To jakaś bajka kompletna

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 3 czerwca 2005 r.

Postawny mężczyzna, doskonale sprawdzający się jako pomnik marszałka Koniewa w spektaklach „Piwnicy pod Baranami”, i kompozytor delikatnej, melancholijnej muzyki. Zbigniew Preisner jest artystą bezkompromisowym, a sprecyzowane i ostre poglądy ma również na temat sportu. Kiedy jest w Polsce, zawsze przychodzi na mecze krakowskiej Wisły.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Światowej sławy kompozytor, bywalec wielkich imprez kulturalnych, laureat prestiżowych nagród bardziej pasowałby jednak do Santiago Bernabeu, San Siro, ewentualnie Parc des Princes, a nie prowincjonalnego stadionu przy ul. Reymonta.
– Pan tu mówi o kompleksach, a ja chcę mówić o uczuciach! – kontruje natychmiast Zbigniew Preisner. – Gdybym chciał chodzić na Santiago Bernabeu albo Parc des Princes – nawet mam mieszkanie niedaleko – nie byłoby problemu. Idealnie byłoby, gdyby stadion Wisły wyglądał tak, jak powinien wyglądać stadion klubu, który jest wielokrotnym mistrzem czterdziestomilionowego kraju. Wygląda jednak jak boczne boisko trampkarzy w szóstej lidze angielskiej, lecz taka jest ta Polska, taki jest ten Kraków. Ale to nie o to chodzi – ja lubię Wisłę, kocham Wisłę. Przychodzę na Wisłę, bo w nią wierzę. Myślę, że ten klub nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, jest dopiero na początku drogi. Po drugie, lubię bywać tam, gdzie się dobrze czuję. Źle czuję się na salonach i na salony nie chodzę. Chodzę na Wisłę, bo tam czuję się dobrze.
– Jest pan kibicem czy widzem?
– Kibicem. Bardzo się wściekam, gdy Wisła gra źle, albo przegrywa i bardzo się cieszę, gdy wygrywa.
– Od kiedy?
– Kibicowałem piłce nożnej od dawna. Wisła mnie nie interesowała póki była klubem milicyjnym, bo nie interesowała mnie milicja, ani ubecja.
– Nawet gdy Wisła pięknie grała?
– W 1978 roku poszedłem na mecz, w którym zdobywali mistrzostwo Polski. Byłem młodym kibicem, stałem na X sektorze. Osobiście i własnym ciałem wywaliłem siatkę, bo tłum naparł z tyłu i o mało mnie nie stratował. Wiedziałem jednak, co się kryje za tym klubem. Odkąd Polska się zmieniła, Wisła zaczęła być klubem prywatnym i spodobało mi się to.
– Co pana pociąga w piłce?
– To co we wszystkim: rywalizacja, pasja, zwycięstwo, spełnianie marzeń. To wszystko, co się wiąże ze sportem, sztuką, zawodami artystycznymi. Piłka nożna to mała sztuka. Duża sztuka nawet, jeśli ktoś świetnie gra. Zawsze miło jest przeżyć fantastyczną, emocjonującą walkę.
– Ponoć wzdycha pan czasami: „Szkoda, że nie ma już Kamila Kosowskiego”?
– Był „wariatem”, a taki „wariat” jest w drużynie nieodzowny. Ciągnął grę, kiedy staliśmy na z pozoru straconej pozycji, w meczach z Parmą, czy Schalke. Ma wielki potencjał. Widać, jaką wnosi siłę i energię w mecze polskiej reprezentacji. Ciągle wierzę, że będzie wielkim zawodnikiem, jeżeli tylko trafi na zespół, który będzie to umiał wykorzystać. Uważam jednak, że zrobił wielką głupotę, odchodząc z Wisły. Wielką głupotę! Młodym piłkarzom, którzy próbują gdzieś odejść, tylko dlatego, że ktoś im proponuje więcej pieniędzy, zawsze zadaję to samo pytanie: „Czy chce pan iść teraz, zarabiać więcej, grzejąc ławkę, czy może lepiej zostać i za dwa, trzy lata pójść do klubu, gdzie dostanie pan jeszcze lepsze pieniądze i będzie pan grał?”.
– Może nie patrzą na to, co będzie za trzy lata. Pieniądze do zdobycia „teraz” są namacalne, rzeczywiste.
– To jest – jak pisał Herbert – kwestia smaku. Albo człowiek wierzy w siebie i ryzykuje, bo ufa swoim umiejętnościom, chce się doskonalić. Albo człowiek w siebie nie wierzy i wtedy robi głupoty. Kieślowski często powtarzał: „Chłopaki, trzeba jeść małą łyżką. Zawsze się najemy, może tylko trochę dłużej to potrwa. A dużą łyżką można się zadławić”. To jest dokładnie o tym samym.
