W 37 lat dookoła świata

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 6 grudnia 2002 roku

Komórkę odbiera z pytającym, francuskim „Allo?”. – Coś mi zostało z tych kilkudziesięciu lat za granicą, a czasem po prostu czekam na ważny telefon w Francji – wyjaśnia trener robiącej furorę krakowskiej Wisły, Henryk Kasperczak.

Rozmawiał już z „Białą Gwiazdą” o prowadzeniu zespołu przed czterema laty, a jeszcze wcześniej – w 1966 roku – zaczął w niej trenować. W Stali Mielec nie potrafili się pogodzić z odejściem obiecującego pomocnika i w końcu postarali się dla niego o bilet do wojska. Studia wieczorowe na Politechnice Krakowskiej nie reklamowały od służby w armii. – WSW mnie szukało jako dezertera, ukrywałem się – wspomina. – Nawet raz pomylili ze mną Monicę i zgarnęli go podczas treningu z boiska. Zaangażowali się generałowie, pułkownicy, groziło mi więzienie. W końcu sam się zgłosiłem, poszedłem do Legii, ale pod koniec stycznia 1967 złamałem nogę, a w marcu – drugi raz. Nie grałem cały sezon.

Do kariery rozpędzał się powoli. W oficjalnym meczu reprezentacji zadebiutował dopiero w wieku 27 lat. – Po dwóch złamaniach nogi w Legii już mnie nawet skreślono, kostka nie nadawała się do gry – wspomina. – Zaczęliśmy ją wzmacniać, dużo jeździłem na łyżwach i udało się.
W mistrzostwach świata w 1974 roku Polska pokonała wicemistrzów poprzedniego czempionatu, Włochów 2:1, eliminując ich z imprezy. Obie, piękne bramki dla biało-czerwonych padły po podaniach Kasperczaka. – Wszyscy mówią, że ot mój najlepszy mecz w karierze, więc muszę się zgodzić z tą opinią – żartuje. W spotkaniu o 3. miejsce ciągnął uparcie za koszulkę Brazylijczyka Jairzinho, nie pozwalając mu wyjść sam na sam z bramkarzem. – Czasami na boisku trzeba być cwaniakiem, aby nie dopuścić do klęski – nie owija w bawełnę. – Ale na wyrządzoną mi krzywdę często reaguję agresywnie.

Bez grzebania w samochodzie

Na skróty nie chodził, często wybierał okrężną drogę. Tak jest z polską kadrą, której dzisiaj – po powrocie do kraju – jest bliższy niż kiedykolwiek („To byłby zaszczyt, ale nie spełnienie marzeń, bo cztery reprezentacje już prowadziłem„). Tak było z karierą piłkarską – w wieku 19 lat przeniósł się ze Stali Zabrze do jej mieleckiej imienniczki, mimo że pod nosem miał wielkiego Górnika. – Namówił mnie kolega z dzielnicy, który wcześniej występował w Mielcu – tłumaczy. – Skusili mnie dobrymi warunkami, a Górnik tak się znowu o mnie nie starał.

Tak było z edukacją; studia na AWF poprzedził czterema miesiącami zgłębiania budowy silników na Politechnice, a tę – technikum samochodowym w Gliwicach, najlepszą wtedy szkołą tej specjalności w kraju. – W podstawówce nie wiedziałem, co robić, nie miałem żadnego ukierunkowania – przerywa co chwilę opowieść wybuchami śmiechu. – Miesiąc przed zakończeniem roku szkolnego przyszło do mnie dwóch kolegów, bardzo zdolnych. Mówią: „Jest taka fajna szkoła w Gliwicach, słynna. Spróbuj, my złożyliśmy papiery już rok temu”. „No, dobra, pójdę” – pomyślałem, choć samochodami się nie interesowałem. Bardzo ciężko było się tam dostać, bo egzaminy były konkursowe: polski, matematyka, coś tam jeszcze, a do tego stawało się przed komisją kwalifikacyjną. „Dlaczego pan do tej szkoły przyszedł?” – pytają mnie. „Bo mnie koledzy namówili” – odpowiadam. „No dobrze, a pana interesują samochody?”. „Nic, a nic”. „A co pan umie robić?”. „Czasami mamie żelazko naprawię”. Naturalnie to mówiłem, zaczęli patrzeć na mnie tak dziwnie. Ale dostałem się, a tamci koledzy nie! Do dziś nie wiem, dlaczego. Skończyłem tę szkołę, chodziło mi o maturę; potem, przez 37 lat, nie „grzebnąłem” w samochodzie, nawet nie myję go sam.

