Twardziel w bibliotece

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 23 grudnia 2004 roku

Podczas ubiegłorocznego zgrupowania Wisły we Francji Maciej Stolarczyk żartobliwie prosił naszego fotoreportera: „Nie rób mi zdjęcia z książką. Przecież wszyscy myślą, że piłkarze to debile. Po co burzyć im wyobrażenia?”.

Kiedy „Stolar” wchodził jako junior do pierwszej drużyny Pogoni Szczecin, wraz z Jackiem Sawickim stosowali wypróbowany sposób eliminacji napastników. – Chyba cię zabiję, nogi ci połamię – mówili wściekłym tonem. – Wyniosą cię, już nigdy nie zagrasz w piłkę.
– Tamci, o dziwo, traktowali to bardzo poważnie – wspomina ze śmiechem Radosław Majdan, od kilkunastu lat jeden z najbliższych przyjaciół Maćka. – Ustawiali się jak najdalej od nich, bali się przyjąć piłkę tyłem, prosili: „Nie denerwujcie się, przecież to tylko futbol”. Nie zamierzaliśmy nikomu zrobić krzywdy, więc świetnie się przy tym bawiliśmy.
Inna sprawa, że Stolarczyk i Sawicki wypadali bardzo autentycznie, bo groźnie wyglądali, jak dawni wojownicy – mieli długie włosy, wygolone po obu stronach głowy. – Ale na niektórych działało to jak płachta na byka i efekt był odwrotny od zamierzonego – opowiada Maciej.

Życie jak w powieści

Czytelnicza pasja Stolarczyka zaczęła się w szkole średniej. – W podstawówce książki mnie nie pociągały, nie lubiłem lektur, dopiero w wieku kilkunastu lat zacząłem dostrzegać, jaka wartość i siła w nich tkwi – zwierza się. – Teraz żałuję, bo coś wcześniej straciłem.
Nie szufladkuje zainteresowań literackich. Z jednej strony mocne i męskie: „Ojciec chrzestny” Mario Puzo, czy „Król szczurów” Jamesa Clavella, z drugiej – „Alchemik” Paulo Coelho, nad którym płaczą nastoletnie dziewczęta. – Nie kieruję się obiegowymi opiniami – wyjaśnia. – Niedawno bardzo mi się spodobała „Samotność w sieci” Wiśniewskiego, a też podobno jest dla kobiet. W „Alchemiku” przemówiło do mnie przesłanie, że człowiek powinien mieć marzenia, że czasem są one najważniejsze w życiu. Nie mam książki, którą bym czytał regularnie co jakiś czas, ale chciałbym kiedyś wrócić do „Ojca chrzestnego”, bo do dzisiaj jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Chciałbym popatrzeć na to w inny sposób, sprawdzić, czy poruszy mnie tak jak wtedy, gdy byłem chłopcem.

Na co dzień Stolarczyk pomaga żonie w wychowaniu dwóch dorastających synów. Książki stają się serdecznym kumplem w trakcie zgrupowań. – Niesamowicie pobudzają wyobraźnię – podkreśla Maciek. – Człowiek odcina się od rzeczywistości, żyje akcją powieści. Nie identyfikuję się z bohaterami, ale staram się wejść w sytuację, znaleźć się w niej. Są to często niezapomniane chwile.
Kiedyś przydarzyła mu się historia jak ze wzruszającej noweli. Miał poważną kontuzję kolana, nie wiadomo było, czy jeszcze kiedykolwiek wyjdzie na boisko. Żona w zaawansowanej ciąży, niewielka pensja w Pogoni. – Było tak kiepsko, że nawet wygadałem się w prasowym wywiadzie – wspomina. – Poprzez redakcję znaleźli mnie dwaj ludzie, Mieczysław Chomecki i Darek Pomykaj. Kompletnie przypadkowi, nie znałem ich dotąd. I pomagali mi przez rok, zupełnie bezinteresownie! Zapamiętam to na całe życie.

