy wyjazd małżonki do siostry, do USA. Znowu był sam, skazany na odwiedziny piłkarzy, którzy wydawali mu się, i słusznie, coraz bardziej nudni.
Na jednym z przyjęć poznał osiemnastoletnią córkę mera, jakoś tak się porobiło, że nawiązał romans. To był błąd – tak to później oceniał, chociaż rodzice panny sprawiali wrażenie zadowolonych i mieli wobec niego różne plany. Kiedy się pojawiła, dowiedział się od przyszłego teścia, że trzeba będzie jednak zmienić obywatelstwo. To mu się mało podobało. Wycofał się z romansu, przeprosił z żoną, ale wtedy okazało się, że w Marly miejsca dla nich nie ma. Z dnia na dzień stracił zatrudnienie w szkole, a żona nie mogła wrócić do dawnej pracy.
Spakowali manatki i wyjechali na Korsykę, gdzie tez był klub koszykarski i właśnie zwolnił posadę jeden z kolegów z dawnej reprezentacji Polski. Życie więc jakby po raz kolejny zaczynało się od nowa.

Sklejone małżeństwo jest jak sklejony dzbanek. Zawsze w którymś momencie zaczyna przeciekać. Tym razem M. został porzucony. Dla malarza pokojowego, uciekiniera z Polski, który tułał się po całej Francji, łapczywie chwytając się różnych interesów. Takim interesem mogła być żona koszykarza, już dziewięć lat grającego za prawdziwe pieniądze.
Majątkiem podzielili się sprawiedliwie. Nie było tego dużo, raptem ze 100 tysięcy franków. Tyle zdołał ugrać, żyjąc przecież jednak jak człowiek, nie odmawiając sobie ani mięsa, ani kawioru i dobrych trunków.
Jedyny kłopot miał z nogami. Lekarz sportowy, który za ciężkie honorarium poddał go wszechstronnym badaniom, orzekł ponad wszelką wątpliwość, że M. jest sportowym kaleką. Jeśli nadal, z czwartym krzyżykiem na karku, będzie próbował utrzymać się w wyczynie, bardzo szybko trzasną mu więzadła w obu kolanach i wyląduje na wózku, już na stałe.
Z dnia na dzień Francja przestała być ziemią obiecaną. Do leciwego „garbusa” zapakował dorobek tych dziewięciu lat. Niedużo się uzbierało: kolorowy telewizor, wideo, mikrofalowy grill, kilkadziesiąt kaset, parę pucharów, jakieś drobiazgi ze złota, trzy torby ciuchów, i to już właściwie wszystko.

Kiedy przekraczał granicę w świecku, samochód odprawiono mu warunkowo. Nikogo nie obchodziło, że jest to trzynastoletni rzęch. Miał zapłacić 900 tysięcy złotych cła. Uciekał przed tą płatnością dwa miesiące. W końcu ktoś go nastraszył, że Główny Urząd Ceł wlezie mu na konto bankowe. Podjechał pod wskazany na kwicie adres, wszedł do kantorka, położył na blacie kluczyki i powiedział tylko jedno zdanie: – Weźcie sobie tego grata.
To był volkswagen w dość bajeranckim kolorze ostrej zieleni. Dwa tygodnie później zobaczył faceta za kierownicą jego auta. Nawet francuska tablica rejestracyjna pozostała na swoim miejscu…
Podczas pobytu za granicą dorobił się w ojczyźnie tylko jednego: mieszkania po dziadku. Ale staruszek przed śmiercią zapisał mu dwa pokoje, ale w urzędzie uznali, że to za dużo i przydzielili zastępczo kawalerkę.
Nic to. Samotny czterdziestoletni mężczyzna nie musi mieć salonów. Musi za to mieć przyjaciela. Kupił sobie Szymka – basseta. Był to niestety wyjątkowo uciążliwy przyjaciel. Niszczył wszystko, co znalazło się w zasięgu jego nad podziw rozrośniętej szczęki. Ale kiedy na balkon, po rynnie, wdrapał się złodziej, Szymek wesoło pomerdał mu ogonem i zapewne pomógł pakować fanty.