M jak Małgorzata

Po wojsku wrócił do Mielca, nie bacząc na wcześniejsze świństwo („Wie pan, nie ma czego w życiu żałować„). Gdyby rozpamiętywał krzywdę, może nie trafiłby do Dębicy. – Był styczeń, kolega mówi: „Mam dla ciebie fajną dziewczynę, ładna, zapoznam cię” – wspomina pan Henryk. – Pojechaliśmy do takiej kawiarni, pamiętam jak dziś, chwileczkę sobie posiedzieliśmy z Małgosią. Są przypadki, ale te przypadki mają swoją przyczynę.

Dochowali się piątki dzieci. 31-letni Marcin wykłada matematykę na uniwersytecie i w liceum, w Reims, gdzie 19-letni Michał przygotowuje się do matury. 26-letnia Monika prowadzi z mężem własny bar w Saint Etienne. Mateusz, który urodził się w czasie argentyńskich mistrzostw, pracuje i studiuje filologię angielską w Paryżu. 15-letnia Magali przyjechała z rodzicami do kraju uczy się we francuskim liceum w Warszawie. Jako jedyna nie nosi polskiego imienia, ale prowansalską wersję rodzimej Małgorzaty. – A zauważył pan, że wszystkie moje dzieci mają imiona na „M”? – pyta ze śmiechem. – Gdy urodziło się pierwsze, mówię do żony: „Damy imię na M, tak jak twoje”. I zdecydowaliśmy, że następne też będą na „M”. Wtedy to była tylko zabawa, ale dotrzymaliśmy słowa.

Po Francji jeździli całą siódemką. – Zawsze brałem duży dom z ogrodem, załatwiałem prywatne szkoły. Żona była szefową, przejęła odpowiedzialność za wychowanie dzieci – chwali. – Ja pomagałem tylko w najważniejszych kwestiach.
Czasami ukrywało się przed ojcem różne drobne sprawki, że go nie denerwować… – wyjaśnia pani Małgorzata.

Kiedy w marcu zaczął pracę w Wiśle, dziennikarze naciskali: – Jest jeszcze szansa na obronę mistrzostwa?
Niczego nie będę obiecywał, nawet żonie nie obiecuję – uciął Kasperczak.
To niezupełnie tak; on dużo obiecuje, ale rzadko to spełnia – mówi połowica. – 32 lata temu obiecał mi podróż poślubną i do dzisiaj nie pojechaliśmy. W trzydziestą rocznicę ślubu mieliśmy zwiedzić Wenecję i też nic z tego nie wyszło.
Innym razem, pytany o pretensje poprzedniego trenera Wisły, Franciszka Smudy, że nie konsultował się z nim przejmując drużynę, Kasperczak odpalił: – A gdybym związał się z kobietą, która była żoną Smudy, to też powinienem radzić się go, jak ją zadowolić?
Mąż mówi to, co myśli i często żartuje. Dawniej taki nie był. Przez lata nauczył się nie brać wszystkiego na serio – zdradza żona.

Nominacja na łożu śmierci

W 1977 roku, mimo kilku zagranicznych ofert, postanowił zostać w Polsce do mistrzostw świata. W nagrodę dostał 100 tysięcy i złoty zegarek od przewodniczącego UKFiT, Bolesława Kapitana. Wyjechał po argentyńskim czempionacie, do FC Metz. Kilkanaście miesięcy później zachorował na raka trener francuskiego zespołu, Jean Snella. – Wiedział, że umrze, prezes klubu na tydzień przed jego śmiercią poszedł do szpitala, żeby podpowiedział, kogo wybrać na jego następcę – wspomina pan Henryk. – „Nie szukajcie nigdzie; ten zawodnik, Kasperczak, może być trenerem” – odpowiedział. Nie znałem go dobrze, czasami dyskutowaliśmy o piłce. Zaproponowali mi pracę, wytargowałem 48 godzin do namysłu. Siedziałem już na walizkach, za kilka miesięcy kończył mi się kontrakt. Żona pyta: „Co ty myślisz robić, kiedy wrócimy do Polski?”. „Trenerem będę” – odpowiadam. „Co ci szkodzi zostać tutaj trenerem?” – przekonała mnie. Miałem dość grania, kontuzji – na koniec trzasnęły mi jeszcze więzadła krzyżowe.

