Uraz i ból

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 30 grudnia 1997 r. Autor: Piotr Sikora.*

Nie udało się to ani Bronisławowi Czechowi, ani Marianowi Woynie-Orlewiczowi. Franciszek Groń-Gąsienica zdobył brązowy medal olimpijski w kombinacji norweskiej. Najpierw w szwajcarskim Le Brassus wygrał w prestiżowych zawodach przedolimpijskich, potem w Cortina d’Ampezzo wywalczył dla polski historyczny krążek. Pierwsi doskoczyli do niego Sowieci. Najszybciej obliczyli, że zdobył medal.
– W pierwszej chwili, gdy spiker powiedział to po angielsku, myślałem, że się przesłyszałem. Ale gdy powtórzył to samo po włosku, niemiecku, francusku, wiedziałem, ze nie ma pomyłki – relacjonował jeden z polskich sprawozdawców.
– Gronkazienika, Polacco! – grzmiał spiker. Wielka niespodzianka! Polak został pierwszym medalistą olimpijskim w kombinacji norweskiej spoza krajów skandynawskich.

Do szkoły miał pięć kilometrów. Zimą jeździł – z tornistrem – na nartach.
– Jakbyśmy się tak cofnęli, to młodzi nie uwierzyliby, że autobusy nie kursowały, a jedno auto na rok przejechało. Nocą lampa świeciła na skrzyżowaniu.
Ojciec pochodził z Frączkówki koło Poronina. Wypasali w zakopiańskiej Pardałówce. Tam minęło dzieciństwo Franciszka. Mieszkali w drewnianym domu, kilkaset metrów od dzisiejszego „Imperialu”. Wokół rozpościerały się bagna i dzikie moczary. Nieopodal była sucha droga, którą wożono żelazo.
W czasie okupacji było im ciężko. Niemcy zarekwirowali krowy i konie. Nie przelewało im się. Pod Tatrami dobrze żyło się tylko tym, co podpisali niemiecką, góralską listę.
Okupant zarekwirował na potrzeby armii i grenschutzów wszystkie oryginalne narty.
– Na początku miałem narty ręcznie robione. Dziadek gotował jesionowe drzewo, a potem szpice wyginał. Tylko takie narty można było mieć podczas okupacji. Jeździłem tez na błotnikach od ojcowskiej dorożki.

Pierwsze prawdziwe narty otrzymał dopiero w klubie – Wiśle. Poniemieckie, białe z zielonym paskiem. Był rok 1948. Do klubu namówił go dawny zawodnik, Karol Łojas. W tym samym czasie do Wisły poszedł Józef Rubiś. Potem razem wystartowali w Cortinie. Rok po Franciszku zapisał się do Wisły jego starszy brat Stanisław.
Było to pokolenie, które na nartach umiało robić wszystko.
Zimą bawili się na skoczniach pod Nosalem i na Kozińcu. Skocznie rosły w oczach. Każdego dnia chłopcy dobudowywali po kawałku.
Franciszek początkowo lepszy był w zjazdach. Później – skakał.
– Przydarzyła mu się zabawna przygoda. Pewnego razu na zawodach wyleciał z rozbiegu, ominął próg i otrzymał zero punktów – przedstawiał go „Sportowiec” kilka dobrych lat później, przed wyjazdem na igrzyska.

Stanisław pomagał ojcu w powożeniu dorożką, Franciszek uczył się. Najpierw chodził do zasadniczej szkoły budowlanej na Kościeliskiej, potem do Gimnazjum Ślusarstwa i Kowalstwa Artystycznego (- Moi koledzy porobili kariery. Furorę. O taki Bronek Cukier choćby, jeden z najlepszych metaloplastyków). W końcu rodzice wysłali go do Gliwic, do technikum mechanicznego. Znajomi, których poznali w czasie okupacji, pomogli załatwić Franciszkowi internat.
W Gliwicach – w wolnych chwilach – pływał, grał w piłkę i ping-ponga. Do Zakopanego przyjeżdżał na zawody narciarskie.
W 1952 roku trafił do wojska. W łódzkim armijnym GKWS przez rok grał w piłkę. W pomocy. W ataku partnerował mu… Ernest Pohl. Jeszcze lepiej Franciszek radził sobie – żabką – na pływalni. Miał I klasę sportową w tej dyscyplinie. Sentyment do futbolu mu pozostał: do dziś kibicuje Wiśle i ŁKS.
W końcu zajął się nim major Owsiany.
– Czy ja muszę po latach te wszystkie nazwiska pamiętać? – dziwi się jeszcze teraz – sobie – Franciszek.
Major zaproponował starty w wojskowych barwach na spartakiadach. Franciszek trafił do sztafety w biegu patrolowym na 20 kilometrów (konkurencja, z której wywodzi się współczesny biathlon).
– To był morderczy dystans – wspomina. – Trzeba było nie lada kondycji, żeby podołać. Teraz trasy są ubite, a dawniej – w tamte zimy – biegło się po prawie świeżym śniegu. Najwyżej kilka razy przeszło się po nim wcześniej na deskach.