Poza tym życie nie składa się tylko z piłki nożnej, kopania i treningu. To jest rodzina, to są książki, znajomi, spotkania, itd., itd. Nie wiem, czy pan zauważył, że im lepszy piłkarz, tym bardziej inteligentny, a zły piłkarz jest zwykle głupi. Popatrzy pan na byłą reprezentację Kazimierza Górskiego: z Lubańskim, czy z Gadochą – ze wszystkimi można było porozmawiać. To są ludzie którzy mieli coś w głowie. Tak jak dzisiaj w Wiśle: można porozmawiać z Żurawskim, Frankowskim, Majdanem i innymi.
Na ogół jednak polscy piłkarze potwornie się gubią za granicą, ponieważ nie znają języka, są w obcej kulturze, obcym narodzie. Co z tego, że on ma pieniądze? Wychodzi z klubu po treningu i jest zestresowany, bo nie wie, co ze sobą zrobić. I potem ma to wpływ na jego grę.
– W przerwie pierwszego meczu z Realem powiedział pan: „Przewieziemy ich w drugiej połowie. Zobaczą, co to jest krakowska krew”.
– W meczu z Realem został popełniony jeden błąd. W momencie, kiedy wszedł Morientes, powiedziałem: „Natychmiast trzeba wprowadzić świeżego obrońcę”. Pamiętałem, jak Morientes grał w Monaco i jak przewiózł Real Madryt. Sprawa druga – śmiem twierdzić, że Wisła wcale nie była w Krakowie gorsza od Realu. Tam był problem kompleksu. Od kilku lat powtarzam, że przy tych wszystkich wydatkach, nie stałoby nic na przeszkodzie, gdyby do zespołu zatrudnić psychologa. Musi ktoś przyjść do nich i powiedzieć im, po co grają, dlaczego mają się nie bać, dlaczego mają być otwarci. Dlaczego mają marzyć. I powiedzieć im, że marzenia czasami się spełniają. Wisła przegrała psychologicznie. Jak zobaczyłem trenera Kasperczaka, który zawsze był w dresie, a nagle na mecz z Realem ubrał garnitur, to zrozumiałem, że ten facet jest – za przeproszeniem – ugotowany ze strachu. Główny błąd, jaki popełnił Kasperczak, to pokazał po sobie, że to jest coś specjalnego. Baliśmy się faulować, grać twardo, baliśmy się marzyć o tym, że można ich pokonać.
– Trener Kasperczak twierdził, że psycholog jest dla ludzi, którzy mają problemy ze sobą, a dla piłkarzy to on jest psychologiem.
– No i widać co zrobił z tego klubu – kłębowisko nerwów.
– Wcześniej, w meczach z Dinamem Tbilisi, okazało się, że zamiast krakowskiej krwi w żyłach wiślaków płynie rumianek.
– Bo oni nie umieją wygrywać. To nie sprawa wybiegania, kondycji, techniki, ale sprawa psychologiczna. Nie umiemy nastawić się na zwycięstwo, powiedzieć sobie: „Wygramy, bo jesteśmy lepsi”. Do tego doszła pycha, która ich zgubiła.
– Stwierdził pan kiedyś: „Wszędzie w Polsce widzę tę szaloną niemożność”. Można to chyba rozciągnąć na sport, piłkę nożną, Wisłę. Da się zbudować u nas coś wartościowego, a jednocześnie trwałego? Jak tak dalej pójdzie, to mecze z Schalke i Parmą przez następnych dwadzieścia lat będą wspominane jako największe sukcesy.
– Byłoby to straszne.
– Tak, ale nietrudno sobie to wyobrazić.
– Polska rzeczywiście jawi mi się jako kraj niemocy spotykanej na każdym kroku. Nie możemy zbudować autostrady, zrobić dobrych przepisów podatkowych, itd. Sport jest takim samym biznesem, jak każdy inny istniejący w tym kraju. Drużyna to dwudziestu paru piłkarzy plus sztab szkoleniowy, którzy są małym zakładem pracy. I ten zakład ma przynosić pieniądze przez to, że piłkarze prezentują grę, którą ludzie chcą oglądać. Sport musi być zbudowany na biznesowych podstawach. Inaczej nie będzie się rozwijał, bo kto na to będzie płacił? Najpierw jednak musi być stadion, aby przy dobrej grze realne były wpływy ze sprzedaży biletów. Oczywiście, po latach komuny Polska była i jest w zapaści w sensie infrastruktury sportowej. Uważam, że powinnością miast jest budowanie stadionów, obiektów sportowych i oddawanie ich w dzierżawę.
– A jeżeli w miastach brakuje środków na załatanie dziur w drogach, to mają dawać na stadiony?
– Tak. Dlatego że to przynosi chwałę miastu. Jego mieszkańcom, młodzieży daje to miejsce, gdzie się mogą spotkać, gdzie mogą przeżyć rzeczy ładne i piękne. A przeżywanie rzeczy ładnych powoduje, że stajemy się ładniejsi. Trzeba inwestować także w stadiony, bo trzeba myśleć o pokoleniu, które wstępuje. Należy to robić, bo jeżeli nie, to po cholerę – kierując się takim tokiem rozumowania – trzymać klub piłkarski, tworzyć orkiestrę, teatr?