Po pięciu latach prowadzenia Metzu zdobył Puchar Francji i… odszedł. – Chciałem coś innego zobaczyć.
Selekcjoner francuskiej reprezentacji, Jacques Santini to jego dobry kumpel, sąsiad w St. Etienne. Tigana, Houlier, Jacquet, Wenger, Lemerre, Hidalgo – wielkie nazwiska futbolu – to partnerzy w dyskusjach o szkoleniowych nowinkach. – Nowy zawód zmusił mnie, żebym nauczył się perfekcyjnie mówić – twierdzi Kasperczak. – Powtarza, że 24. rok uczy się fachu trenerskiego. – Nie można się poddać rutynce, bo nie idzie się w górę. Trzeba żyć teraźniejszością, poznawać nowe metody, brać od ludzi zalety, nie patrzeć na wady. To jest ciekawe.

W 1993 roku propozycję złożył mu zdobywca Pucharu Europy, Olympique Marsylia oraz dwaj inne, markowe kluby, Bordeaux i Lyon. – Został miesiąc do zakończenia kontraktu w Lille. Byłem wtedy na fali, miałem dobre notowania. Lille chciało mnie zatrzymać, ale zwlekałem z odpowiedzią. Podpisali więc umowę z innym, tamte kluby też się wycofały, a ja zostałem bez pracy – opowiada z uśmiechem. – To był moment, o którym nie mogę zapomnieć.

Czarne jest piękne

Propozycje przyszły z Afryki. Piekielny żar, odmienna religia, obyczajowość, rytuały. W ramadan trzeba było uważać na muzułmanów, którzy nie mogli pić wody. – Jestem człowiekiem, który szybko wchodzi do każdego środowiska, bo umiem się łatwo zaaklimatyzować – zwierza się. – Nie oni do mnie mają się dostosować, ale ja do nich. Wszędzie tak było.
Czarownicy z Wybrzeża Kości Słoniowej przygotowywali piłkarzy podczas indywidualnych i grupowych obrzędów. Zabijali kury, skrapiali ich krwią boisko, palili je, a popiołem nacierali stawy zawodników, aby nie złapali kontuzji i szybciej biegali. – Kiedyś były masaże. Mówię: „Umyj sobie najpierw kolana, bo masz brudne” – wspomina Kasperczak. – Śmiali się, a potem mi wytłumaczyli. Czarownicy nie przeszkadzali mi w pracy, więc ja im też nie przeszkadzałem, zwłaszcza że to motywowało piłkarzy. Zawodowcy, którzy grali w Europie, zwierzali się: „Ja tam za bardzo w to nie wierzę, ale robię to, bo taki mamy obyczaj”.

Uważa się, że ciemnoskórzy są leniwi. – To jest zupełna nieprawda, oni lubią pracę – prostuje trener. – Niestety, nie mają warunków do pracy ciężkiej, ze względu na głód i choroby. Tam jest takie powiedzenie: „Jak ktoś dożyje siedmiu lat, to znaczy, że będzie żył dalej”. Wielu nie dożywa siedmiu lat. Dla mnie czarna rasa jest fantastyczna. Ich trzeba rozumieć; dopiero kiedy chce mu pan krzywdę zrobić, staje się pan jego wrogiem. Dopóki pan nie jest przeciwko niemu – jesteście w komitywie, jak bracia. Gdy czarny piłkarz wyjeżdża do gry za granicę, nie żegna go tylko ojciec i matka, ale cała wieś lub plemię. Gdy staje się kimś, musi im pomagać. Miałem w Saint Etienne tego sławnego Kameruńczyka, Rogera Millę. Dawał jedzenie, pieniądze wszystkim czarnym, którzy byli w potrzebie. To jest ich tradycja.