Franciszek ściągnął do sztafety kolegów z Zakopanego, Józefa Wajdę i Bogdana Chęnśla. W drugim roku biegał już w stopniu chorążego, z jedną gwiazdką, jako oficer.
Otrzymał przydział w sztabie wrocławskim jako topograf. – U nich nazywało się, że pracowałem, a tak naprawdę to ja sport uprawiałem.
Zimą trenował w Zieleńcu koło Dusznik, tradycyjnym przedwojennym miejscu przygotowań niemieckiej kadry olimpijskiej.
– Tam był mikroklimat. Śniegu nigdy nie brakowało.
Kiedy wrócił do zakopanego, trener Woyna-Orlewicz zaproponował, żeby skupił się na kombinacji. A Franciszek miał już na koncie dwa tytuły w slalomie gigancie, medale w skokach. Był świetnie przygotowany, wydolny, wybiegany.
Znalazł się w kadrze „B”. Rozpoczął długie, prawie dwuletnie przygotowania do igrzysk w Cortina d’Ampezzo.
– Wciągnąłem się w sport. Kochałem te narty – wspomina.

Po raz pierwszy przygotowania do igrzysk były tak systematyczne i tak dobrze zaplanowane. Bazą kadrowiczów był „Imperial”.
– Treningi trwały praktycznie dziesięć miesięcy w roku. W lecie mieliśmy krótką przerwę, to wtedy pracowałem w polu.
Franciszek otrzymywał 450 złotych kadrowego.
Oprócz sportowców i trenerów, w „Imperialu” zainstalowało się „Gumowe ucho”, spec od bezpieczeństwa. Już po wyjeździe inwigilowanych postanowił nadal cieszyć się zakopiańską aurą i w „Imperialu” zabawił kilka dodatkowych miesięcy. Już po igrzyskach kolega Woyny-Orlewicza z GKKFiT pokazał trenerowi sprawozdania i wrzucił je do kosza…
W eliminacjach przedolimpijskich Franciszek ustępował swoim starszym kolegom: Aleksandrowi Kowalskiemu, Józefowi Danielowi-Krzeptowskiemu i Janowi Raszce. Początkowo szło mu dobrze, ale przed Świętami Bożego narodzenia dopadły go czyraki i inne paskudztwa. Przyszła obniżka formy.
Wydawało się, że Franciszek na igrzyska nie pojedzie.

Wtedy trener kadry olimpijskiej Marian Woyna-Orlewicz postanowił interweniować u samego sekretarza GKKFiT, Tomasza Lemparta.
– Na początku sezonu rzeczywiście był słaby, ale jego forma rosła z dnia na dzień. Moim obowiązkiem było wstawić się za chłopakiem. Byłem o tym głęboko przekonany – opowiada Woyna-Orlewicz. Trener, były akademicki mistrz świata w kombinacji w austriackim Zell am See, okazał się prawdziwym Aniołem Stróżem nieprzeciętnego talentu Franciszka.
Zaproponował, żeby o nominacji dla niego zadecydowały międzynarodowe, styczniowe zawody w Le Brassus.
– To przemawia do mnie – odparł Lempart. – Jeśli będzie lepszy od tych trzech…
Franciszek pojechał do Szwajcarii, w swoją pierwszą zagraniczną podróż – zdenerwowany. Wiedział, że ważą się jego losy. Przed startem długo przyglądał się zagranicznym rywalom i stosowanym przez nich technikom. Sam oddał pięć skoków.
Franciszka bolało, że otrzymał tylko część sprzętu przynależnego olimpijczykom. Wystartował w starych norweskich butach, podarowanych przez Kowalskiego.
W Le Brassus Franciszek Groń-Gąsienica nie tylko pokonał kolegów, ale w ogóle wygrał zawody. Był absolutnym debiutantem. W Le Brassus nie wystąpili faworyci igrzysk – Skandynawowie. Polacy wypadli znakomicie. Kowalski był piąty, Krzeptowski szósty, Raszka – dziesiąty.
On wygrał! To była rewelacja – wspomina Woyna-Orlewicz. – Dlaczego? On zawsze był bardzo ambitny i zawzięty. Ta historia z butami pogłębiła w nim jeszcze żądzę walki i pokazania swojej wartości. Ale nawet ja nie spodziewałem się, że on tak sobie to wziął do serca. To poczucie krzywdy okazało się dla niego wielką motywacją. Ale ta ambicja stała się przyczyną jego nieszczęścia. W Cortinie udało mu się jeszcze wyratować.
Po zawodach buty Franciszka rozleciały się. Zaraz po przyjeździe do Włoch, Woyna-Orlewicz znalazł szewca.
Ci włoscy superszewcy naprawili wspaniale buty. Służyły mi jeszcze przez cztery lata – pamięta Franciszek.