– Powiedział pan też: „Mam dość przestępstw na ulicach, anarchii i powszechnej bezkarności”. To samo można powiedzieć o kibicach piłkarskich.
– Oczywiście, ale trzeba to nazywać po polsku. To nie są kibice – to są bandyci. Od rozwiązania tego problemu jest jednak państwo, które ma siły porządkowe, policję utrzymywaną z naszych podatków. Jak radiowozy nie będą stały ciągle w tych samych miejscach i łapały faceta, który wjedzie na skrzyżowanie na żółtym świetle, tylko zajmą się prawdziwą prewencją, to będzie można ten bandytyzm ukrócić. Nie jesteśmy ani pierwszym ani ostatnim krajem, który przeżywa falę terroru na stadionach. Takich ludzi trzeba wyłapać, wsadzić do więzienia. Po prostu zamknąć, raz z tym skończyć, a nie bawić się w historię pt. „Nazywamy stadion Cracovii imieniem Jana Pawła II”. To jest skandalem dla mnie! To jest skandal!! Pan sobie wyobraża? „Wisła, Legia, ty k…!”, krzykną też, co sądzą o sędzim i jego matce, a na końcu: „Ze stadionu Jana Pawła II żegna państwa sprawozdawca Iksiński”. I to jest czczenie pamięci Ojca Świętego?! To jest właśnie mieszanie młodzieży w głowach i kompletna dewaluacja wielkich nazwisk i symboli.
– Lubi pan powtarzać cytat z wywiadu Zbigniewa Herberta: „W życiu trzeba płynąć pod prąd, bo z prądem płyną tylko śmieci”. W sporcie również często trzeba to robić.
– Można do tego dołożyć drugie ładne zdanie – słynnego filozofa austriackiego Adlera – „Wola życia, wolą walki”. Jeżeli chcesz żyć godnie, jeżeli chcesz w sporcie osiągnąć wszystko, musisz walczyć. Po pierwsze – musisz trenować, po drugie – musisz się skupić na tym, a po trzecie musisz się rozwijać intelektualnie.
– Nieżyjący już, krytyk filmowy i fan futbolu, Krzysztof Mętrak napisał: „Filmy o sporcie są kiepskie, bo sport jest dziedziną życia właściwie wyłączoną ze spraw ostatecznych. Nie sięga do głębin naszej kondycji, ponieważ sam w sobie jest swego rodzaju namiastką. Ersatzem prawdziwej wojny, autentycznych egzystencjalnych gier i tej indywidualnej walki jaką każdy z nas toczy na co dzień, aby zdobyć uncję poczucia wyższości nad bliźnimi”. Jeśli jednak się nad tym zastanowić, to sport jest fascynujący właśnie dlatego, że jest tą namiastką.
– Sport jest intelektualnie potrzebny. Wyzwala w ludziach chęć bycia lepszym w konkurencji, co jest zawsze dobre. Małysz jest sztandarowym przykładem, co daje sport, co daje wygrywanie jednego chłopca. Daje poczucie dumy, państwowości, daje przykład młodym. Może gdyby takich przykładów było więcej – w różnych dyscyplinach sportu – to część chuliganów, zamiast rzucać kamieniami, zaczęłaby trenować.
– A gdyby tych przykładów było więcej w innych dziedzinach życia…
– Nie mamy przykładu dobrej władzy, nie mamy przykładu dobrego parlamentu, premiera, prezydenta. Wszystko jest gdzieś rozmyte. A co znaczy przykład, osobowość, siła i potrzeba przywódcy, pokazał pontyfikat papieża i jego śmierć. Nawet po śmierci umieliśmy się zebrać na Błoniach w milion osób, bo straciliśmy przywódcę. I takiego przywódcy nam trzeba. I poniekąd – w odpowiednich proporcjach – sport może pełnić rolę pewnego przywódcy. Drogowskazu, który uczy: „Możemy wygrywać z ludźmi i z przeciwnościami”.
– Powiedział pan kiedyś: „Stan natchnienia spotyka się chyba tylko w liceum”. Spytam jednak, czy mecz, boiskowe wydarzenia mogą być natchnieniem, inspiracją do stworzenia utworu muzycznego? Podniosłego, smutnego lub nostalgicznego?
– Miło widzieć ludzi cieszących się ze zwycięstwa, reagujących na zdobyte bramki. To niesamowite kino, najpiękniejszy spektakl. Gdy się ogląda takie spotkania, jak Barcelona – Chelsea, albo Barcelona – Real Madryt, to jest jakaś bajka kompletna. Widziałem mecze, które były najpiękniejszym spektaklem świata! Nie przypominam sobie bezpośredniej inspiracji widowiskiem sportowym, ale fajny mecz, wygrana własnej drużyny daje pewną energię, potrzebną do tworzenia. Człowiek wraca do domu i myśli sobie: „Cholera, to było fantastyczne. Rzeczywiście, warto żyć”.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

