Tańczący z Polakami

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 11 kwietnia 2003 roku

Miał osiem lat, gdy na trawniku przed domem ćwiczył salta. Z kolegami grał w piłkę w parkach, na asfaltowych placykach, szkolnych boiskach. – Kiedyś obiecałem sobie, że jak będę strzelał bramki, to po każdej zrobię fikołka – zwierza się Kalu Uche. Pierwszego wywinął jeszcze w lidze nigeryjskiej, w 1998 roku. Jesiennego, po golu strzelonym dla Wisły w Gelsenkirchen, pokazywała w powtórkach telewizja niemiecka, mimo że upokorzył on Schalke 04.

Przebijał się długo, w Espanyolu Barcelona było sześciu obcokrajowców, grać mogło czterech. Przyjechał do Krakowa. – Słyszałem o Polsce, ale nie znałem waszej piłki. Dostałem szansę, to pomyślałem: „Dlaczego nie?”. Chciałem grać – opowiada.
Na początku nie robił fikołków. Z pozycji siedzącej na ławce rezerwowych mało komu się to udaje. – Nie tylko trener Smuda twierdził, że nie umiem grać w piłkę – przypomina.
Na duchu podtrzymywał go krajan, Anthony Egwuatu, doktorant medycyny. – Żeby grać w obcym kraju, musisz być silny psychicznie – twierdzi Tony, doradca większości afrykańskich piłkarzy występujących w Polsce. – Trafisz na trenera, który cię nie widzi składzie, któremu przeszkadza, za przeproszeniem, twój kolor skóry – nigdy nie zrobisz kariery. Jeśli nie jesteś twardy, wytrwały, to się wypalisz od razu. Tłumaczę to wszystkim. Trzeba z tym żyć, przeczekać. No i potrzebne jest szczęście. Szczęście Kalu to pan trener Kasperczak. Przyszedł i w ciągu jednego dnia wszystko się zmieniło. Dał mu szansę, nagle okazało się, że Kalu umie grać w piłkę. Gdy Wisła grała jesienią z Widzewem, Smuda podszedł do niego i mówi: „Kalu, jesteś dobrym piłkarzem”.

Narodziny nowego życia

Siedemnastoletni Anthony w 1988 roku przyjechał do Polski ze stypendium rządu nigeryjskiego. Najpierw trafił do studium językowego w Łodzi na roczny kurs polskiego („Strasznie trudno było na początku, ale jak jest ochota…”). Potem przeniósł się do Gdańska na Akademię Medyczną. Specjalizacja – ginekologia. – Gdy miałem sześć lat, mówiłem, że chcę być lekarzem. I tak mi zostało – tłumaczy. – Ginekologia łączy wszystko, co dobre w medycynie: są operacje, można się wykazać internistycznie. Odbieranie porodów jest przyjemne. Kobieta krzyczy, męczy się, ale zaraz jest uśmiechnięta, bardzo zadowolona, bo ma dzidziusia. Krzyki trwają krótko, a radość przez lata. A ty asystujesz przy narodzinach nowego życia.

Tony również grywał w piłkę i to całkiem nieźle. – Tak mi mówili, pisali nawet o tym w gazetach – chwali się. – Przyjechałem do Polski, zagrałem raz na śniegu i od razu miałem lumbago. Potem mieszkałem w Gdańsku, niedaleko stadionu Lechii. Bracia Wojciechowscy mieszkali obok, graliśmy razem w piłkę na podwórku przy Orzeszkowej. Sławek był dobry, miał mocną lewą nogę. Akurat chodziły plotki, że Stuttgart chce go kupić za dwa miliony marek.
Związki z polską piłką zaczęły się przypadkiem. Jeden z trzech Nigeryjczyków ze szkółki Antoniego Ptaka zachorował, wystąpiły objawy malarii. – Miałem dyplom Instytutu Medycyny Tropikalnej – wyjaśnia Tony. – Ktoś zadzwonił, przyjechałem. „Zacznij pomagać nam na poważnie, zostań menedżerem” – prosili potem. „Nie to tylko hobby, przyjacielska przysługa” – odpowiadałem. Później ci chłopcy pojechali do Eintrachtu Frankfurt. Dzisiaj ze wszystkimi czarnymi piłkarzami w Polsce jestem w dobrym kontakcie. Słuchają mnie, bo nigdy nikomu nie zrobiłem krzywdy i źle nie doradziłem. Czasami, mówię prawdę: „Kolego, nie masz racji”. Olisadebe? Chciałem, żeby grał dla Nigerii, zabiegałem o powołanie dla niego. Nie wyszło, wybrał sobie Polskę i też dobrze.

