Tajemnice życia i śmierci W. Maniaka

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 3 grudnia 1993 r. Autor: Ryszard Ciemiński.*

W polski sportowy pejzaż tamtych lat spadł nagle niczym przybysz z innej planety. Tu wszystko było unormowane. Zawczasu było wiadomym, co się może wydarzyć następnego dnia. Na jakie bądź niespodzianki trudno było wręcz liczyć. I nagle wówczas pojawił się On. Krępy, choć niezbyt wysoki, mierzący 173 cm wzrostu. Wiesław Maniak pojawił się wprost z Anglii i oświadczył, że jest na tyle dobry w bieganiu na najkrótszych dystansach, iż pragnie zmierzyć się z najlepszymi w Polsce.
To brzmiało w ustach tego młodzieńca nieledwie jak prowokacja. Z tamtej strony nikt uprzednio do kraju przez wiele lat nie przyjeżdżał. Owszem, przed wojną zdarzyło się tak ze Stanisławą Walasiewiczówną. To było jednak przed wojną, po niej natomiast, owszem, niejednego wygnało dotamtąd.
Jakże to więc powiadasz, synku? Chciałbyś reprezentować barwy Polski, założyć koszulkę z Orłem na piersi? A czy ty chociaż wiesz, kto jest teraz w Polsce najlepszy? Jakich sprinterów Polska teraz posiada? Czy zdajesz sobie sprawę jak karkołomne zadanie ciebie czeka? Słyszałeś może o Foiku? Słyszałeś? No więc? A o Zielińskim słyszałeś? Niewiele? To może o Dudziaku albo i o Juskowiaku?

On jednak się uparł. Opowiadał na prawo i lewo, że w Dublinie, gdzie studiował na tamtejszym Uniwersytecie, startował niejeden raz w klubie akademickim i że nawet odnosił w jego, Uniwersytetu, barwach niemałe sukcesy.
Dublin, powiadasz. A gdzie to miasto leży? W Irlandii, twierdzisz.
Pytali o wszystko bardzo szczegółowo. O Lwów, miasto w którym w roku 1938 się urodził, o ojca oraz matkę. O wymarsz ojca z armią Andersa i jego, Wiesława, pozostanie we Lwowie wraz z matką. A także o ich obojga późniejszą reemigrancką drogę, hen do Szczecina. O tułaczkę właściwą ludziom kresowym, poddanym w tamtym niełatwym czasie rozmaitym historycznym zawirowaniom. O próbie ponownego odnalezienia się tych ludzi w świecie jakże im zrazu obcym, później zaś coraz bardziej oswojonym, wręcz przyjaznym.
O dzielnicy Niebuszewo opowiadał tym ludziom, ciekawym jego biografii. O dość późnym odezwaniu się powojennym jego ojca, który na stałe zamieszkał w angielskim, przemysłowym Manchesterze. Dał znak życia dopiero wtedy, gdy Wiesław zbliżał się do dorosłości. Do matury. Gdy wszczął studia na Politechnice Szczecińskiej i gdy raptem, dopiero w 19. roku życia, objawiać zaczął talent ruchowy. Najpierw w skoku w dal, później i w pchnięciu kulą, na koniec w biegach sprinterskich.
I że właśnie wówczas ojciec Wiesława wysłał na ich szczeciński adres list, zapraszający syna do siebie do Anglii. Jeśli tylko się uda, dla kontynuacji studiów na jednej z tamtejszych wyższych uczelni. Okazało się, że ojciec był aktywnym działaczem wszelkich klubów i stowarzyszeń polskich, co nie mogło pozostać bez wpływu na jego syna, który raptem, gdy już zdołał się zorientować, że nieźle sobie radzi na lekkoatletycznej bieżni – zapragnął, nieomal dotykalnie odczuł potrzebę, by wystąpić choć raz w reprezentacji Polski, w biało-czerwonych barwach.

