To nasza broń kobieca

Reportaż ukazał się w „Gazecie Krakowskiej” 6 lipca 2007 r.

Spokojny i stanowczy głos w słuchawce telefonu, delikatny, ale pewny uścisk dłoni na przywitanie. – Co, nie wyglądam na komandosa? Do tego trzeba mieć 52 centymetry w tzw. kablu czyli bicepsie? – śmieje się podporucznik Agnieszka Ogonek, w Brygadzie Strzelców Podhalańskich dowodząca plutonem rozpoznawczym, elitarną jednostką piechoty.
Za to potrafię zabijać spojrzeniem – żartuje szczupła, średniego wzrostu kobieta. – Kiedyś jeden z oficerów poszedł do mojego dowódcy na skargę i prosił, żeby mnie więcej do niego nie przysyłał. Ale przecież to on mnie wkurzył, a ja na niego tylko popatrzyłam

Zastępczy synuś tatusia

„Ppor. Ewa Szałańska, syn Macieja” – widniało w rozkazie przeniesienia do jednostki. – Koledzy długo mieli z tego ubaw – kiwa głową Ewa, oficer stacjonującego w Krakowie batalionu dowodzenia 6. Brygady Desantowo-Szturmowej. – Inna rzecz, że z dwóch córek to ja byłam takim zastępczym synusiem tatusia. Miałam więcej misiów i samochodzików niż lalek. Zawsze wolałam grac z chłopakami w kapsle, zamiast skakać z dziewczynami w gumę.
Pułkownik Maciej Szałański całe życie spędził w legendarnych „Czerwonych Beretach”, był dowódcą nieistniejącego już 10. Batalionu Powietrzno-Desantowego. Dzieciństwo Ewy toczyło się wśród żołnierzy. – Znajomi ojca, różne imprezy, pikniki, dni dziecka, wszystko w wojsku – wylicza. – Strasznie mi się to podobało, znałam rodzaje sił zbrojnych, stopnie, typy mundurów.

– To fascynacja, a nie chęć wyżycia się, czy pogoń za adrenaliną. Gdybym potrzebowała adrenaliny, zostałabym nurkiem głębinowym. Fascynacja! – powtarza z naciskiem ppor. Sylwia Tomczyk, z 2. Hrubieszowskiego Pułku Rozpoznawczego. – Zawsze chciałam zostać żołnierzem, już kiedy byłam malutką dziewczynką w sukience z falbankami. Pistoletów rodzice nie chcieli mi kupować, ale ciągle bawiłam się żołnierzykami. Może dlatego, że nie było jeszcze wtedy takich bajeranckich lalek Barbie.
W Agnieszce pragnienia obudzili ojciec i bracia, historyjkami ze służby wojskowej. – Opowiadali o tym tak barwnie, z takim entuzjazmem, że sama chciałam to przeżyć. Odtąd planem A było wojsko, a rezerwowym planem B – policja.

Przez magistra do oficera

Musiała jednak realizować plan C. Skończyła politologię na UMCS, kiedy dowiedziała się, że zaczęto przyjmować kobiety z wyższym wykształceniem do 13-miesięcznego Studium Oficerskiego. – Poszłam do WKU, gdzie mnie „zlali”, nakrzyczeli na mnie, twierdząc, że nie ma takiej możliwości, podczas gdy ściany były obwieszone plakatami informującymi, iż armia otwiera się dla kobiet – ironizuje.
– A ja usłyszałam: „Może pani złożyć papiery, ale i tak się pani nie dostanie” – wspomina Sylwia, absolwentka historii na Uniwersytecie Łódzkim. Obie dostały się do Studium, choć musiały walczyć nie tylko z oporem skostniałych struktur wojskowych. – W domu jedni byli za, inni przeciw, a babcia powiedziała, że chyba zwariowałam – opowiada Sylwia. – W końcu machnęła ręką: „Po tobie można się było czegoś takiego spodziewać”. Bo mnie zawsze nudziły tradycyjne wakacje, jeździłam na szkoły przetrwania, obozy wędrowne, albo wspinaczkowe.