Zapasy z turem

Kuzyn, który miał się opiekować kilkuletnim Maćkiem, zabierał go na boisko piłkarskie. Jako najmłodszego stawiano go na bramce. – Wiele strzałów broniłem twarzą, często miałem rozkwaszony nos – opowiada. – Kładłem się na ławce, odpoczywałem i wracałem.
Szkoła odporności przydała się podczas konfrontacji Wisły z Schalke Gelsenkirchen. „Jak Stolarczyk poradzi sobie z mocnym jak tur Geraldem Asamoah?” – spekulowano. Tymczasem polski twardziel zdominował prawoskrzydłowego z Niemiec i tamte dwa mecze stały się wizytówką jego kariery.
– Asamoah jest rzeczywiście niesamowicie silny – charakteryzuje. – W pewnym momencie czekałem na niego na naszej połowie, minął jednego z kolegów, biegnie na mnie, a na szyi ma uwieszonego Mirka Szymkowiaka. I swobodnie sobie biegnie! Dziś to zabawne, ale wtedy miałem ciężką przeprawę.

Koledzy z Wisły tytułują Stolarczyka „mistrzem motywacji”. Twierdzą, że potrafi dosadnymi i głośnymi słowami zmobilizować ich przed walką. – A kiedy zaczynam jeść framugę drzwi, to wszyscy wiedzą, że gramy naprawdę ważny mecz – śmieje się Maciej. – W rzeczywistości wygląda to całkiem normalnie. Siedzimy w szatni, każdy coś powie. Z reguły staram się zmobilizować siebie, przy okazji pomaga to innym. Wiadomo, że najczęściej przemawiają doświadczeni zawodnicy. Nie przyjdzie 18-letni junior i nie krzyknie: „Podwiążcie sobie jaja!”.
„Stolar” uważa, że Polacy są trochę zakompleksionym narodem i stąd biorą się lęki piłkarskich drużyn przed przeciwnikami z pięknymi stadionami, znanymi nazwiskami. – Jestem optymistą, może nawet niepoprawnym, i zawsze wychodzę z założenia, że obojętne z kim gramy, to zaczynamy z równego pułapu – tłumaczy. – Rywalizujemy z zawodnikami, a nie z wyższymi budżetami, czy lepszą infrastrukturą. Paradoksalnie, nasza wpadka z Tbilisi jest dobitnym dowodem na to, że można wygrać z kimś teoretycznie znacznie silniejszym.
Dwa lata temu wiślacy udowodnili prawdziwość tych słów, walcząc bez żadnych kompleksów na stadionach Parmy, Schalke czy Lazio. – To Henryk Kasperczak nauczył nas pewności siebie – twierdzi Maciek. – Spotykałem się dawniej z trenerami, którzy ustalali, że gramy na 0:0 i takie różne absurdy. A potem głupieliśmy po stracie bramki.

Dżinsy po pumeksie

Lubi pokazywać się z fantazyjnymi fryzurami, bródkami. – Do pierwszej zmiany uczesania namówiła mnie znajoma fryzjerka – wyjaśnia. – Mój tata nie narzeka na nadmiar włosów, ja tez pewnie będę czesał się gąbką, więc pomyślałem, że póki warunki na głowie pozwalają, warto poeksperymentować.
Przed laty, wraz z Radkiem Majdanem, byli też prekursorami mody. Podarte dżinsy, ucięte w połowie kurtki i dużo złotych ozdób. – Z tym złotem to przesada, bo stać nas było najwyżej na kilka gadżetów – śmieje się Majdan. – Za to dżinsy były super. Do dziś pamiętam jak siedziałem nad nimi przez cały dzień. Przecinałem materiał żyletką, a potem cyrklem wyciągałem każdą nitkę z osobna, żeby wyglądały na naturalnie sprute.
– Dużo szybciej przecierał je pumeks – dorzuca Stolarczyk.

