Talenty po przejściach

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 15 kwietnia 2005 r.

„Czy Paweł Brożek może być nowym Milanem Barosem Wernera Liczki, a Kamil KuzeraMarkiem Jankulovskim?” – zastanawiali się kibice Wisły na forum internetowym. – Nie są mniej uzdolnieni od tamtych – uważa Liczka. – Aby osiągnąć ich poziom, muszą mieć trzy cechy: pracowitość, ambicję i wytrzymałość psychiczną.
Obecny szkoleniowiec Wisły wychował czeskie gwiazdy w Baniku Ostrawa. – Baros nie ma takiej techniki jak Paweł, a szybkościowo są na takim samym poziomie – porównuje asa Liverpoolu z rezerwowym Wisły. – W wieku 15-16 lat Milan nie był wyjątkowym graczem, ale zawsze miał wyjątkową ambicję. Dzisiaj umie wykorzystać swoje zalety i to jest warunek powodzenia każdego piłkarza.

W sierpniu 2001 roku, na mistrzostwach Europy juniorów w Finlandii, Paweł wywalczył z reprezentacją złoty medal. Po powrocie liczył, ilu czempionów z 1993 r. (wówczas Polska triumfowała na kontynencie w kategorii juniorów młodszych) sprawdziło się w dorosłej piłce. Wynik był skromny. – Mam nadzieję, że za kilka lat jakiś kolejny polski mistrz Europy wymieni mnie w gronie zawodników, którzy osiągnęli sukces. Bardzo bym tego chciał – powtarza dzisiaj żarliwie.
Z Piotrem, bratem bliźniakiem, zaczynali w PKS Polonia Białogon, nieopodal Kielc. Wyróżniali się od małego, liderowali parafialnej drużynie. Przeciwnicy przyjeżdżając na mecze kpili: „No co, będziecie się teraz modlić?
– Najpierw się z nas śmiali, a potem dostawali dziesięć, piętnaście do zera – wspomina nie bez satysfakcji Paweł.

Na zajęcia jeździli rowerem – cztery kilometry przez las. Czasem podwoziła ich mama, potem trener Edward Guzy kupił zdezelowanego malucha i zabierał chłopców ze sobą. To on nauczył ich techniki. Szybkość mieli wrodzoną. Prezesowi, księdzu Andrzejowi Drapale pozostał w pamięci obraz braci wyglądających jak charty w pogoni za kotem. – Byli też strasznie ambitni, płakali, gdy nie wyszło im podanie, strzał albo przegrali mecz – opowiada ksiądz.
Zwycięstw było jednak sporo więcej; zaczęli jeździć na zgrupowania kadry makroregionu, trafili do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zabrzu, skąd kierujący szkoleniem młodzieży w Wiśle Adam Nawałka zabrał ich do Krakowa.
Wtedy zaczęły się problemy. Ciągle ktoś powtarzał, że nadchodzi ich czas, ale eksplozja talentów nie następowała. – Zawsze musiałem rywalizować o miejsce z dwójką najlepszych napastników w Polsce – tłumaczy Paweł. – Przyjmowałem to jednak z pokorą i nigdy nie żałowałem, że jestem w Wiśle. To samo na pewno powie Piotrek: mogliśmy się uczyć i byliśmy dumni, że jesteśmy w tak świetnym zespole.
Wskazywano tez inne powody braku postępów. Niekiedy nie starczało im motywacji do treningów, tracili energię na kłótnie. Dzisiaj to już przeszłość. – Kto ostatnio widział, żebyśmy się kłócili? – pyta retorycznie Paweł. Powtarza też często, że musi dawać z siebie wszystko na zajęciach.

Nadzieja w bracie

Paweł dojrzał, przeważnie jest spokojny, skupiony, tylko czasami wychodzi z niego junacka buńczuczność. – Nie wiem jak moi koledzy, ale ja nie mam żadnych problemów z taktyką – skwitował niedawno pytania o zarzuty Liczki, że młodzi piłkarze niezbyt dobrze rozumieją system gry Wisły.
Przez sześć lat był ministrantem, ale niekiedy burzy wizerunek ułożonego chłopca. W zamieszaniu podczas zimowego sparingu z Ferencvarosem omal nie pobił jednego z Węgrów. – Zazwyczaj unikam takich sytuacji – zastrzega. – Poniosło mnie, bo dostał Kuba Błaszczykowski.