Na olimpiadzie pierwszego skoku do kombinacji – nie utrzymał. Noty były niskie. Podpórka. Za bardzo chciał. Złe wybicie. Franciszek wyratował się jednak od najgorszego.
– Chciało mi się płakać. Na igrzyskach nie wiodło się nam. Przed zawodami kręciło się koło mnie masę ludzi. Był nawet sekretarz Lempart. Mówili mi, że muszę! A po tym skoku wszyscy odeszli – wspomina.
Dziennikarze byli wyraźnie rozczarowani. Pozostał tylko trener. Posmarował narty. Kilka słów. – Dobrze, że się wyratowałeś.
Dwa kolejne skoki (72,5 i 71,5 m) Franciszek oddał z rezerwą i podświadomym lękiem. Na skoczni zajął dziewiąte miejsce. Kowalski, który wylądował na 74. i 75. metrze, był szósty.
Wcześnie poszedł spać. Głęboki, twardy sen. Ocknął się przerażony. Zaspał! A miał posmarować narty przed biegiem. Uspokoił się, widząc trenera z deskami.

Tego dnia, 31 stycznia 1956 roku, w Cortinie było pochmurno. W polskiej ekipie – zdenerwowanie. Okazało się, że zapomniano zabrać tabel przeliczeniowych.
Bezwzględnym faworytem konkurencji był Norweg Stenersen, świetny biegacz, uczestniczący w pierwszej sztafecie swojego kraju. Po 5 kilometrach Polak – biegający stylowo i nie różniący się sylwetką od Skandynawów – miał do niego 25 sekund straty. W końcu Stenersen wyprzedził biegnącego przed nim Polaka. Ten nie speszył się. Biegł znakomicie, swoim rytmem. Przed metą dogonił groźnego Norwega Knudsena i Włocha Pruckera. Dramat przeżywał tracący minuty Kowalski…
Po ogłoszeniu wyników Franciszek nie mógł opędzić się od dziennikarzy i członków ekip z bratnich krajów. Spece z NRD zaprosili go na cykl badań: chcieli laboratoryjnie rozłożyć sukces na czynniki pierwsze.
Franciszek nie udzielił żadnego wywiadu dziennikarzom zachodnim. Reporter „Wolnej Europy”, Wojciech Trojanowski przez dwa dni polował na niego bezskutecznie.
– Nie wolno nam było niczego mówić, niczego przyjmować. Byliśmy tak bogatym krajem, że narty w prezencie nie były nam potrzebne – komentuje ironicznie.

Szwajcaria przyprawiła go o zawrót głowy. I te obyczaje Helwetów. Oto luksusowy motocykl pozostawiony przez właściciela z kluczykami i eleganckimi rękawiczkami. Jezu, nikt nie kradnie!
Włodzimierz Reczek, szef PKOl, obiecał polskiemu medaliście talon na WFM-kę. Kiedy Franciszek dowiedział się o tym, postanowił, że kupi sobie również eleganckie rękawiczki na motor. Ponieważ dolar dziennie kieszonkowego polskiego olimpijczyka mógł nie wystarczyć, Reczek nakazał wypłacić Franciszkowi 30 franków szwajcarskich diety przysługującej oficjelom.
Franciszek zrealizował talon. Połowę pieniędzy na motor uzbierał, drugą połowę wpłacił klub – Wisła-Gwardia Zakopane. Zupełnie inaczej honorowano sportowców Wielkiego Brata.
Woyna-Orlewicz – rzeczowo:
– Oni gdziekolwiek przyjeżdżali, wynajmowali cały dom. Mieli własny prowiant, kucharza, obsługę i oczywiście portiera. Po zawodach wieziono ich do sklepu. Wydawali naprawdę duże pieniądze. My kupowaliśmy drobne pamiątki, oni – paczki.
Sowiety były jednak zawsze przodownikami.