Już mu, gdy zjechał do kraju, uświadomiono, na co się waży. Jak bardzo niełatwa droga go w związku z tym czeka, jakie przeszkody na niej stoją. I rzucili w jego stronę nazwiskami sprinterskich krajowych sław.
Jakoś się ich nie przeląkł. Może z tej racji, że nie z takimi trudnościami przyszło mu dotąd się borykać? Był przecież jako szkrab, później jako dziecko, w okupowanym przez Sowietów, później przez Niemców, Lwowie świadkiem niejednego okrucieństwa. A ich wspólna z matką droga przez życie w powojennym Szczecinie do łatwych wcale nie należała.
Wokół tętnił teraz życiem i sukcesami lekkoatletyczny Wunderteam. Zwyciężał największe potęgi. Nie lękał się Węgrów, Niemców, Rosjan, ba wręcz Amerykanów oraz Anglików. Wiesław trafił zaś na jego późną sławę. Tę po igrzyskach w Rzymie (złoty medal Zdzisława Krzyszkowiaka), a przed igrzyskami w Tokio. Był rok 1963. W stajni trenerów Zygmunta Zabierzowskiego oraz Włodzimierza Drużbiaka mnóstwo było sprinterskich rumaków…
I teraz on, naprędce przyjęty do klubu Pogoń Szczecin, postanowił do nich dołączyć. Uzurpatorsko, po nuworyszowsku. Jak niby to w sporcie właśnie powinno się zdarzyć, boć dla takich celów został jak gdyby wymyślony. Co innego jednak teoria, piękne coubertinowskie hasła, co innego całkiem życie, w którym – jak się okazuje – ktoś pragnie przyjść na gotowe. Naruszyć dotychczasowe hierarchie, notowania, rankingi.

Nie mieli innego wyjścia, niż mu powiedzieć: pokaż zatem co potrafisz. Zdjął dres, ten jeszcze uniwersytecki z Dublina. Na nogi nałożył kolce, jakie mu pozostały po wygranej na uczelnianych zawodach i stanął na starcie. Po dziesięciu sekundach z minimalnym okładem okazało się, że Foik, że Zieliński, że Dudziak mają w nim rywala nie na żarty. Drużbiak, który właśnie montował sztafetę na Tokio zacierał ręce z uciechy. On, fachowiec nad fachowce, aż nadto dobrze wiedział, że rywalizacja w grupie sprintu jeszcze nikomu na złe nie wyszła. Ale, że mu się trafi raptem aż taki sprinterski brylant?
W Bydgoszczy na obiekcie Zawiszy, podczas mistrzostw Polski, pokazuje swe rozłożyste plecy wicemistrzom Europy w sztafecie: Foikowi, Syce, Zielińskiemu oraz Juskowiakowi. Drużbiak z miejsca wstawi go do olimpijskiej sztafety na drugą zmianę.

Tam, w odległym Tokio zapoczątkuje ją na pierwszym wirażu Zieliński, Maniak biec będzie po przeciwległej prostej, by oddać pałeczkę Foikowi. Zwieńczy zaś ich srebrne dzieło na ostatniej zmianie poznaniak Marian Dudziak. Dziś to się wydaje takie proste, bo we wszelkich kronikach jest zapisane po wsze czasy. To, iż sztafeta 4×100 zakończyła się wygraną teamu USA przed Polską.
W półfinale indywidualnej setki wystartują ramię w ramię. Czarnoskóry Amerykanin Bob Hayes oraz Polak Wiesław Maniak. Podmuch wiatru, niezbyt wielki, sprawi, że czas poniżej dziesięciu sekund zmierzony na stoperach Amerykaninowi nie zostanie w sposób oficjalny mu uznany. Podobnie jak rezultat drugiego na mecie – równe dziesięć sekund – Maniaka.
Finał sprintu przeszedł do historii tej konkurencji. Po raz pierwszy w dziejach lekkiej atletyki wystąpiło w nim aż siedmiu czarnoskórych biegaczy. I tylko jeden biały w tym gronie. Z racji miejsca zajętego w półfinale zajmie uprzywilejowany tor, środkowy. Raz jeszcze obok Maniaka uklęknie w blokach ten ogromniasty, gigantyczny wręcz, już urastający do rozmiarów legendy, Bob Hayes.
Bez żadnych kompleksów niewysoki Polak będzie już za chwilę, z niejakim sukcesem, próbował przeciwstawić się tej falandze czarnoskórych biegaczy z USA, z Jamajki, z Trynidadu.
Kamera Japończyka Kona Ichikawy po wsze czasy ujmie ten 10-sekundowy błysk rozpisany na klatki, na zwolnienia, na stopklatki. Mnóstwo kamer, dzieląc ten bieg na sekwencje, trwające łącznie w kinie blisko 10 minut, ukaże zarówno wysiłek, jak i niesamowite wręcz artystyczne i wizualne piękno tego biegu. Krępy Polak, jego twarz, jego sylwetka posłużą reżyserowi do uwydatnienia kolorystycznego kontrastu pomiędzy barwą czarną i białą.. Jedynie na koszulce Wiesława czerwoną plamą odcisną się zacieki od biało-czerwonego dresu z napisem „Polska”…