Ewa miała łatwiej. Studiowała zaocznie filologię polską na Akademii Pedagogicznej i pracowała w WKU Kraków-Nowa Huta. Dokumenty informujące o warunkach przyjęć kobiet do służby wojskowej trafiły na jej biurko. – Przez kilkanaście dni nauczyłam się ich prawie na pamięć, biłam się z myślami – zwierza się. – W tajemnicy poradziłam się komendanta WKU. Bardzo się ucieszył, powiedział, że mnie popiera. Rozmowa z rodzicami była bardziej burzliwa. Mama pracowała jako pielęgniarka w kompanii medycznej i też znała specyfikę wojska. Próbowali mi wyperswadować tę decyzję, ale pogodzili się z nią, kiedy zrozumieli, że to nie chwilowy kaprys i że nie nadaję się na nauczycielkę polskiego.

Najpierw została magistrem, potem oficerem. W dzieciństwie obserwowała, jak bardzo służba zdominowała życie prywatne ojca, dzisiaj sama tego doświadcza. Na spotkanie umawiała się przez tydzień, bo ciągle w ostatniej chwili dowiadywała się o nowych obowiązkach. – Przysięga „młodego wojska”, jubileusz brygady, mamy teraz niezły „bandżaj” – slangowo opisywała nawał pracy.
W wielu innych zawodach, w pogoni za karierą, jest tak samo: praca po kilkanaście godzin dziennie, delegacje, wyjazdy służbowe – przekonuje. – Jeśli chce się coś osiągnąć, trzeba sobie pewne sprawy odpuścić, inne zaakceptować.

Czarownice bez stosu

W tej chwili w Wojsku Polskim służy około 600 kobiet. Największe kontrowersje, a także pretensje mężczyzn budzą obniżone normy koleżanek przy obowiązkowych sprawdzianach z WF. – Byłoby sprawiedliwie, gdyby wymagania były równe dla obu płci – uważa Agnieszka. – Z drugiej strony: przecież później normy są obniżane dla żołnierzy w bardziej zaawansowanym wieku, co tez można uznać za niesprawiedliwe. A co z kobietami w ciąży? Będą musiały odejść?
– Te obniżone normy też są złudne – dodaje Sylwia. – Mężczyźni biegają 3 kilometry, a my na kilometr, ale musimy osiągać lepsze czasy na każdym okrążeniu.
– Najlepiej byłoby wprowadzić zasady z armii amerykańskiej, gdzie konkurencje wybiera się z obszernego kanonu – podsumowuje Ewa. – Przecież nawet wśród mężczyzn powstają dysproporcje, bo ktoś mocno zbudowany będzie korzystniej wypadał w sprawdzianach siłowych, a znacznie gorzej – w sprawnościowych.

„Ludzi wątpiących w przydatność nas, kobiet do służby odsyłam do przyjaciela google, który po wpisaniu słów wojowniczki, amazonki, itp. wskaże odpowiednią ilość stron, gdzie ładnie opisano, jak drzewiej panie wpierdeńko spuszczały” – brzmi jedna z ripost na wojskowym forum dyskusyjnym.
Współczesnym przedłużeniem mitologii jest amerykański film „GI Jane”, o kobiecie na kursie marines, który wydaje się równie realistyczny jak silikonowy biust odtwarzającej główną rolę Demi Moore. – Jestem przekonana, że kobieta sprostałaby tym warunkom! – twierdzą unisono bohaterki tekstu. Film oglądały po kilka razy.
– Dlaczego nikt się nie zastanawia, dlaczego do wojska trafili moi koledzy, albo czy podołaliby jakimś zadaniom? Za to ja ciągle muszę o tym mówić, bo każdy myśli: „Trzeba jej zadać takie pytanie, bo to jest normalnie BABA, dziw nad dziwy – zaperza się ze śmiechem w głosie Sylwia Tomczyk, używająca w adresie mailowym hasła „wiedźmiszon”. – Słyszę o obyczajowości, tradycji, lecz jestem pewna, że dawniej kobiety też chciały walczyć, ale za każdy niebanalny pomysł palono je na stosie. Proszę sobie przypomnieć Joannę d’Arc. Ja też wtedy zostałabym sklasyfikowana jako opętana czarownica.