Nagle mówi: – Po karierze pozostał mi uraz i ból.
W 1957 roku Groń-Gąsienica pokonał w Ga-Pa całą czołówkę światową z mistrzem olimpijskim włącznie. Był faworytem Memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. Warunki atmosferyczne były fatalne: deszcz i wiatr. Bieg ukończył wyczerpany. Wygrał!
Został zgłoszony do otwartego konkursu skoków na Dużej Krokwi. Po pierwszej serii był drugi. Skakał coraz lepiej. Trenerowi udało się w końcu wyeliminować nieprawidłowe zgięcie w biodrach. Nie najlepiej wciąż lądował. Woyna-Orlewicz nie był w stanie wykorzenić jego złych nawyków z dzikich zakopiańskich skoczni.
– Podczas drugiego skoku odbiłem się za wcześnie – wspomina Franciszek. – Czułem jak uciekają mi narty. Nie zareagowałem, bo zawsze dobrze mi szło. A tu wiatr z góry uderzył mnie – narty zawisły bezwładnie w powietrzu – poczułem się jak w próżni. Było za późno na ratunek.
Runął w dół. Śnieg był brązowy, zmieszany z ziemią. Upadł na szyję. Na lewy bok. Podbiegł przerażony trener.
Odbił się za wcześnie. Wtedy powietrze uderza skoczka i posyła w dół. Spadł na plecy gdzieś na siedemdziesiątym metrze. Zwinięty, odwrócony, nieprzytomny. Charczał. Myślałem, że umiera.
Miał złamany mostek, złamany siódmy krąg piersiowy, wstrząśnienie mózgu. Trzy dni śmierci klinicznej. Na dwa tygodnie stracił pamięć.

Mostek ma do dziś krzywy. Miewa bóle kręgosłupa.
– Taki wypadek miał też Hryniewiecki – porównuje.
Po dwóch tygodniach ciemności – powrócił do życia.
– Ciemno. Przekręć wyłącznik – wymamrotał. Pacjent obok, pracownik rzeźni, włączył światło. Franciszek zobaczył palącą się żarówkę.
Pozostał – strach. Odtąd zmagał się z nim całą swoją dzielnością, ambicją i zapamiętaniem. Nigdy nie skrócił żadnego treningu, choć na dziesięć skoków tylko dwa były w miarę dobre.
Upadek wpłynął na jego psychikę. Na zawodach był bardzo przejęty, zdenerwowany, tracił orientację, co się dzieje. Gubił się. W połowie lotu rozkładał ręce na boki. Nie czuł powietrza. Mówił mi później: „Mnie się zdawało, że…”. Ja na to: „Było świetnie. Tylko wytrzymaj do końca”. Ale on nie ciągnął, skracał skoki. Miał już odruch: potrzebę ratowania się.
Walczył z ta imaginacją z determinacją. W 1959 roku na MŚ w Lachti zajął trzynaste miejsce. Kiedy zobaczył tytuł w polskiej prasie: „Franciszek Groń-Gąsienica dopiero trzynasty” – prawie się załamał. Był najlepszy z Polaków, ale słowo „dopiero” było bolesnym komentarzem.
Czerwone światło. Startował jeszcze, zdobył mistrzostwo Polski. Nie pojechał na igrzyska do Squaw Valley. Woyna-Orlewicz przypomina, że przed następnymi igrzyskami w Innsbrucku, ktoś przypomniał sobie o telegramie: „Przyślijcie Gronia”. Potem sygnał odwołano.
Franciszek opanował już strach. Podczas treningu na Średniej Krokwi znowu niebezpiecznie upadł. I tak zakończył karierę.

We Wrocławiu zrobił kurs trenerski. Współpracował z kadrą. Jego sztafeta zdobyła piąte miejsce na MŚ w Seefeld. Kazimierz Bafia, Karol Kołtaś, Janusz Guńka.
– Nie znałem żadnego szkoleniowca o tak wielkim zaangażowaniu. Chodził za zawodnikami. Nigdy nie szukał łatwego zarobku. Praca była jego życiem. Był może tylko zbyt liberalny. Rozumiał tych zawodników. Młodzi patrzyli w niego jak w tęczę – ocenia Woyna-Orlewicz.
Za pracę szkoleniową otrzymał Krzyż Kawalerski.
– Po całym sporcie pozostał mi tylko medal. To się liczy. Dla mnie. I dla rodziny – mówi pogodnie, mieszając herbatę w „Imperialu”. Medal wisi w domu na honorowym miejscu.
Cała trójka wnucząt jeździ na nartach. Tomek Pochwała jest w ósmej klasie i – zapowiada się!
– Dziecko musi mieć dzieciństwo, a nie w podstawówce robić za zawodnika – mówi Franciszek Groń-Gąsienica.
Kiedy był mały, jego idolem był Stanisław Marusarz. Pamięta jego występ na zawodach FIS-u w 1939 roku. Oglądał okno więzienia na Montelupich w Krakowie, z którego – wyrywając się śmierci z rąk gestapo – Marusarz skoczył.
– Ze śmiercią w oczach zrobiłbym to samo – mówi.
Zazdrości mu honorowego występu – jako przedskoczka – w Cortinie d’Ampezzo. Jemu nigdy nie przypadł zaszczyt pożegnania się z wielkim narciarskim światem. Zupełnie jakby nie poznano się na jego wielkiej ambicji.
O swoim sportowym życiu pisze pamiętnik. Po góralsku.
PIOTR SIKORA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.