Ty i ja, żywioły to są dwa

Po pierwszej połowie kiepskiej i drugiej znakomitej koszykarze AGH uświetnili powrót po 13 latach I ligi do Krakowa premierowym zwycięstwem w niej – 75:60 z SKK Siedlce. Zadebiutował u nich Kamil Sulima, który dotąd występował w szeregach rywali.

Historyczne, pierwsze punkty na zapleczu ekstraklasy w hali przy Piastowskiej zdobył Bartosz Wróbel, oczywiście zza łuku. I dzięki temu elementowi gospodarze uratowali się w pierwszej kwarcie – trafili czterokrotnie, więc ulegali tylko 16:18. Jedną z „trójek” zaliczył Sulima, który w czwartek przyjechał do Krakowa, w piątek został zgłoszony do rozgrywek i tylko koszulki klub nie zdążył dla niego zrobić, więc występował w trykocie z napisem „Adamkiewicz”. Kamil ma 36 lat, jest wychowankiem Legii Warszawa, a przez poprzednie siedem sezonów występował w SKK.
Transfer generalnie był wariacki, bo z trenerem Wojciechem Bychawskim spotkał się po raz pierwszy w niedzielę popołudniu. Wszystkie wcześniejsze ustalenia odbywały się telefonicznie, gdyż Bychawski (podobnie jak specjalista od przygotowania fizycznego Piotr Biel) od środy przebywał w Poznaniu na zgrupowaniu kadry U-14, a zajęcia z drużyną prowadził Andrzej Urban.

Przewaga przyjezdnych we wspomnianym okresie była większa niż wskazywałby wynik, raz po raz rozprowadzali się pod kosz, do tego naciskali w obronie. Olbrzymią presję na kolejnych rozgrywających wywierał Kamil Czosnowski, działający na AGH jak czosnek na wampiry. Mimo skromnego wzrostu dwukrotnie ukąsił ich też wjazdami.
W drugiej kwarcie jego rolę przejął równie niewysoki Marcin Pławucki. Dodatkowo popisywał się inteligentnymi asystami, na czele z pięciogwiazdkowym, kilkunastometrowym podaniem do Marcina Nędzi, pod samą „dziurę”. Udanie prezentował się również pamiętany przez miejscowych kibiców z kwietniowego występu w barwach UMCS Lublin, Rafał Król.
Po drugiej stronie najrówniejszy był Damian Kalinowski. Na tablicy świeciło się 17:22, 20:22, 20:27, 24:27, 23:31, 26:31, 31:34, ale rezultat tej części – 32:39 – ustalił rzutem za trzy Rafał Sobiło.
Niedługo po przerwie, po brawurowej szarży Czosnowskiego siedlczanie osiągnęli najwyższą dzisiaj różnicę – 32:41.
– Byliśmy strasznie stremowani; nie konstruowaliśmy rozpisanych akcji, a przede wszystkim nagminnie myliliśmy się w rotacjach obronnych i dlatego tak łatwo dostawali się pod naszą tablicę – analizuje pierwszą połowę Bychawski.

Jak powszechnie wiadomo, wampira można definitywnie unieszkodliwić wbijając mu osikowy kołek w serce lub strzelając ze srebrnej kuli. Przyjezdni nie dysponowali jednak w niedzielę tymi rekwizytami, więc zaczęła się gra, którą śmiało już można określać jako „agiehowską”. Gospodarze stłamsili przeciwników na swojej połowie, wyrywali im piłkę za piłką i zamieniali je na dwa punkty (ewentualnie trzy, jeśli trafiła do rąk Wróbla). Zanotowali run 13:0, a licząc od tamtej penetracji Czosnowskiego – 17:4, ale prognozę sukcesu można było wyczytać z uśmiechniętej twarzy Marka Szumełdy-Krzyckiego już przy stanie 40:43, gdy zbierał się z podłogi, na której leżało jeszcze trzech innych zawodników. Maciej Maj podniósł wtedy bezpańską, wyizolowaną w walce w parterze, piłkę i zapakował ją po przekozłowaniu 1/3 boiska. Pierwszy od dawna remis (43:43) przyniosła wyśmienita asysta Tomasza Zycha do Wróbla (i 2+1 tegoż), a pierwsze prowadzenie (45:43) – bilardowa wymiana pomiędzy Tomkiem, Markiem i Maćkiem.
– Mamy za słabą psychikę i nad nią musimy jeszcze pracować – twierdzi szkoleniowiec SKK, Teohar Mołłow. – AGH nie miał nic do stracenia, a my nie potrafiliśmy go powstrzymać. Mieliśmy przewagę w zbiórkach w pierwszej połowie, lecz w drugiej wyraźnie je przegraliśmy.