Naczynia wchłaniające alkohol

Małomówność Uche dorównuje jego technice. „I’m OK, I’m fine. I feel good. Polska? Wszystko jest normalnie”.
Jestem trochę nieśmiały – przyznaje. Powściągliwość opuszcza go tylko na dyskotekowym parkiecie. Muzyka, taniec to jego drugi żywioł poza piłkarską murawą. – Musi to lubić. Żeby umieć kiwać, trzeba potrafić świetnie tańczyć – zaznacza Tony.
Jedyna rzecz, jaka mnie zdziwiła u was, to taniec niektórych Polaków – dodaje błyskotliwy drybler. – Nie wiedziałem, że można wykonywać tak nieskoordynowane ruchy.
Tony jest absolutnym przeciwieństwem młodszego kolegi. Barwnie opowiada w biegłej polszczyźnie, przerywając sobie wybuchami gromkiego śmiechu. – Dużo wiedziałem o Polakach, o Papieżu, który był u nas już wtedy, o Solidarności. Wiedziałem, gdzie leży Polska, trochę o Układzie Warszawskim. Mówiło się, że Polki są bardzo ładne. Gdy przyjechałem, okazało się, że to prawda, ale i Polacy też nie są tacy brzydcy.

Wspomina. – Wylądowałem na Okęciu i pierwsze zaskoczenie – dali mi na lotnisku herbatę bez mleka. Nigdy wcześniej takiej nie piłem. Wtedy jeszcze były kartki na mięso, czekoladę…
Gestykuluje. – Najśmieszniejsze były sytuacje, kiedy podawałem komuś rękę, a on potem sprawdzał, czy przypadkiem plamy nie zostawiłem. Niektórzy uważają, że my, w Afryce, orientujemy się w czasie patrząc na położenie słońca. Podchodzą do ciebie dzieci i chcą cię sprawdzić. Mały pyta: „Proszę pana! Proszę pana! Która jest godzina?” Ty masz zegarek, ale żeby nie sprawiać zawodu zerkasz na niego kątem oka. Później patrzysz na słońce: „Aah, mnie się wydaje, że jest czternasta”. „Przez słońce się dowiedział! Widzisz?! Mówiłem ci!”. To było fajne, gdy dzieci się cieszyły.

Porównuje. – Polska bardzo się zmieniła. Teraz ludzie znają języki, a gdy przyjechałem nie było tak różowo. Zbliżasz się do okienka w biurze, albo banku. Ta pani od razu jest czerwona, denerwuje się: „Co on mi powie, po jakiemu?”. Podchodzisz do niej, a ona: „Nie, nie, nie wiem”. Nawet jeszcze nie usłyszała pytania. „Nie, nie, chyba to pana nie dotyczy, zaraz, ja pójdę po szefa” – odpowiada. Teraz jest łatwiej.

Dziwi się. – Wiesz, kiedy dorastałem, w domowym barku były różne whisky, brandy. Ale przychodził gość, pił kieliszek i dziękuję. A tu poszedłem na pierwszą imprezę, patrzę – butelki wódki, ludzie piją od początku do końca. „Jak mogą tyle pić?!”. Później się przyzwyczaiłem. Każdy obyczaj jest miły, tylko trzeba mieć odpowiednie podejście – piłem troszkę, a potem już za kołnierz. Ale podobno Polak za kołnierz nie wylewa? Ha, ha, ha! Trzymałem w wódkę w ustach, a później szedłem do ubikacji i wypluwałem do umywalki. Ale to nie jest dobre, bo w jamie ustnej są takie naczynia, które mogą wchłaniać alkohol.

Pięciu w samych szortach

W przerwach pomiędzy zagranicznymi zgrupowaniami wiślacy trenowali na zaśnieżonym bocznym boisku klubowym. Kalu – jeden z nielicznych bez czapki na głowie – czuł się jak w swoim żywiole: biegał, skakał, przewracał się. – Nie lubię śniegu, jest straszny, ale nienawidzę też nosić czapki – wyjaśnia. – Jest gorąca, swędzi w głowę.
Człowiek w Afryce, nawet w Anglii, nie jest w stanie wyobrazić sobie, że zima może być taka ostra – dodaje Tony. – No, zima, będzie zimno. A tu patrzysz na termometr – minus 25 stopni. Ludzie! I jeszcze trzeba gdzieś iść. Ci, co przyjeżdżają tutaj z tropików, mają dużo ciepła w sobie. Nie odczuwają na początku mrozu i źle się ubierają – koszula, lekkie spodnie, a później chorują. Ja też cierpiałem, aż powiedziałem sobie: „Nie czas na modę, trzeba grubo się ubierać, żeby żyć!”.

