Trenerka z „białego domu”

Tekst ukazał się w „Tempie” z 14-16 sierpnia 1998 r. Autorka: Majka Lisińska-Kozioł.*

O tej porze roku nie ma lodu w jej rodzinnym Oświęcimiu. Iwona Mydlarz-Chruścińska dwa razy dziennie jeździ więc do Tych. Srebrnego citroena ax nie wprowadza nawet do garażu. Przez te dojazdy tempo jej życia gwałtownie wzrasta. Śniadania zwykle nie jada, obywa się kawą z mlekiem. Głodnieje zwykle koło południa, ale wtedy jest w drodze na trening. Gdy tylko wchodzi na taflę, zapomina o swoim żołądku. O piątej po południu jest już w domu. Czasami w biegu połyka obiad. Z rozsądku. Potem znowu tura do Tych. Wilczy apetyt dopada ją w nocy, kiedy zakończy już wszystkie zajęcia.

***

Gdy mają przyjść goście, dorodny wilczur Argos siedzi zamknięty w domu, bo gryzie od czasu, kiedy zły człowiek uświadomił mu jak bolą razy zadawane kijem. Toleruje tylko swoich. Baśka – długowłosa królica przycupnęła w garażu. Dwa żółwie, kupione za psie pieniądze od Rosjan, szukają cienia w trawie. Po stole przechadza się z godnością biała kocica angorska – Amanda, piętro wyżej urzęduje jej mąż – Czaki. Na poddaszu „białego domu” – świeżo odmalowany na ten właśnie kolor, nie bywa już nazywany inaczej – uwija się jeszcze kilka „dachowców”, a w klatce ustawionej na kuchennej szafce leniwie przeciąga się szynszyl Koko.
Iwona Mydlarz-Chruścińska hoduje tę menażerię z wielką przyjemnością. W międzyczasie chowa do szafy kolejną stertę wypranych rzeczy. Na rozpakowanie czekają jeszcze dwie walizki. Dopiero wróciła z Nowego Jorku, gdzie jej para sportowa, Dorota Zagórska i Mariusz Siudek, zdobyła brązowy medal Igrzysk Dobrej Woli – a już rozpoczęły się zwykłe treningi.

***

Ruchliwa była od małego. Już jako trzylatka ćwiczyła balet. Równocześnie ze szkołą podstawową chodziła do muzycznej. Pianino stoi w mieszkaniu rodziców do dzisiaj, chociaż pani trener rzadko znajduje czas, by na nim pograć. Gdy była w czwartej klasie, w Oświęcimiu zbudowano lodowisko, więc zaczęła jeździć na łyżwach. W końcu okazało się, że po prostu brakuje doby na te wszystkie zajęcia.
Wybrała łyżwy. Piąte miejsce na mistrzostwach Polski to jej największy wyczyn. – Wszystko dlatego, że jazda szkolna była moją piętą Achillesa.
Dopingowała i sekundowała wszystkim jej poczynaniom mama. – Też kiedyś marzyła, by być łyżwiarką, ale nie było warunków. Więc gdy ja jeździłam, mama zrobiła kurs sędziowski i każdą wolną godzinę spędzała ze mną na lodzie.

Najlepiej wspomina trenera Zygmunta Kaczmarczyka. Dzięki niemu opanowała technikę skoków. Z tej wiedzy korzysta dzisiaj, ucząc swoich zawodników. Potem nastał trener Piotr Bobylak. Iwona właśnie dostała się na katowicką AWF i postanowiła zakończyć karierę łyżwiarki. Teraz częściej niż sama jeździła, pomagała w szkółce. Zawsze lubiła pracować z dziećmi.
Na zajęciach zauważyła niepozorną dziewczynkę, która starannie wykonywała ćwiczenia na lodzie. Po miesiącu Kasia – bo tak miała na imię – zniknęła. Zjawiła się po dłuższym czasie. Była poważnie chora, ale w domu solidnie pracowała. Weszła na lód i od razu była lepsza od innych. – Zaimponowała mi ta mała. Trenerzy nie chcieli jej w sekcji, ale pozwolono mi się nią zająć i za jakiś czas Kaśka Chojniok zaczęła wygrywać z dziećmi, które trenowały w sekcji nawet po dwa lata. Po raz pierwszy poczułam, że trenerka to wspaniały zawód.