W obecnej Wiśle kreatorów mody jest co najmniej kilkunastu. I nie mniej złośliwych krytyków. – Śmiejemy się z siebie – opowiada Majdan. – Ostatnio jeden kolega miał płaszcz jak ksiądz. Zrobiliśmy konfesjonał z kartonu i napisaliśmy na nim, od której godziny spowiada. Inny przyszedł w koszuli jak kierowca rajdowy, całej w naszywki. Wykonaliśmy dla niego kierownicę z plastrów i bolid Formuły 1.
Maciek często jest jednym z pomysłodawców i inspiratorów dowcipów. – Mnie też spotykały zabawne niespodzianki – zastrzega. – Poczucie humoru polega również na tym, żeby śmiać się z samego siebie.

Majtkami nie rzucam

Majdan, przyjaciel lidera „Lady Pank” Jana Borysewicza, zaraził Stolarczyka miłością do tego zespołu. Jego muzycznie zainteresowania nie mają granic. Od Metalliki po Marka Grechutę i Grzegorza Turnaua, od współczesnego popu, przez Elvisa Presleya, po symfoniczną klasykę. – Słuchając muzyki, doznaję pozytywnych wibracji – zwierza się.
Zdarzało się, że jadąc autokarem z Pogonią słuchający walkmana Maciek zaczynał głośno śpiewać. – Prosiliśmy go, żeby przestał. Dobrze, że nieźle idzie mu w piłce, bo jako piosenkarz nie utrzymałby rodziny – kpi Radek.
– Kiedy śpiewasz, z reguły masz złudzenie, że idzie ci nieźle – uśmiecha się Maciej. – Wystarczy jednak, że ktoś ściszy muzykę i zaczyna się dramat.

Przyjacielem obu jest Piotr Muszyński, menedżer i organizator koncertów. Załatwia dla nich trudno dostępne bilety. – Dzięki niemu miałem kiedyś przyjemność poznać Marka Grechutę. Chętnie chodzimy też z żoną na wielkie spektakle, jak koncerty Eltona Johna, Michaela Jacksona. Zazwyczaj stoję gdzieś blisko sceny, ale majtkami nie rzucam – żartuje obrońca Wisły. – Lubię też teatr, kabaret, bezpośrednie obcowanie z aktorami. Ten rodzaj sztuki świetnie do mnie trafia, przedstawienia na żywo są fantastycznym doznaniem.
Kiedyś grupa Majdana i Stolarczyka lubiła zaglądać do szczecińskich dyskotek. Dzisiaj Maciek nie za dobrze sprawdza się jako kompan na prywatnych imprezach. – Mam angielskie wyjścia – uśmiecha się.
– Idzie na górę odpocząć na chwilę i już nie wraca, albo wręcz zasypia przy gościach – precyzuje Majdan. – I wcale nie jest pijany!

Stolarczyk pokazuje, co znaczy określenie „żyć pełnią życia”. Stwierdzenie, że ciężko pracuje na treningach byłoby największym niedopowiedzeniem roku. Haruje. – Widzieliście „Stolara”, myślałem, że wziął prysznic – kręcił kiedyś głową z podziwem Henryk Kasperczak.
Koszulka, którą można wyżymać z potu, to standard. Podobnie jak przekleństwa zrywające liście z drzew, gdy Maciek przegra pojedynek.
Zapewnia, że nie irytują go za to stereotypowe sądy o zainteresowaniach czy inteligencji sportowców. – Trudno przekonać ludzi, że to tylko pozory – mówi. – Lepiej skoncentrować się na pracy nad sobą. Fajnie jest być zamożnym, ale najważniejsze co masz w głowie. Pieniądze mogą ci zabrać, a rozumu nigdy.
PAWEŁ FLESZAR, PRZEMYSŁAW FRANCZAK

Komentowanie zablokowane.