Team spirit pijemy zawsze aż do dna

W konfrontacji, której atmosfera, emocje i zwroty wydarzeń dorównały randze, koszykarze Sokoła Łańcut pokonali Legię Warszawa, 80:73, i wrócili na fotel lidera I ligi.

Często nadmiernie szafuje się określeniami „mecz kolejki/rundy/sezonu/roku”. Dzisiejszy jednak może okazać się rozstrzygający dla klasyfikacji po fazie zasadniczej rozgrywek 2016/17. Przeciwnicy przystępowali do niego z różnych biegunów nastroju: gospodarze po dwóch lutowych wpadkach stracili pierwszą pozycję, którą okupowali przez 17 kolejek, a warszawianie po jesiennym falstarcie odnieśli 13 zwycięstw z rzędu i zluzowali ich na szczycie tabeli.
Presja obronna i stres, jakie od początku sobie zafundowali, skutkowały tym, że w ciągu wstępnych 3 minut skonstruowali aż 12 gorączkowych akcji, a wynik brzmiał 4:4. Kiedy Jerzy Koszuta trafił z dystansu i zrobiło się 7:4, szkoleniowiec Legii, Piotr Bakun natychmiast wziął czas. W jego ekipie zabrakło dwóch wysokich: Tomasza Andrzejewskiego (kontuzja mięśniowa) i Mateusza Jarmakowicza (dolegliwości pleców). Zrazu udanie zastąpił ich Adam Linowski, który po dwóch osobistych, pick’n’rollu, przechwycie i wsadzie oburącz odwrócił zapis na 8:11. Równie udany szturm, choć innymi środkami, przyjezdni przypuścili na starcie drugiej kwarty, kiedy po dwóch „trójkach” Łukasza Pacochy na tablicy świeciło się 18:22, a po trzeciej, Grzegorza Malewskiego – 23:25.

Ważne (na 11:11 i 21:22) trafienia z dystansu zaliczył jednak Marcin Sroka, swoje dołożyli koledzy (2+1 Jacka Balawendra i 14:14, dwutakt Rafała Kulikowskiego po przekozłowaniu 3/4 placu i 23:22, samodzielne rzuty Bartosza Czerwonki oraz Koszuty i 28:25), a przy 31:31 pociągnął kolegów Marek Zywert. Zablokował wbiegającego po łatwe punkty Grzegorza Kukiełkę, uruchamiał wbijającego się pod obręcz Macieja Klimę, a sam dryblował po obwodzie, to strzelając z daleka, to wjeżdżając pod tablicę.
40:35 do przerwy, a w ciągu kilku minut po niej wydawało się, że miejscowi przechylili szalę na swoją korzyść. Jeszcze mocniej przycisnęli w defensywie, po drugiej stronie zdobyli 9 „oczek” z rzędu, wychodząc w 24. minucie na 49:35, a potem 51:37. Wtedy jednak na czele pogoni stanął były zawodnik Sokoła (jako jeden z dwóch, obok Pacochy, przywitany przez miejscowych fanów brawami, a nie gwizdami), Marcel Wilczek. Silny i zwrotny, był trudny do utrzymania „na pomalowanym”, wybrał się również w owocną wycieczkę za linię 6,75 m. Od stanu 51:38 zdobył 9 pkt na 11 swojej drużyny, przy 3 pkt łańcucian. Wsparli go Kamil Sulima (dwa razy za trzy) i penetrujący z powodzeniem Piotr Robak, a różnica zmalała do 54:52, w czwartej odsłonie zaś do 59:57, 62:61 i 67:66.
– Cóż, gra się do końca – wzrusza ramionami Bakun, pytany o wiarę w powodzenie, kiedy gospodarze mieli najwyższą przewagę i więcej atutów. – Szkoda tylko, że w czwartej kwarcie popełniliśmy brutalny faul na środku boiska i wypuściliśmy inicjatywę – ironizuje, odnosząc się do jednej z decyzji sędziowskich.