***

Zaczął się rok akademicki i wtedy właśnie Iwona złamała kość strzałkową. Założono jej gips, załatwiono akademik w Katowicach. W Oświęcimiu bywała rzadko. Tymczasem miała już drugiego podopiecznego, Wojtka Gwinera. – Pani Roma, mama Wojtka uparła się, żebym go trenowała. Zbliżały się zawody, a ja w Katowicach. No Sodoma i Gomora. Gdy tylko zdjęli mi gips, pani Gwinerowa dawała mi na taksówkę, żebym zajmowała się Wojtkiem. Wyglądało to tak, że szłam na szóstą rano na lód, potem taksówką na dworzec i do Katowic na zajęcia. Spóźniałam się notorycznie, a wykłady opuszczałam nagminnie. Potem wracałam pociągiem do Oświęcimia i taksówką z dworca znowu jechałam na lód.

To wtedy zaczęła się wojna z panem Bobylakiem. Nie miał nic przeciwko temu, żebym pracowała z dziećmi, wręcz przeciwnie, oddał mi nawet wszystkie pod opiekę i na ranny trening wcale nie przychodził, ale na zawodach on firmował osiągnięcia tych dzieci. Wojciech był coraz lepszy, pani Roma naciskała, żebym ja z nim jeździła na zawody, więc pan Bobylak z zemsty kazał lodomistrzom wyrzucać mnie z tafli. Wtedy mama Gwinerowa ruszyła do ataku. Przekupiła wszystkich, łącznie z kierownikiem lodowiska i mogłam trenować. Dano mi nawet ćwierć etatu. Pani Roma robiła wszystko, żeby tylko Wojtek jeździł. Jeśli lód był nie polany, stawiała flachę lodomistrzom i wszystko grało.

***

Iwona miała pierwsze trenerskie sukcesy i dzieciom poświęcała coraz więcej czasu. Wojtek Gwiner wygrał międzynarodowe zawody o Puchar PZŁF w gronie juniorów, a razem z Kasią Chojniok byli wtedy na trzecim miejscu w parach sportowych. Niedługo później Kasia przestała jeździć. Ale Wojtek był bardzo dobrym zawodnikiem. Wykonywał wszystkie potrójne skoki, a mimo to nigdy nie został mistrzem Polski.
Na mistrzostwa przyjeżdżał wtedy zawsze Grzegorz Filipowski i to on miał patent na wygrywanie. Gwiner był wiecznie drugi. Gdy skończył karierę, jego miejsce zajął Przemek Noworyta i wtedy akurat Filipowski raz nie przyjechał. Dlatego Noworyta jest jej pierwszym mistrzem Polski seniorów.

Studia podporządkowywała pracy z dziećmi. W pierwszym terminie nigdy nie zgłaszała się na żaden egzamin, bo akurat w tym czasie wypadały albo mistrzostwa Polski albo Spartakiada. Zaliczała kolejne przedmioty w drugim terminie. Ktoś w dziekanacie zorientował się, że coś tu nie gra. – W końcu przyznałam się, że prowadzę treningi w Oświęcimiu.
Skończyła jednak studia, dostała od pani Romy Gwiner złotą łyżewkę, którą ma do dzisiaj. Zanim jednak uzyskała tytuł trenera łyżwiarstwa figurowego, musiała przekonać ówczesnego rektora katowickiej AWF, Włodzimierza Reczka, żeby wyznaczył jej termin końcowego egzaminu. Zdała tylko na czwórkę, bo opiekun specjalizacji łyżwiarskiej – Zygmunt Gowarzewski – jakoś nie bardzo ją lubił i kazał jej podać wzór na skok. – Tego akurat nie wiedziałam. I do dziś nie wiem, czy coś takiego istnieje.

***

Wraz ze swymi zawodnikami zdobyła setki medali. Nigdy nie umiała ich policzyć. Od początku jej trenerskiej kariery upłynęło już ponad 22 lata.
Iwona nie ukrywa, że teraz pracuje się inaczej. Gdy polskie łyżwiarstwo figurowe nie liczyło się w Europie, rywalizowały przede wszystkim kluby, a poszczególni zawodnicy chcieli być najlepsi w kraju. Uważa, że w tamtych czasach wielką ostoją trenera byli rodzice. Znali się nawzajem, łączyła ich może nie przyjaźń, ale wspólna sprawa, łączyły ich dzieci. Mamy na wyjazdach robiły śniadania, ojcowie zabierali po kilkanaście par łyżew do ostrzenia. Przed startem rodzice dbali o wszystkie dzieci jak o własne.
To była taka nasza solidarność i może współodpowiedzialność. Dzisiaj to raczej rzadkie postawy. Rodzice raczej spodziewają się pomocy we wszystkim i oczekują wyników. Uczynność czy zwykła wdzięczność wyszły z mody.