TYLKO JEDNA MUZYKA
Zbigniew Preisner urodził się 20 maja 1955 roku w Bielsku-Białej. Nigdy nie ukończył żadnej szkoły muzycznej. Grać na gitarze i fortepianie, a potem komponować – nauczył się sam. Po zdaniu matury w liceum w Bobowej przez osiem miesięcy był dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Ciężkowicach. „Gruntownie” studiował historię i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim („Siedem, czy osiem lat; po to, żeby mnie nie wzięli do wojska” – śmieje się). Jeszcze na studiach trafił do Piwnicy pod Baranami, pisząc muzykę do piosenek artystycznych, był związany również z Teatrem Starym.

Jako kompozytor muzyki filmowej zadebiutował w 1982 roku, przy „Prognozie pogody” Antoniego Krauze. Jest laureatem ponad 20 prestiżowych nagród filmowych: Srebrnego Niedźwiedzia, Cezara (dwukrotnie), Złotego Globu, nagrody BBC. Przez trzy lata z rzędu (1991-93) Los Angeles Critics Association przyznawało mu tytuł „Najlepszego Kompozytora Muzyki Filmowej Roku”. W 1994 roku został wybrany do skomponowania muzyki do „People’s Century”, 26-odcinkowego serialu dokumentalnego BBC, prezentującego historię XX wieku. Jest członkiem Francuskiej Akademii Sztuki i Techniki Filmowej. Komponował do ponad 80 filmów i przedstawień teatralnych, a piętnaście płyt z jego muzyką osiągnęło sprzedaż ponad 4 milionów egzemplarzy.