Na wspomnianym forum ciągle pojawiają się krytyczne opinie o obecności kobiet w oddziałach liniowych, przytaczane są negatywne przykłady. – Kobieta w armii w pierwszych miesiącach musi pokazać mężczyznom, na co ją stać – tłumaczy Ewa Szałańska, która przez półtora roku – w zastępstwie nieobecnego kapitana – kierowała kompanią ochrony i regulacji ruchu złożoną z ponad 80 żołnierzy. – Trzeba udowadniać rzeczy, których mężczyźni nie muszą, ale później jest spokój.
– I nie jest to dla nas aż takie trudne – dorzuca Sylwia Tomczyk. – Wielu facetów myśli: „Jaki to jestem boski” i napina muskuły. Tymczasem prawie każdy sprawdzian, w większości dziedzin życia, nieważne, czy fizyczny, czy intelektualny – wymaga przede wszystkim odporności psychicznej. A tu kobiety przerastają mężczyzn

Zakaz cmokania w mankiet

– Na poligonie przysiadł się jakiś kapitan, żeby pogawędzić. W pewnym momencie założyłam nogę na nogę, a on: „Och! Kiedy pani tak usiadła dotarło do mnie, że pani faktycznie jest kobietą!” – wspomina Agnieszka. – Gdy jest pan ubrany na biało w grupie dwustu osób w czerni, to wiadomo, że zwróci pan powszechną uwagę. Obecność kobiet w wojsku działa na tej samej zasadzie. Nie wiem, czy mężczyźni kiedykolwiek oswoją się z tą sytuacją.
Czasami zdarzały się gwizdy, chamskie dowcipy. – Czy daję w takim przypadku w gębę? Nie. Zlewam, ignoruję i przechodzę dalej, żeby nie potęgować agresji – tłumaczy Agnieszka, która przez wiele lat trenowała sztuki walki.
– Poza tym mamy humanizację w wojsku i nawet kobietom nie wypada załatwiać spraw siłowo – uśmiecha się kpiąco Ewa. – Wystarczy jasno nakreślić linię i druga strona wie, ile można.

Trudniej ustalić granicę dla oficerów dużo starszych wiekiem i stopniem, oprzeć się ich krępującej, nieregulaminowej (a więc wywołującej nieprzychylne komentarze kolegów) galanterii. – Gdy próbują pocałować mnie w rękę, to pośpiesznie ją wyrywam – wyjaśnia Ewa. – Nigdy nie pozwalam też, żeby ktokolwiek nosił moje bagaże.
Twierdzą, że nie mają kłopotów z zachowaniem intymności. – Trzeba sobie jakoś radzić – tłumaczy Agnieszka. – Na co dzień mieszkam poza jednostką. Na poligonie bywa różnie, ale obowiązkiem dowódcy jest zabezpieczenie osobnego lokum dla kobiet. Nie zdarzyło mi się spać w jednym namiocie z innymi żołnierzami.

Agnieszka i Sylwia dowodzą 12-osobowymi plutonami. Żadna nie usłyszała, nawet formie aluzji: „baba nie będzie mi rozkazywać„. – Może to jeszcze przede mną – uśmiecha się Agnieszka. – Moi dawni podwładni do tej pory dzwonią, wysyłają sms-y. Czasem patrzę na jakiegoś żołnierza i myślę: „O Boże, gdyby taki do mnie trafił, zgroza!”. Ale oni właśnie tacy do mnie trafiają. I z każdym można się dogadać.
– Moi to się wręcz cieszą, bo mogą opowiedzieć coś oryginalnego – twierdzi Sylwia. – Słyszałam od rodziców, jak przyjeżdżają na przepustki i chwalą się, że dowodzi nimi kobieta.
Uciekają przed rolą orędowniczek równouprawnienia kobiet i symboli unowocześnienia polskiej armii. – Nie mogę patrzeć na te babochwalcze artykuły, gdzie się pisze, jakimi to jesteśmy supermenkami – Agnieszka kręci z irytacją głową. – Nie jestem na pokaz, nie chcę być maskotką. Jestem normalna i sto moich koleżanek jest normalnych. Zdarza mi się nawet na kogoś nawrzeszczeć, gdy już jestem strasznie wściekła, albo popłakać w ukryciu.