Po piątkowym treningu, jak zwykle przed ligowym spotkaniem, zawodnicy Sokoła urządzili sobie konkurs rzutów z połowy na pieniądze. W szranki stanęło dziesięciu, każdy zwyczajowo postawił pięć złotych, pulę zgarnął Czerwonka, który wcelował jako jedyny, w dodatku „na czysto”. Wyskoczył na krzesełko, stolik normalnie służący sędziom i trzymając się barierki wymachiwał pięścią w kierunku pustej trybuny, jak napastnik fetujący na stadionie strzelonego gola. Przełamał właśnie bezprzykładną hegemonię Sroki, który triumfował w siedmiu konkursach, trafiając ośmiokrotnie (raz potrzebna była dogrywka). Przedzieliło to jedno pudło, które trudno brać pod uwagę, bo bolał go wtedy kręgosłup i musiał rzucać sposobem dolnym. „Czerwony” odśpiewał z kilkoma kolegami kibicowskie „la-lalalalala-lalala”, a potem już cała drużyna, z obydwoma trenerami, obejmując się za ramiona, przez dłuższą chwilę kicała i skandowała: „Kto nie skacze, ten z Warszawy! Hop! Hop! Hop!”. Uśmiech nie opuszczał twarzy nawet urodzonego w stolicy, wychowanka MOS Ochota, Alana Czujkowskiego.
Rola atmosfery i „team spirit” była trudna do przecenienia w ich dzisiejszym sukcesie. Przede wszystkim jednak „duch zespołu” objawił się w stosunku graczy do kłopotów zdrowotnych, nękających niemal połowę z nich. W newralgicznym momencie zjawili się wszyscy, włącznie z Sebastianem Szymańskim, który pozbierał się jakoś na mecz w Tychach, 21 stycznia, walnie pomógł tam w zwycięstwie, zdobywając 27 pkt, w tym trzy „trójki” w dogrywce, po czym znowu wyleciał z obiegu, aż do dzisiaj. – Za szybko wtedy wróciłem, chciałem pomóc, ale potem znowu strasznie mi „pospinało” plecy – wspomina. – Teraz czułem się już dobrze. Mogłem więcej zrobić w pierwszej połowie, ale trochę za bardzo się zdenerwowałem. Potem nabrałem pewności siebie.
W długiej sekwencji od końca trzeciej części kilkakrotnie dawał oddech swojej ekipie, duszonej przez rywali, notując 13 „oczek” w tym 11 z rzędu. – Jestem zawodnikiem stricte ofensywnym, więc jeśli łapię gaz, to nie zastanawiam się, czy rzucać – tłumaczy. – Dzisiaj wszyscy zagraliśmy bardzo przyzwoicie w obronie, a w ataku zmęczyliśmy ich pick’n’rollami.

W ten sposób, wybrany później MVP, Sroka podwyższył do 71:66 na 2,5 minuty przed końcem i odtąd jedna z największych publiczności w historii hali łańcuckiego MOSiR dopingowała już na stojąco (Szymański: „Dali nam taką moc!”). Kukiełka wcelował z ręką przeciwnika na twarzy (75:72), ale Sroka wjechał pod „dziurę” utrzymując Wilczka na barku (77:72), a wreszcie Zywert ustawił bardzo długą akcję, zamykając ją strzałem zza łuku o „deskę”. 80:73.
W pierwszej konfrontacji, w Warszawie, również lepszy był Sokół (65:60). W pozostałych do końca sezonu zasadniczego siedmiu kolejkach tylko te dwie drużyny liczą się w rywalizacji o pierwsze miejsce. Łańcucianie mogą sobie pozwolić na jedną porażkę więcej niż Legia. – Na pewno to Kopernik nie żyje. No, z tego co wiem… – Piotr Bakun z humorem odpowiada na pytanie, czy losy są przesądzone. – I my, i oni mamy jeszcze ciężkie mecze, a I liga jest w tym roku nieprzewidywalna.
– Postaramy się utrzymać fotel lidera – deklaruje Sebastian Szymański. – A jeśli zawsze będziemy tak przygotowani, skupieni, żywi i tak czujni w obronie, jak dzisiaj, to powinno się udać.
PAWEŁ FLESZAR

Galerię z meczu można obejrzeć TUTAJ

SOKÓŁ Łańcut – LEGIA Warszawa 80:73 (16:16, 24:19, 19:19, 21:19)
Sędziowali: Janusz Kiełbiński, Arkadiusz Wojna i Filip Marek. Widzów: 1200.
SOKÓŁ: Zywert 13 (2×3, 6 as., 2 prz.), Kulikowski 8 (10 zb, 2 prz., 2 bl.), Klima 7 (11 zb.), Koszuta 7 (1×3), Czujkowski 2 oraz Sroka 22 (2×3, 7 zb., 5 prz.), Szymański 15 (3×3), Czerwonka 3 (1×3), Balawender 3. Trener: Dariusz Kaszowski.
LEGIA: Linowski 14 (7 zb.), M. Wilczek 14 (1×3, 8 zb.), Kukiełka 11 (2×3, 4 zb., 2 prz.), Aleksandrowicz 6 (4 zb.), Ł. Wilczek 3 (1×3, 2 prz.) oraz Pacocha 8 (2×3, 5 as.), Robak 8 (4 zb.), Sulima 6 (2×3), Malewski 3 (1×3). Trener: Piotr Bakun.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.