Raptem zechcą go w swoim klubie na stołecznej Skrze. Wygra mistrzostwo Europy na 100 m w Budapeszcie w roku 1966. Za te sukcesy otrzymywał to kapę na łóżko, to koc innym razem, jakiś pucharek czy też walizeczkę. A gdy mu się trafił, raz jeden, telewizor – było święto na jego warszawskiej ulicy o nazwie Promyka. Już wówczas ożeniony, z absolwentką Wydziału Rehabilitacji stołecznej AWF, Krystyną Hady (poznali się, gdzieżby indziej, w bielańskim Ośrodku Przygotowań Olimpijskich). Za sprawą ojca Wiesława, który podesłał im niedużego „austina”, stali się posiadaczami automobilu.
Znów więc odstawał od reszty sportowego towarzystwa, bo i tą czysto wygłaszaną w gronie cudzoziemskich zawodników angielszczyzną. Z tej to racji do niego właśnie, a nie do działaczy, kierowników ekip garnęli się sportowcy zewsząd. A że i z językiem rosyjskim radził sobie nie najgorzej (ten jego Lwów), z niemieckim był obeznany…

Po studiach na Politechnice zamarzył sobie o poznańskiej AWF oraz o kierunku trenerskim na niej. – Bo ja wiem, czy z Wiesława byłby dobry trener? – zastanawia się pani Krystyna po latach. – Owszem, całe życie czynił jakieś notatki, lubił polegać w trakcie kariery sprinterskiej na własnych obserwacjach i doświadczeniach. Po każdych zawodach transmitowanych w telewizji pierwsze pytania kierował w moją stronę. Koniecznie chciał się dowiedzieć, czy w jego sylwetce, w rytmie biegu nie było jakichś momentów zawahań. I czy w sposób właściwy wszedł w końcową kratkę. No i czy jego rzut na taśmę był taki jaki należało wykonać. Cóż, najczęściej nie oglądałam tych jego najważniejszych biegów po sławę. W ich trakcie z nerwów głowę trzymałam ukrytą w rękach…

Wkrótce obejmie funkcję specjalisty w biurze kontaktów z zagranicą stołecznego „Energopolu”. Sporo jeździł służbowo po świecie. Z Francji, z USA sprowadzał rozmaite maszyny, które następnie ciupasem były posyłane na kolejne „rury” do Związku Radzieckiego. Wysyłano go z jego macierzystej firmy na budowy do Charkowa, do Kurczatowska, na plac budowy elektrowni atomowej. Rozbudowy raczej, bo jeden z bloków tej „atomówki”, stawianej na wzór czarnobylskiej, już wówczas pracował. Niby ta miejscowość, ten Kurczatow od samej elektrowni był dość odległy, kto jednak wie, jaki był stopień napromieniowania tego obszaru. Nikt go przecież wówczas nie badał.
Wiadomość stamtąd nadeszła lakoniczna: „Pani mąż, inż. Wiesław Maniak, zmarł na skutek stwierdzonego u niego guza mózgu, w dniu 28 czerwca, roku 1982”.
I tyle. Czy odczuwał uprzednio jakieś bóle głowy? Czy uskarżał się na jaką bądź dolegliwość? Spytałem panią Krystynę o wspomnienia po 11 latach, jakie od tamtej pory minęły. – Gdy się człowiek przemieszcza w samolocie tysiące kilometrów, przebywa w powietrzu przez tyle godzin, jego wrażenia bywają rozmaite. Żadnych jednak objawów wyraźnych Wiesław nigdy nie odczuwał. Sama nie wiem, co mam o tym dziś sądzić…
RYSZARD CIEMIŃSKI

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.