Mezalians XXI wieku

O oddziałach rozpoznawczych, w których służą Agnieszka i Sylwia, żartuje się w wojsku: „oni umierają cicho”. Są szkolone do prowadzenia specjalnych akcji przy liniach wroga. – To jak w dziennikarstwie, chodzi o różne sposoby zbierania informacji – pokpiwa Agnieszka. Ewa, jak cała kadra oficerska „Czerwonych Beretów”, co roku wykonuje obowiązkowo przynajmniej pięć skoków ze spadochronem. – I bardzo to lubię – zapewnia. – Dlaczego wybieramy największe wyzwania? Ambicja! Dostając się do armii dokonałyśmy niemożliwego, więc ciągle mamy apetyt, żeby brać z najwyższej półki.
Ma wprawę w przełamywaniu konwenansów. Wyszła za mąż za Artura Antkowiaka. Kaprala. W zhierarchizowanej armii taka różnica stopni to przepaść. – Były krzywe spojrzenia, nawet komentarze, że to mezalians, ale pokonaliśmy przeciwności – opowiada Ewa.
– Zakochałem się w dziewczynie, a nie w gwiazdkach, więc się nie przejmowałem – przekonuje Artur, który wcześniej był żołnierzem Brygady Kawalerii Pancernej, stacjonującej w Wesołej koło Warszawy.

Długo, nawet po ślubie, widywali się tylko co dwa tygodnie, w weekendy. Dopiero przed rokiem udało mu się przenieść do Krakowa. – Jesteśmy w innych batalionach, więc nie istnieją między nami żadne służbowe zależności, a w domu różnica stopni nie ma znaczenia, nikt nie dowodzi – śmieje się Ewa.
Poważnieje, pytana, jak zareagowała, kiedy Artur oznajmił, że zgłosił się na II turę do Afganistanu. – Jasne, że się boję, ale nie mogłam protestować, bo wiem, jakie to ma dla niego znaczenie – wyjaśnia.
– Jesteśmy przecież dorośli – ucina Artur, ale zamyśla się, gdy mu przypomnieć, że po nim do kraju Talibów może trafić żona. III turę będzie zabezpieczał batalion Ewy. – Cóż, może ta rozmowa przebiegnie inaczej, znajdą się nowe argumenty, bo będę wiedział, co można tam zastać – zastanawia się.

Na tropie mafii

Sylwia przygotowuje się do wyjazdu na misję pokojową do Kosowa. Niedawno wróciła stamtąd Agnieszka. – Niby jest spokojnie, ale wojna może wybuchnąć znowu w każdej chwili – opisuje. – Serbowie, Albańczycy żyją razem i trudno powiedzieć, kto jest tym „złym”. Wszyscy mają broń w domu, utrzymują organizacje paramilitarne, bojówkarzy. Jakby się do czegoś przygotowywali. Zresztą wystarczy popatrzeć na ich mentalność: nie myślą o przyszłości, żyją szybko, bawią się, szastają pieniędzmi. Jakby miało się to zaraz skończyć, jakby chcieli naczerpać rozrywek na zapas.
Kosowo jest bazą mafii albańskiej przemycającej narkotyki na zachód Europy. – Nimi także się zajmowaliśmy – zdradza Agnieszka, lecz indagowana o szczegóły zasłania się tajemnicą wojskową. Niechętnie opowiada o patrolach w terenie, zasadzkach, śledzeniu podejrzanych grup. Często, podczas takich obserwacji, leżała po kilka godzin na 20-stopniowym mrozie. – Mieliśmy zimę, więc niska temperatura była normalna – wzrusza ramionami.

Ta wizja ciekawego życia, posmak emocji i przygody, bledną jednak, kiedy uświadomić sobie ewentualność wojny, strzałów, ran i śmierci. – Nie myślę o tym codziennie, ale zdaję sobie z tego sprawę – zapewnia Agnieszka. – Złożyłam przysięgę i biorę za nią odpowiedzialność; jeśli powstanie taka konieczność, będę walczyć. Jestem żołnierzem.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.