***

Iwona lubi obozy i zgrupowania. Pracuje wtedy ciężko, ale i odpoczywa. Żeby zregenerować siły potrzebuje znajomych miejsc i znajomych ludzi wokół. Stworzyła sobie w Oświęcimiu – z wielką pomocą oddanego łyżwiarstwu figurowemu prezesa Unii, Kazimierza Woźnickiego – grupę zawodników, w których wierzy i którzy rzadko ją zawodzą. Ciepło mówi o Mariuszu Siudku. – To wspaniały zawodnik i człowiek. Pracujemy razem już 21 lat. On potrafi jak nikt zmobilizować grupę. Poza tym, wyniki Doroty Zagórskiej i Mariusza to po prostu namacalny dowód, że można w Polsce osiągnąć wiele.
A są przecież także utalentowane solistki: Iwona Szczepka, Kasia Zembroń, piąta juniorka świata Anka Jurkiewicz i Sabina Wojtala, wicemistrzyni Polski seniorek, choć ma dopiero 17 lat.

***

Mówi o sobie, że jest zbyt mało przebojowa, nie umie walczyć o swoje, ale życie daje jej korepetycje w tej materii. – Poza tym nie jestem chyba najlepszą żoną i mamą. Nie gotuję. Ciągle mnie nie ma, synowie Mateusz i Radek wychowują się z babcią Krystyną i dziadkiem Marianem, którzy mieszkają na piętrze. Zresztą gdyby nie moja mama, która trzyma w garści cały dom, nie wiem jak bym sobie poradziła. Z doskoku pomaga mi też mąż, który na co dzień pracuje, ale latem prowadzi mi zajęcia ogólnorozwojowe, no i w czynie społecznym ustala plany szkoleniowe dla zawodników kadry, do UKFiT.
Życzliwi twierdzą, że jest dobrym człowiekiem. Pewnie dlatego tak lubią ją zwierzęta. Sama przyznaje, że gdyby nie łyżwy, to pewnie zostałaby weterynarzem.

***

W trenerskim życiu nie raz bywało jej przykro. Wielkie nadzieje wiązała z Beatą Mól-Zielińską. – To był wyjątkowy, samorodny talent na lodzie. „Mólka” zapowiadała się na świetną solistkę, potem jeździła w parach sportowych. Jako pierwsza zawodniczka w Polsce wykonała na zawodach potrójnego lutza. Robiłam dla niej wszystko co najlepsze – jak mi się zdawało. I zawiodłam się. To było przed olimpiadą w Albertville. Przepracowaliśmy solidnie cały rok i nagle, kilka miesięcy przed igrzyskami, powiedziała, że rezygnuje, że ma dosyć. Długo nie mogłam uwierzyć, że to prawda.

Bywało, że czuła się upokorzona, bezradna, pokrzywdzona. Na przykład, gdy grupa jej zawodników odeszła z klubu tuż przed mistrzostwami Polski, a zaraz potem w „Sporcie” ukazał się niesprawiedliwy artykuł, w którym – mimo że z każdym z nich przepracowała ponad dziesięć lat – oświadczyli, że nigdy ich niczego nie nauczyła, że działała przeciwko nim.
W takich chwilach zwykle siada w fotelu i zastanawia się czy warto tak pracować, czy warto poświęcać rodzinę? Zdaje sobie jednak sprawę, że jest to pytanie retoryczne.
Zawiodła się też na olimpiadzie w Nagano. – Miałam nadzieję, że poczuję tam wspólnotę z polskimi sportowcami, że wszyscy będą sobie dobrze życzyć, bez względu na to, czy się coś uda, czy też nie. Nie było wspólnoty, były pretensje, że para Zagórska/Siudek jest tylko na dziesiątym miejscu. A łyżwiarstwo to przecież nie tylko technika. Tu trzeba pokazać trochę artyzmu, złapać kontakt z widownią. Jeśli ja pracuję z Mariuszem tyle lat, znam go i on mnie zna, to wierzę, że pomachał ręką kibicom dlatego, że właśnie w tamtej chwili potrzebował. Ja to szanuję.

***

W zasadzie nie utrzymuje kontaktów ze swoimi byłymi zawodnikami. Ona nie ma czasu, a oni mają własne życie. Wojtek Gwiner na przykład jest w Bielsku, Kaśka Chojniok pod Opolem, Anka Siudek – siostra Mariusza – w Warszawie. Jedynie Tomek Dombkowski i jego żona – poprzednia partnerka Siudka – Beata Szymłowska odwiedzają ją, już ze swoimi dziećmi, w każde imieniny.
Tomek to też był talent, ale był podatny na środowisko. A potem okazało się, że miał jakieś bakterie w wątrobie i przestał jeździć. W typie Dombkowskiego był Zbyszek Komorowski. Przyszedł do Oświęcimia z Sosnowca. Bardzo go lubiłam, ale obraził się, ze mało płacą mu w klubie, potem się ożenił. Ostatnio oboje z żoną – Magdą Kostrzewińską (siostrą żony Artura Partyki – przyp. red.) są w rewii. Moim „synusiem od serca” był Janusz Komendera, który tez wylądował w rewii. Gdy przyjeżdża do Polski, wpada do mnie, a ostatnio przysłał mi kartkę z Afryki.