Nie tylko klimat bywa w Polsce przykry dla czarnoskórych. „K…a, bambo. Ty małpo!” – słyszy niekiedy Kalu od boiskowych rywali. – Niektóre słowa znam, niektóre są nowe – mówi pomocnik Wisły. – Czasami zdarza się to też na ulicy, ale mnie tylko śmieszą takie rzeczy.
Każdy czarny spotkał się z rasizmem w Polsce – uważa Tony. – Kiedyś, w Łodzi, dzwoniłem z automatu. Jakiś pan do mnie podszedł, zaczął mi ubliżać. Skończyłem rozmawiać, idę, a on za mną. Wreszcie mnie uderzył. Oddałem, idę sobie dalej, a on leży. Ale jego żona poszła po ludzi, nagle patrzę – pięciu w samych szortach biegnie za mną. Kawałek dalej była policja, a bliżej mój blok. Pobiegłem do bloku, ale klucz się zaciął w zamku od klatki schodowej. I już mnie dostali, potem miałem coś z okiem. Gdybym ja zaatakował białego u nas, od razu stu Nigeryjczyków stanęłoby w jego obronie.

Żona na noc

–  Pamięć ludzka jest wybiórcza, zostawia przyjemne rzeczy – bagatelizuje Tony poprzednią opowieść. – Polacy, polska kultura jest niesamowicie przyjazna dla cudzoziemców. Miałem szczęście spotykać ludzi, którzy mnie o tym przekonali. Zawsze uważałem, że najżyczliwsi Polacy mieszkają w Bydgoszczy. Nie wiem, coś jest w tym mieście, że każdy obcokrajowiec mówi, że ludzie tam są fajni.
Potwierdzenia tej tezy Uche znajduje w Krakowie. W mieście jest rozpoznawany, poklepywany po plecach, rozdaje autografy. Wychodzi z kolegami z drużyny do pubu, restauracji. Pomaga mu rzecznik Wisły, Jarosław Krzoska. – Hej, big brother – rzucił kiedyś do zwalistego olbrzyma, a hall budynku klubowego zatrząsł się od śmiechu. – Nie rozumiem, dlaczego wszyscy się śmiali – zastanawia się Kalu. – Jarek jest jak mój starszy brat; opiekuje się, tłumaczy, gdy rozmawiam z władzami klubu.

Kultura afrykańska też jest bardzo gościnna – podkreśla Tony. – W niektórych plemionach było nawet tak, że gdy miałeś gościa, musiałeś go przyjąć jedzeniem, a kiedy zostawał na noc – użyczałeś mu swoją żonę. Teraz ten obyczaj podupadł, bo niektórzy go nadużywali. Przychodzili codziennie.
Afryka dla Polaka to koktajl barwnej egzotyki z przerażającym widmem śmierci i zniszczenia. – Jesteś dziennikarzem, na studiach pewnie cię uczyli, że kiedy pies ugryzie człowieka to nie jest wiadomość, a dopiero, gdy człowiek ugryzie psa robi się ciekawie? – pyta Tony.
– Uczyli.
No, właśnie, gdy się ogląda w telewizji Afrykę, pokazują głodujące dzieci, wojnę, rzezie. Racja, to się dzieje naprawdę. Ale to, że ludzie żyją normalnie, są normalne domy, wieżowce, samochody? Tego nie pokażą! Ci, którzy czerpią wiadomości o Afryce z przekazów telewizyjnych, mają przekonanie, że w Afryce wszyscy głodują.