Przez pierwszy miesiąc po powrocie na swoje miejsce, jak uporczywie powtarzał, M. bankietował. Głowę miał zresztą pełną najfantastyczniejszych pomysłów. Chciał kupić taksówkę, potem lepszym interesem wydał mu się zakład ogrodniczy, na koniec zaś zdecydował się objąć pensjonat w Gorlicach, gdzie oczami duszy widział zgrupowania sportowców, które on rozliczałby po cenach zaniżonych. Ale nie był to dobry czas dla ochotników na inwestorów w Polsce.
Po pół roku przypomniał sobie, że jest absolwentem AWF, że najlepsze lata poświęcił uczelnianemu klubowi i że na dokładkę jest urlopowanym młodym pracownikiem nauki, więc może wrócić na uczelnię i nadal się kształcić. Poszedł do rektoratu i do swojego dawnego instytutu. Wszyscy bardzo się zdziwili, że wrócił. Po co? Wszyscy uciekają, co trzeci absolwent jest masażystą czy trenerem gdzieś w wielkim świecie, a tu niespodziewanie pojawia się M. Z jego urlopowaniem to nie jest tak, jak mu się zdaje, że w ciągu dziesięciolecia było przynajmniej tyle samo przeglądów etatów i jego miejsce jest zajęte. Ewentualnie może udałoby się wygospodarować jakiś etat „techniczny”, w bibliotece, albo w innej jednostce administracyjnej. Ile to byłoby na rękę? Skoro mamy wiosnę 1987 roku – to jakieś 22 tysiące złotych…
M. starannie zamknął drzwi za sobą i wracając piechotą do domu pytał sam siebie, jak to się dzieje, że musi żyć w rzeczywistości nierealnej. Jak to się dzieje, że ludowe państwo, które zainwestowało w jego wykształcenie majątek, pozbywa się bez żalu faceta, który chce tak niewiele – pracy, z której skromnie umiałby się utrzymać. Jak to się dzieje, że państwo, którego najlepsza młodzież (bo przecież nie kryminaliści, ani pijacy, ani cinkciarze) korzysta z byle okazji, żeby się na to państwo wypiąć, nie potrafi zapewnić miejsca do życia dla czterdziestoletniego mężczyzny, w dodatku fachowca w swojej specjalności…

Któregoś wieczoru lał deszcz, a on stał na postoju taksówek. Tuz przed nim stała jakaś pani, na oko w tym samym wieku. Deszcz wlewał mu się za kołnierz, więc pani z uśmiechem spytała, dokąd ewentualnie chciałby pojechać. Umówili się następnego dnia i to był, jak się okazało, uśmiech losu.
W trzynastym miesiącu życia na nowo w Polsce okazało się, że bankowe konto jest właściwie puste. Była na nim tylko kwota „ostatniego bezpieczeństwa” – żeby zupełnie nie zostać na lodzie. Danka, pani poznana na postoju taksówek, miała pomysł na wyjazd. Ale nie na wariata, tylko najlegalniej, do przyjaciół, których parę lat temu zostawiła w Nowym Jorku.
M. pomógł przypadek. Ktoś z USA szukał w Polsce, przez organizację charytatywną, opiekuna-terapeuty dla ciężko chorego, ale zamożnego młodzieńca ze sfer polonijnych. Ten „kontrakt” trafił do właściwego człowieka. Trzeba było tylko jeszcze sforsować mury ambasady w Alejach Ujazdowskich, oblegane przez tysiące amatorów łatwego życia w Stanach. Opis tych podchodów do konsula nie nadaje się do wiadomości dla wszystkich. W każdym razie konsul wbił w prywatny paszport właściwy stempel.
Potem był marcowy poranek i kolejka szczęśliwców przed bramką WOP. I te słowa „nie wrócę już nigdy”… Słowa, w które nikt, kto dobrze zna M., nie uwierzy. Bo to nie jest kandydat na emigranta. To bardziej światowiec, któremu nawet Copacabana nie pomieszała w głowie.
O szóstej rano zadzwonił telefon. M. poinformował, że u nich w NY City jest dopiero jedenasta wieczorem i że dzwoni z wanny, bo zrobili z Danką właśnie bardzo dobry interes i opijają go szampanem. A co dalej?
– Wiesz, nie wiem… Ale słuchaj, ja nigdy nie miałem tak wygodnej wanny…
JANUSZ ATLAS

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Powyższy został wyróżniony w konkursie im. Jana Rottera.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.