***

Chciałaby jeszcze wiele osiągnąć, wciąż ma plany i marzenia. Kto wie, może światową karierę zrobią jej synowie? A może wybije się któraś z solistek? Wciąż im tłumaczy, że jeszcze mają czas, że mogą, jeśli zechcą, zaprezentować wszystkie swoje umiejętności za rok, dwa trzy. Kariera stoi przed każdą z nich otworem. Pieniędzy w łyżwiarstwie jest w bród, może ono stać się ich sposobem na życie.
Przełomowe znaczenie w pracy Iwony Mydlarz-Chruścińskiej miała pani Anna Bursche-Lindner, swego czasu przewodnicząca Rady Trenerów PZŁF. Ona pierwsza uświadomiła Iwonie, że rywalizacja łyżwiarzy figurowych nie kończy się na mistrzostwach Polski, że można liczyć się też w Europie i na świecie.

To wszystko prawda, ale najżyczliwszą kobietą, jaką dane mi było spotkać jest Anna Sierocka, nasza sędzina międzynarodowa. Poznałyśmy się wiele lat temu. Pojechałyśmy po raz pierwszy razem – ona sędziowała, a ja byłam tam z parą sportową, Beata Szymłowska i Mariusz Siudek – na mistrzostwa świata juniorów do Budapesztu. Startowało 21 par. Marzyłam o miejscu dwudziestym. Koleżanki trenerki nahuczały mi, co mam mieć ze sobą, czego nie brać, bo przynosi pecha, a Sierocka ryknęła: „Żadne przedostatnie, będziemy w połowie stawki”. Strzeliłyśmy sobie strzemienną kawę i zajęliśmy 10. miejsce. Miałam więc dziesiątą parę na świecie. To wtedy tak naprawdę uwierzyłam, że coś można zrobić. Ania jest naszą ostoją do dzisiaj. Zawsze zjawia się na naszym treningu przed zawodami. Szczerze podpowie – co jest dobrze, co źle. Moi zawodnicy wierzą w nią jak w Boga.

***

Gdy pytam, czy czuje się doceniona – przytakuje po chwili zastanowienia. W Polskim Związku Łyżwiarstwa Figurowego może liczyć na pomoc Sekretarz Generalnej Ewy Kierzkowskiej. – Na ostatnich mistrzostwach Polski prezes Janusz Wachowiak bardzo ładnie wyraził się o mojej pracy, moich zawodnikach i moim ośrodku. Sympatią darzymy się również z wiceprezesem Związku, Jackiem Tascherem, który też – tak to odbieram – dobrze mi życzy.
Ma wspaniałego prezesa klubu Kazimierza Woźnickiego, który doprowadził do tego, żeby oprócz pary była w Oświęcimiu grupa zawodników. On znalazł środki, keidy ich nie było, wykazał życzliwość.
Mamy tez kierownika sekcji – funkcję tę społecznie pełni pani Siudkowa – ale de facto, gdy ja wyjeżdżam w sekcji nie ma nikogo, kto zająłby się bieżącymi sprawami. Toteż gdy przyjeżdżam z zawodów czy zgrupować, czeka na mnie sterta spraw i pretensji o te nie załatwione. To psuje radość z każdego sukcesu.

Odrzuciła wiele ofert z zagranicy, bo tu, a nie gdzie indziej, chce pracować, ale jest też doceniana na świecie. W ubiegłym roku pojechała do Kanady na specjalne zaproszenie – wraz z Anią Jurkiewicz, piątą zawodniczką MŚ juniorek – prezentować treningi.
– Ukazał się też artykuł o mojej z nią pracy. To mi sprawiło wielką przyjemność. A teraz, po Igrzyskach Dobrej Woli, też czułam się wyjątkowo. Myślę, że Dorota i Mariusz odczuwali to samo. Telewizja amerykańska pokazała cztery najlepsze pary sportowe, w tym nas, wszędzie nam gratulowano. Ale zaraz potem pomyślałam o następnych zawodach, o nowym programie, o tym co jest jeszcze przed nami.
MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do końca 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.