Inna niż wszystkie

Kuzyn Tony’ego, który studiował w Katowicach, ożenił się z Polką. – Dziewczyny u was są kontaktowe, miłe, ale ja się nie nadaję na męża, nie mam na to czasu – zapiera się Egwuatu. – Może kiedyś, ale teraz mam inne sprawy na głowie.
Kalu na plebiscytowej gali w Krakowie pokazał się ze śliczną Nigeryjką studiującą na Uniwersytecie Jagiellońskim stosunki międzynarodowe. – Cały czas szukam kandydatki na żonę – zwierza się piłkarz. – Wszystkie kobiety – w Polsce, Nigerii, Hiszpanii – są takie same: mają ładną buzię, dwie piersi.
– Żona powinna być inna niż pozostałe?
Mieć trzy piersi – dowcipkuje Tony.
Inteligentna, dobry charakter, piękna, zgrabna, pobożna – z poważną miną wylicza Kalu.
O Boże, chyba nie znajdziesz takiej – troszczy się Tony. – Widziałeś dziewczynę jednocześnie kształtną i bogobojną?
Ma być wysoka, ale nie wyższa ode mnie – dodaje Uche.
A to czemu? Przecież łóżko wyrównuje – docina kumpel.
Nie wyobrażam siebie w takiej sytuacji, kiedy patrzę na nią do góry – demonstruje Kalu, zadzierając głowę.

Otwarte drzwi

Niedługo przyjaciele się rozstaną. Dla Kalu Wisła to etap na drodze do zachodniej Europy. – Zobaczyć na własne oczy finał Ligi Mistrzów, grać w największym klubie świata; Manchester United Real, Barcelona AC Milan – marzy głośno. Przed oczami stoi idol lat dziecinnych, Diego Maradona. – Zawsze chciałem być taki jak on. W drużynie nosiłem koszulkę z numerem dziesięć, na wszystkich ubraniach, koszulach długopisem napisałem sobie „10”. Byłem bardzo rozczarowany, kiedy okazało się, że brał narkotyki. Ale widocznie tak musiało być.

Dużo wcześniej opuści Polskę Tony. Odbywa staż w Łodzi, kończy doktorat, ale w Lagos bogaty tata wybudował dla niego własny szpital. – Muszę go najpierw wyposażyć, teraz kupuję łóżka. Do szpitali w Polsce będę przyjeżdżał z trudniejszymi przypadkami, mam zaufanie do polskiej medycyny. Nie chcę zarabiać na własnej klinice. Bycie lekarzem to powołanie, a nie sposób na życie, kasę. Jeśli chcesz zrobić wielkie pieniądze, to nie w medycynie. U nas jest dużo biednych ludzi, mam czekać, żeby mi zapłacili? Nie można tak. Daję im swoje leki za darmo. Pieniądze można zarabiać gdzie indziej, na jakimś interesie z boku. Wtedy masz normalne podejście do zawodu i możesz być życzliwy wobec innych.
Skończył elitarną, królewska szkołę elewów (ostatnie dwa z siedmiu lat nauki były połączone ze służbą w artylerii). Dzięki temu mógł załatwić w Nigerii kilku polskim firmom lukratywne kontrakty. – Prawie każdy z moich szkolnych kolegów gdzieś rządzi, więc ja mogę otworzyć wiele drzwi.

Wyznanie wiary

Klasę Uche docenia wielu. Niedawno nagrywał wywiad dla dziecięcego programu „Ziarno”. Po rewanżowym meczu z Lazio gratulował mu trener Włochów Roberto Mancini, prosząc w zamian o koszulkę. – Byłem szczęśliwy, to najprzyjemniejszy moment w mojej dotychczasowej karierze – nie ukrywa Kalu. Pochodzi z plemienia chrześcijan i animistów, a jego wiara może zawstydzić ludzi w kraju szczycącym się tysiącletnim katolicyzmem.

Rosnąca sława, kariera? – Na razie jestem prawie nikim. Dużo muszę się uczyć, ale mam nadzieję, że kiedyś będę gwiazdą. Tylko niebo może mnie ograniczać.
Wyśmienite panowanie nad piłką, wyskok pozwalający wygrywać pojedynki główkowe z przeciwnikami wyższymi o kilkanaście centymetrów? – Dał mi to Bóg.
Tak popularne w Afryce amulety? – Mam tylko jeden – Kalu  wskazuje palcem do góry. – Modlę się rano, wieczorem, przed, w przerwie i po meczu. Modlę się o siłę, zdrowie, zwycięstwo. Czasami trzeba iść do kościoła, żeby się nauczyć czegoś o wierze, ale modlić się można wszędzie.
Jeśli jesteś kimś, zawdzięczasz to nie tylko własnym wysiłkom – podkreśla Tony. – Nawet, gdy osiągnąłeś coś dzięki własnej wytężonej pracy, zawsze widzisz kogoś, kto pracował równie ciężko, a jednak mu się nie udało. Jakaś siła o tym zdecydowała.
PAWEŁ FLESZAR

