Trzeci zamach „Kosą”

Do Wisły wrócił jeden z najbardziej niesztampowych – na boisku i poza nim – piłkarzy w jej nowoczesnej historii. Na razie związał się z krakowskim klubem na rundę wiosenną.

– Tylko proszę nie zadawać trudnych pytań – rzucił żartobliwie Kamil Kosowski na początku spotkania z dziennikarzami. Kokieteria. Jemu akurat nigdy nie przeszkadzały trudne pytania, ciekawie potrafił odpowiadać na banalne, a obywał się nawet bez jakichkolwiek. – Lubię wpaść do Wisły co pięć lat na pół roku, zrobić porządek i wyjechać – stwierdził, dość długo utrzymując przy tym poważną minę.
Pierwszy pobyt przy Reymonta był długi, obfitował w sukcesy (można o tym poczytać TUTAJ), a odejście nie wzbudziło dużych kontrowersji, choć irytował wielu częstymi nawiązaniami do niskich zarobków i transferu zagranicznego. Kiedy wrócił w 2007 roku, podniósł drużynę z kryzysu, bo po fatalnym sezonie już praktycznie w ciągu jednej rundy zapewniła sobie mistrzostwo. Tyle że „Kosa” odszedł zaraz po niej, w atmosferze awantury, a zamiast przedłużenia kontraktu – rozwiązano z nim aktualny, ważny jeszcze przez kilka miesięcy. – Były konflikty i zawirowania, nieporozumienia. Czas jednak leczy rany, dzisiaj nikt do nikogo nie żywi urazy – tłumaczy nieco „na okrągło”.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Przy podobnym pytaniu o niedawne wypadki w Bełchatowie, gdzie był nawet przesunięty do Młodej Ekstraklasy, dyplomacji starcza mu na chwilę („Takie rzeczy się zdarzają. Piłkarze nie zawsze mają na coś takiego wpływ. Nie pamiętam tego„), ale później wbija kilka szpilek ostatniemu klubowi. – W Wiśle mogę mieć nadzieję, że poczuję się jak profesjonalny zawodnik – ta aluzja była mocno zawoalowana, za to późniejsza ironia już gryząca: – Czytam komentarze, że kibice w Bełchatowie się skrzykują na mecz z nami, żeby mi „podziękować”. Szykuje się komplet na trybunach, więc prezes pewnie już liczy zyski. My natomiast pojedziemy tam po trzy punkty.
W pewnym momencie zwierzył się: – Ktoś tam powiedział, że mógłbym mecz odpuścić. I to było obraźliwie, bo ja zawsze gram o pełną pulę.

Na pytanie, czy nie boi się oczekiwań kibiców, którzy pamiętają go z wielu dobrych występów, odpowiedział nieco górnolotnie: – Jak nie ma oczekiwań, presji, to nie ma wielkiej piłki.
Kolejne, czy w wieku blisko 36 lat czuje się na siłach, aby sprostać wymaganiom treningowym (Tomasz Kulawik powiedział coś takiego: „Jeśli zechce się zmęczyć, to na pewno się przyda„), obszedł bokiem: – Starałem się jak najszybciej osiągnąć porozumienie w Bełchatowie, żeby nie tracić czasu i od początku przystąpić do przygotowań.
Dochodziły sygnały, że przy Reymonta liczą nie tylko na jego grę, ale również charyzmę, umiejętność stworzenia dobrej atmosfery. – Przeczytałem gdzieś, że przychodzę, żeby grilla zrobić, jak dawniej, co jest bzdurą – śmieje się. – Ani nie będę go teraz robił, ani wtedy to nie był grill. Na pewno są rzeczy, które muszą się zmienić. Przed treningową grą w „dziadka” jeden z młodych piłkarzy – nie podam nazwiska – stwierdził, że gierka musi być „delikatna”, bo potem czeka nas jeszcze bieganie. Tak nie może być, gra musi cieszyć.

Nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie cieszyła jego. Zapiera się, że nie poruszał z działaczami tematu swojej późniejszej pracy w klubie, w innym charakterze: – Byłoby nieźle, ale na razie nie zastanawiałem się nad tym. Mam jeszcze swoje ambicje piłkarskie.
Wraca w trudnym dla zespołu momencie, ale podkreśla, że było to jedno z dwóch jego marzeń związanych z Wisłą: ubrać znowu jej dres, a potem skończyć tutaj karierę – ma nadzieję na przedłużenie kontraktu latem. Drugie marzenie to jak refren ze starej płyty… awans z „Białą Gwiazdą” do Ligi Mistrzów. – Wiem, że to bardzo odległy temat, trudny do wyobrażenia dzisiaj, ale na tym właśnie polegają marzenia. Trzeba je mieć i próbować zrealizować – kończy filozoficznie.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.