Niedawno otrzymał propozycję przygotowania partii orkiestry do płyty Davida Gilmoura z legendarnego zespołu „Pink Floyd”. Jesienią ma się też ukazać płyta Preisnera pt. „Cisza, noc i sny”, na której śpiewa Lisa Gerrard z „Dead Can Dance”. – Nie dzielę muzyki na style (…). Istnieje dla mnie tylko jedna muzyka: dobra. Komponuję taką muzykę, jakiej sam chciałbym słuchać… – brzmi motto umieszczone na jego stronie internetowej.

TO ŚWIAT GONIŁ NAS
Był częścią niepowtarzalnego, genialnego tercetu: Krzysztof KieślowskiKrzysztof PiesiewiczZbigniew Preisner, dzięki któremu polskie kino zyskało w latach 80. i 90. niezwykłą renomę. – Nie musieliśmy gonić za światem, to świat gonił nas – wspomina. – Pracowaliśmy bez kompleksów; nasze filmy rozumiał cały świat, choć Polska była krajem obskurnym i pozornie niezrozumiałym dla innych.
Po śmierci Kieślowskiego skomponował utwór „Requiem dla mojego przyjaciela”. Współpracował też m.in. z Luisem Malle, Hectorem Babenco, Luisem Mandoki, Agnieszką Holland. – Obecnie nie chcę komponować dla Hollywood, bo nienawidzę kompromisów – twierdzi.

Mieszka w Szwajcarii i Polsce, niedaleko Krakowa ma studio nagraniowe, gdzie m.in. produkuje płyty młodych twórców. Wolny czas najchętniej spędza w Jamnej, w Beskidzie Niskim. – Może przeniosę się tam na emeryturę – mówi. – To doskonałe miejsce do czytania książek – las i cisza. No i blisko stąd do „Bobowianki”, gdzie najdroższe drugie danie kosztuje kilka złotych. Zostawię sobie na ten cel ostatnie sto tysięcy dolarów. Co to będzie za życie

NURKOWANIE W RYZYKO
W licealnych czasach Zbigniew Preisner grał w piłkę nożną („Byłem bramkarzem i nawet nieźle broniłem„), w studenckich – w siatkówkę. Niezłe wyniki – 185 centymetrów – osiągał w skoku wzwyż (jeszcze stylem przerzutowym).
Nigdy nie myślałem o karierze sportowej, bo znam swoje możliwości, miejsce w szeregu – mówi. – Wiedziałem, że jestem za słaby, albo za stary.
Ciągle bardzo lubi uprawiać sport. – Robię to dla zdrowia, żeby się dobrze czuć, mieć kondycję, być w formie – wyjaśnia. Jeździ na nartach, wspina się, nurkuje. – Interesuje mnie ryzyko, a nurkowanie na głębokość ponad stu metrów jest wielkim ryzykiem – zwierza się. – Od pięćdziesiątego szóstego metra powietrze robi się trucizną, ale kto nie ryzykuje – nie żyje.

Skomentuj