O KURDE, NIE MAMY TRENERA
Kalu Uche pochodzi z Aba. – Połowa piłkarzy nigeryjskich, którzy grają w Europie jest z tego miasta – mówi Tony. – Kelechi, Kanu, Ekwueme, Ojigwu. To taka fabryka piłkarzy. Myślę, że Kalu zrobi karierę na Zachodzie, ale ten, co osiągnie w Europie najwięcej jeszcze do niej nie przyjechał. A w Nigerii jest mnóstwo talentów.

Mimo tak wielu piłkarskich diamentów, otrzymujących w europejskich klubach ostateczny szlif, nigeryjska reprezentacja rzadko prezentuje się brylantowo. Medal mistrzostw świata pozostaje marzeniem. – Wiesz czego nam brakuje? Organizacji – gestykuluje Tony z przejęciem. – Mamy organizację „strażacką”. Rozumiesz? Nagle się budzimy: „O, kurde, nie mamy trenera reprezentacji, trzeba szukać!” A wcześniej było cztery lata, żeby coś zaplanować. Nie, my tak nie robimy – wszystko w ostatniej chwili, a przy okazji ktoś ukradnie kasę. Jest bałagan. Czasami szukamy trenera dwa lata i w ostatniej chwili znajdujemy jakiegoś Chińczyka, albo starego Nigeryjczyka, który nic nie umie i tylko siedzi na ławie, a ja lepiej bym poprowadził drużynę od niego.

DZIADEK PO OXFORDZIE
Kalu Uche i Anthony Egwuatu są z Ibo, jednego z trzech głównych plemion Nigerii. – Mniejszych plemion jest mnóstwo, a mają około czterystu różnych języków i to tak różnych, jakby Chińczyk gadał z Polakiem – wyjaśnia Tony. – Nigeria, podobnie jak wiele państw Afryki, to sztuczny twór. Plemiona, które zawsze były wobec siebie wrogo nastawione, miały żyć razem i stworzyć jedno państwo. To jest problem – każdy ciągnie w swoją stronę i nigdy nie ma jedności. W Polsce macie pod tym względem luksus.

Na macierzystych terenach Ibo leży całe bogactwo Nigerii: ropa naftowa, węgiel. Ibo, dla swego zmysłu handlowego, są nazywani „Żydami Afryki”. – Zdominowaliśmy wszędzie gospodarkę; na każdej wsi w Nigerii jest jakiś Ibo, który robi dobry interes – śmieje się Tony. – Pierwszy milioner w Nigerii to Ibo. I był to… mój stryjeczny dziadek. Był pierwszym Afrykańczykiem, który skończył Oxford i pierwszym murzynem, który w Anglii jeździł bentleyem!

DZIWNY JEST TEN ŚWIAT
Członkowie Ibo byli najbardziej wykształconymi ludźmi w Nigerii, więc rządzili krajem. – Coraz częściej zaczepiano naszych ludzi, bo jak jest bieda, to winnych szuka się w tych, którym dobrze się wiedzie. W 1967 roku powołaliśmy własne państwo, Biafrę – opowiada Tony, którego nigeryjskie imię brzmi Odumegwu, co znaczy „świat mnie zadziwia”. Tony otrzymał je po wujku, który był przywódcą secesji Ibo i prezydentem Biafry. – Zaczęła się wojna. Trwała trzy lata, zginął ponad milion Ibo, głównie kobiety i dzieci – z głodu. Przegraliśmy, bo nikt nam nie pomógł. Francuzi tylko trochę. Rosjanie podobno chcieli, Polacy też. Ale jakoś nie dojechali przez trzy lata. No, nic.

KALU UCHE
Urodzony: 15 listopada 1982 roku w Aba w Nigerii. Wzrost: 179 cm, waga: 75 kg, pozycja: pomocnik. Kluby: Enyimba FC Aba, Iwuanyawu National FC (oba Nigeria), Espanyol Barcelona (Hiszpania), Wisła Kraków. Kontrakt z Wisłą: do 30 czerwca 2006 roku. Debiut w polskiej lidze: 30 września 2001 roku; bilans: 28 meczów, 4 gole.

* stan na 11.04.2003 r.

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*