Utrzymanie bez porcji lodów

Piłkarze Cracovii prolongowali swój byt w T-Mobile Ekstraklasie, choć musieli na to poczekać po zremisowanym, 1:1, na własnym stadionie meczu z Koroną Kielce.

Na trzy kolejki przed końcem sezonu mieli siedem punktów przewagi nad Zagłębiem Lubin, więc dzisiejsze zwycięstwo dałoby im pewność utrzymania bez oglądania się na żadne inne rozstrzygnięcia. I w pierwszej połowie dążyli do realizacji tego scenariusza, za główny motyw przyjmując częste uderzenia z dystansu. Vladimir Boljević (dwukrotnie, w pierwszym kwadransie i na końcu) oraz Marcin Budziński robili to najsprawniej, ale też niecelnie. Dodatkowo tego pierwszego zaskoczyła spadająca w zamieszaniu piłka i z kilku metrów pchnął ja obok słupka, a strzał tego drugiego – po fantazyjnej akcji z Saidim Ntibazonkizą (wypuszczenie w uliczkę i wycofanie na 14. metr) – odbił Oleksij Szliakotin.
Wreszcie, w 37. minucie, Damian Dabrowski przymierzył z niemal 30 metrów, a ukraiński bramkarz przepuścił piłkę pod brzuchem. – Mogli nam wtedy strzelić nawet więcej goli – uznał później Jose Rojo Martin Pacheta, a aktywa jego podopiecznych w tamtym okresie wyczerpały dwa kopnięcia lewą nogą Macieja Korzyma, pewnie wyłapane przez Krzysztofa Pilarza.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Po przerwie zrazu walka się wyrównała; wymianę ciosów prowadzili Dąbrowski (potężnie z wolnego tuż nad poprzeczką) i Ntibazonkiza (przyłożył z 12 metrów, przełamując ręce Szliakotina, ale tym razem futbolówka poleciała w bok), ale po drugiej stronie raz po raz odgryzał się Jacek Kiełb (jedno nieznaczne pudło, dwukrotnie interweniował Pilarz).
Na sposób natomiast wziął się Michał Janota, na zakończenie akcji pełnej mocnych prób blokowanych przez krakowskich defensorów – składając się, zwalniając nogę i w ten sposób zdejmując piłkę sprzed nosa rywalowi, by trafić do siatki technicznym półlobem.
Od tamtej pory mecz wyhamował jeszcze bardziej. Poza zmarnowanymi okazjami Saidiego i Sierhija Pyłypczuka, żywsze bicie serca wywołał tylko przypadek Piotra Malarczyka, który wszedł na boisko bez sygnału sędziego, więc ekspresowo został odesłany z powrotem, bo zobaczył za to drugą żółtą kartkę.
Był to jednak akcent zamykający całość, po czym Pacheta obwieszczał, że jest szczęśliwy i dumny, że mógł prowadzić kielecką drużynę, gdyż wykonał zadanie, dla którego został zatrudniony w sierpniu ubiegłego roku. Korona już w tamtym momencie miała zagwarantowany byt, a słowa Hiszpana brzmiały jak pożegnanie. Spytany wprost, czy zostanie w kieleckim klubie, odparł jednak, że na razie nie było rozmów na ten temat, ale na pewno rozważy propozycję. I wygłosił dłuższy, filozoficzny wywód z powtarzanymi po kilka razy wyrazami bądź całymi frazami, w skrócie traktujący o tym, że piłkarska konfrontacja jest jak egzamin, a kluczem do jego zaliczenia – praca.

– Jestem trochę zły i zawiedziony, bo mogliśmy rozstrzygnąć to spotkanie do przerwy, ale jak nie można wygrać, to trzeba przynajmniej zremisować – wpisywał się w konwencję szkoleniowiec gospodarzy, Mirosław Hajdo. – Mam nadzieję, że ten punkt będzie cieszył bardziej za dwie godziny.
Tak też się stało, bo Piast Gliwice pokonał Zagłębie Lubin, które dołączyło do zdegradowanego wczoraj Widzewa Łódź, a „Pasy” w przyszłym sezonie wystąpią znowu w T-Mobile Ekstraklasie.
Mimo wszystkich perturbacji, jakie spotkały klub wiosną, a także dzisiejszego, przeciętnego widowiska, cieszy się pewnie również, patrząc na to z góry, Maciej Madeja, były sędzia, długoletni kierownik drużyny, a grubo ponad półwieczny sympatyk Cracovii, który odszedł nagle w minioną środę, w wieku 74 lat. Został uczczony dzisiaj minutą ciszy, zawodnicy nosili na ramionach czarne opaski na znak pamięci niezwykłego człowieka i fana – jakich niewielu spotyka się po obu stronach Błoń. Pozbawionego szowinizmu, zresztą przez pewien czas związanego z sekcją siatkówki Wisły.
Lubił przytaczać genezę swojego przywiązania do „Pasów” – z przekornym uśmieszkiem i refleksami światła, często błyskającymi w szkłach jego okularów podczas opowiadania – „W grudniu 1948 roku Cracovia grała z Wisłą na stadionie Garbarni mecz decydujący o mistrzostwie Polski. Miałem osiem lat, nie interesowałem się piłką, ale mój wujcio, straszny kibic Wisły, wyciągnął mnie z domu obietnicą kupna lodów, których byłem amatorem. Cracovia wygrała 3:1, zdobyła mistrzostwo, a wujek był tak wkurzony, że lodów nie dostałem. I to jemu na złość zostałem kibicem Cracovii”.
PAWEŁ FLESZAR

CRACOVIA – KORONA Kielce 1:1 (1:0)
Bramki: Dąbrowski 37 – Janota 65. Sędziowali: Jarosław Przybył (Kluczbork). Żółte kartki: Dejmek, Kiełb, Malarczyk, Jovanović. Czerwona: Malarczyk (90. – za drugą żółtą). Widzów: 6276.
CRACOVIA: Pilarz, Mikulić, Marciniak, Jaroszyński – Boljević (76. Bernhardt), Budziński (61. Steblecki), Dąbrowski, Papadopoulos (46. Rakels) – Ntibazonkiza, Nowak. Trener: Mirosław Hajdo.
KORONA: Szliakotin – Malarczyk, Stano, Dejmek, Sylwestrzak – Beisebekov (63. Trytko), Marković (63. Pylypczuk), Jovanović, Kiełb – Janota, Korzym (78. Kizniczenko). Trener: Jose Rojo Martin Pacheta.

Pozostałe wyniki i tabelę T-Mobile Ekstraklasy można znaleźć TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.