Jego drużyna popłynęła – 49:43, 49:47, 59:47, 66:51, 71:54 – a ciągle bazą była obrona AGH, gdzie wśród doskonale kryjących kolegów wyróżniał się Michał Borówka, który poradził sobie ze sporo wyższym Królem, raz wymanewrowując go też w ataku.
Defensywna akcja meczu, a przy tym najefektowniejsza w ogóle akcja wieczoru stała się natomiast udziałem Jakuba Krawczyka. Zaczął wprawdzie fatalnie, patałasząc przy próbie wsadu w samotnej kontrze, za to potem był już tylko dobry lub bardzo dobry. W 36. minucie osiągnął taką dynamikę wracając od połowy placu, że zdążył przeciąć przed koszem drogę Rafałowi Stefanikowi i zatrzymać go smeczowym blokiem, po czym wyrzuciło go aż w pierwszy rząd widowni, na kolana pewnej blond-kibicki. Choć koledzy, którzy oglądali tę sytuację z najlepszej perspektywy, kpili z „Krawca” w szatni, twierdząc, że lądowanie miał nieporównanie bardziej miękkie, co było dlań najlepszą nagrodą za tę akcję i dzisiejszy występ.
Przy 71:56 na 2,5 minuty przed końcem goście pielęgnowali jeszcze w sobie nadzieję; wyszli z duetem niskich rozgrywających i pressingiem na całym polu. Po „trójce” Króla na 1,5 minuty przed syreną zrobiło się 73:60, lecz Maj zczapował do tablicy podążającego po kolejne punkty Łukasza Paula, a „Borówa” znowu zameldował się pod przeciwnym koszem, po czym spadł z takiej wysokości i z takim impetem, że podłoże zadrżało. Podnosząc się z trudem mógł odczytać z tablicy ostateczny rezultat – 75:60.

Był to jednocześnie pojedynek dwóch najbardziej żywiołowych trenerów I ligi. Na ich widok przypominały się słowa niedoścignionego w tej sferze „Wielkiego Maga Siatkówki”, Nikołaja Karpola: „Trener powinien być jeszcze jednym zawodnikiem, uczestniczyć w grze. Prowadzić zespół, a nie tylko przyglądać mu się biernie z boku. Wtedy mu pomaga” (wywiad z legendarnym Rosjaninem można przeczytać TUTAJ).
Mówi pan? Jak patrzę na Bakuna czy Kaszowskiego, to też im nic nie brakuje, może są tylko trochę mniej ekspresyjni – uśmiecha się Bychawski, z racji atletycznej sylwetki i zarostu nazywany „Zwierzem”, a poruszający się przy ławce jak czołg. – W trzeciej kwarcie zacząłem za bardzo machać łapami, ale sędzia mnie natychmiast utemperował: „Pańskiej drużynie zaczyna iść, więc szkoda, gdyby się ten mecz teraz dla pana skończył”.
Zaliczył też ostre i głośne spięcie z podopiecznym, Szumełdą-Krzyckim. – Lepiej wyjaśnić sobie pewne rzeczy od razu, niż mielibyśmy się lizać wie pan po czym – przekonuje. – Mnie nie przeszkadza, że ktoś coś powie, często mamy takie wymiany zdań choćby z Tomkiem Zychem.
Mołłow jest znacznie od niego szczuplejszy, ale głos ma donośniejszy niż wskazywałaby na to postura. Pokrzykiwał do uczestniczących w grze, często też odwracał się z komunikatami do rezerwowych. Spędził więcej czasu na boisku niż wielu koszykarzy, bo dreptał po linii, bezustannie ją przekraczając. – Staram się dać impuls chłopakom, czasem się udaje, czasem, jak dzisiaj, nie – mówi. Jako dzieciak przyjechał do Polski wraz ze swym ojcem, znanym bułgarskim szkoleniowcem (obecnie selekcjonerem naszej żeńskiej kadry), Teodorem Mołłowem. Temperament ma bałkański, ale mówi perfekcyjnie po polsku, zresztą przez jakiś czas był nawet spikerem na meczach II-ligowego KS Piaseczno. Zwierza się, że po polsku też myśli. – Inaczej nie mógłbym tu funkcjonować – uważa.
PAWEŁ FLESZAR

Relację z najciekawszego spotkania 2. kolejki I ligi koszykarzy, GTK Gliwice – Sokół Łańcut, można przeczytać TUTAJ.

AGH Kraków – SKK Siedlce 75:60 (16:18, 16:21, 23:8, 20:13)
Sędziowali: Michał Kuzia, Michał Pietrakiewicz i Robert Rydz. Widzów: 300.
AGH: Wróbel 20 (4×3, 5 zb., 3 prz.), Kalinowski 15 (1×3, 2 prz., 2 bl.), Maj 10 (5 zb.), Szumełda-Krzycki 2, Wasyl 0 oraz Krawczyk 11 (1×3, 2 prz.), Sulima 8 (2×3, 4 zb.), Zych 5 (1×3, 6 zb., 6 as., 2 prz.), Borówka 4 (2 prz.), Podworski. Trener: Wojciech Bychawski.
SKK: Król 12 (1×3, 8 zb., 2 bl.), Sobiło 11 (2×3, 5 zb., 2 prz.), Paul 8, Czosnowski 6, Szymczak 5 oraz Pławucki 4 (6 as.), Stefanik 4 (3 prz.), Nędzi 4, Zapert 4, Weres 2. Trener: Teohar Mołłow.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.