Z Piotrem są niezwykle podobni, zawsze mówiono o nich łącznie („Brożki”, „Brozie”), wszystko robili też wspólnie. Gdy Paweł nie pojechał na jedno ze zgrupowań Wisły, Piotrek (starszy o pięć minut) chodził przygaszony przez dwa tygodnie. – Dawniej rozłąka bardziej nam doskwierała, strasznie tęskniliśmy – zwierza się Paweł. Teraz Piotr gra w Zabrzu, ale mieszkają razem w Krakowie. – Mimo to nie widzimy się za często, ale trzyma nas nadzieja, że w czerwcu Piotrek wróci do Wisły – mówi bliźniak.
– To brat jest bardziej utalentowany – odpowiadali na ogół przekornie na pytania. Zwykle, gdy jeden prezentował się dobrze, drugiemu wiodło się gorzej. Obecnie na świeczniku jest Paweł, zimą regularnie strzelał gole w reprezentacjach i klubie. – Tylko proszę nie pisać o mnie: „nadzieja” – zaznacza z uśmiechem. – Zdaję sobie sprawę, że ciągle Maciek Żurawski i Tomek Frankowski są poza zasięgiem. Chciałbym tylko co jakiś czas dostawać szansę pokazania swoich umiejętności i systematycznie się rozwijać.

Czarna wyrocznia

Historia Kamila Kuzery różni się jednym, drastycznym szczegółem. Kiedy jako osiemnastolatek wychodził w podstawowym składzie naszpikowanej gwiazdami Wisły w meczach z Hajdukiem Split i Interem Mediolan, wydawało się, że piłkarski świat stoi przed nim otworem. – Wskoczyłem do drużyny nie wiadomo skąd, ale jakoś sobie poradziłem – wspomina z sentymentem.
Walczył bez pardonu; kibice do dzisiaj powtarzają, że „Kuzi” potrafi włożyć głowę tam, gdzie kto inny nie wsadziłby wideł. Szybko jednak kariera zaczęła się sypać, nie robił oczekiwanych postępów, miał kłopoty nawet w czwartoligowych rezerwach krakowskiego klubu. Następną szansę dostał wiosną 2003 roku. – Dotąd olewałem obowiązki, bimbałem sobie, ale przemyślałem to i postaram się zmienić – bił się w piersi.

W lipcu 2003 zagrał przeciwko Paris Saint Germain. Strzelił gola… samobójczego, rywale rozbili mu łuk brwiowy. Mecz jak czarna wyrocznia – następny w barwach Wisły zaliczył dopiero 5 marca tego roku, po 20 miesiącach. Tamtego lata odbył niesławny nocny wyścig samochodowy po ulicy Lea w Krakowie, uderzył w najbliższego kolegę, Huberta Skrzekowskiego, poharatał mu nogę. – Zawiniłem tylko ja, a nie pech, czy inni ludzie – nie owija w bawełnę Kamil. – Żałuję, ale sam wszystko popsułem, nie dopilnowałem się.
Powszechnie sądzono, że jest kolejnym zmarnowanym talentem rodzimego futbolu. Wypożyczony do Korony Kielce tułał się po trzecioligowych boiskach. Zebrał twardą szkołę życia – hasło „rajdowiec” było najłagodniejszym padającym z trybun. – Nawet na dobre mi to wyszło; nauczyłem się nie zwracać uwagi na wyzwiska, uodporniłem na stres – twierdzi.

K jak Kasia

Podczas internetowego czatu, na pytanie o ulubiony program telewizyjny, wskazał „M jak miłość” – obraz niezbyt licujący z jego wizerunkiem twardziela. – Żartowałem, rzadko go oglądam – tłumaczy ze śmiechem. – Seriale nie pokazują prawdziwej rzeczywistości, ale czasami miło pomyśleć, że życie mogłoby tak wyglądać.
Jeden z wątków jego historii przypomina jednak pomysły scenarzystów. Od kilku lat jest z Kasią. Kiedy wypożyczono go do Korony, specjalnie dla niego przeniosła się na kielecką uczelnie. Obecnie kończy studia, zaczyna pracę nauczycielki. W czerwcu dołączy do Kamila w Krakowie.
– To taka moja oaza spokoju, pomaga mi, ma na mnie olbrzymi wpływ – podkreśla Kuzera. – Wydoroślałem także dzięki niej.

Do Krakowa nie chciał wracać; wszystko tutaj przypominało mu własną głupotę. Gdy niedawno Liczka ściągnął go z wypożyczenia do Górnika Zabrze, zwierzał się: – Dobrze zrobił mi ten rok przerwy, oderwania, odpocząłem psychicznie.
Już po krótkiej rozmowie widać, jak wyraźnie się zmienił. Jest poważniejszy, a jednocześnie bardziej otwarty. Dawnej hardości jednak nie stracił. Na pytanie, czy można dorównać wspomnianemu Jankulovskiemu, odpowiada: „A czemu nie!?„. Zarzeka się, że motywacji i cierpliwości mu nie zabraknie.
Wiem, że czeka mnie początkowo trzecia liga i krótkie końcówki w pierwszej drużynie. Jednak nawet podczas treningów w Wiśle więcej mogę się nauczyć, niż grając w średniaku ligowym. Niby jestem jeszcze młody, mam czas, ale nieubłaganie leci on do przodu. Nie poddam się.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.