Mówi się, że Arabowie są tylko nieco mniej leniwi od czarnoskórych. – U nich jest za dużo pieniędzy, młody człowiek ma wszystko – opowiada Kasperczak o pobycie w Emiratach Arabskich. – Wiele jest prostytutek, homoseksualistów, narkotyków. Kraj zniszczony obyczajowo. Ta ortodoksyjna czystość jest tylko na pokaz, dla propagandy. Trudno z nimi pracować; mówisz do takiego i widzisz, że ma dwadzieścia innych myśli w głowie.
Złośliwi cudzoziemcy twierdzą, że podejście do pracy klasyfikuje Polaków miedzy Murzynami i Arabami. – Polak, jeżeli ma korzyść, nigdy nie będzie leniwy, każdą robotę wykona. Lenistwo nie leży w naszej mentalności – dowodzi pan Henryk.

Dom twój, gdzie żona twoja

Po mistrzostwach świata w 1974 roku kupił sobie BMW z czterema ósemkami na tablicy rejestracyjnej. Potem zarabiał jeszcze lepiej. Prezydent Mali, jako nagrodę za wynik w Pucharze Narodów Afryki, podarował mu dwie działki w stolicy kraju, Bamako. W Wybrzeżu Kości Słoniowej premią miały być domy. – Gdy je zobaczyłem, to „podziękowałem”: zwykłe chaty na palach – opisuje.
W Tunezji „nagrodzono” go zwolnieniem po dwóch meczach grupowych na mistrzostwach świata. – Zemścił się na mnie jeden człowiek, zięć prezydenta kraju, który zazdrościł mi sukcesów – twierdzi.

Świetnie płacili w Chinach, niewiele mniej niż w klubach francuskich. – Nie wiem, skąd te pieniądze, lecz mają ich bardzo dużo. Są olbrzymie skrajności: biedota i bogacze z elity partyjnej. Tamtejszy komunizm to jest potęga, ale prywatne interesy też się teraz robi.
Dzisiaj jest niezależny finansowo. – Na pewno mi wystarczy – zapewnia. – Zawsze jednak twierdziłem, że nie ma co w domu siedzieć, gdy można gdzieś pojechać i popracować. Przy okazji poznałem kulturę, historię, ale żyłki turystycznej nie mam. W ilu hotelach, domach mieszkałem, ile razy okrążyłem kulę ziemską – nie policzę. Nigdy jednak nie myślałem, że to tułaczy los. Czasami tylko przychodził moment, że człowiek zastanawiał się, co tu robi…
W Saint Etienne posiada apartament, w Alpach domek. – Mam dużo, ale dom jest tam, gdzie moja żona; przyszedłem do Wisły, bo ona zgodziła się przenieść tutaj – zwierza się.

Po afrykańskich przygodach została opalenizna, pobielały kruczoczarne niegdyś włosy. Przypominają o sobie kostka, kolana, biodro, ale dobrze funkcjonuje żołądek. – Pod tym względem nie jestem wrażliwy, jadłem już różne rzeczy: szczura, w Chinach – psa. „A z czego to dobre mięsko?” – spytałem gospodarzy.
Z werwą prowadzi treningi, nierzadko pokrzykując. – Mam satysfakcję z pracy, a poza tym robię to z pasją, więc nie czuję zmęczenia – przekonuje. – Zawsze powtarzam, że w tym zawodzie najważniejsza jest pasja. Jak w każdym innym. Nawet śmieciarz, jeśli z pasją nie wywozi śmieci, nie będzie dobrej roboty robił.

***

Wieczór w niedużym, krakowskim hotelu, gdzie drużyna Wisły spędza ostatnią dobę przed meczem. Zawodnicy zaglądają do zastawionej do kolacji jadalni, czekają na sygnał trenera. – Nagadaliśmy się nieźle – mówi. – A wie pan, że chcą książkę o mnie napisać? Może się zgodzę.
PAWEŁ FLESZAR

NOTKA BIOGRAFICZNA
HENRYK KASPERCZAK. Urodzony: 10 lipca 1946 roku w Zabrzu. Absolwent warszawskiej AWF; dyplom francuskiej federacji piłkarskiej – akademia w Clairefontaine.
Kariera zawodnicza: Stal Zabrze, Stal Mielec (1965-66), Legia Warszawa (1966-68), Stal Mielec (1968-78; dwa razy mistrzostwo Polski), FC Metz (1978-79). 73 mecze w reprezentacji Polski; 3 miejsce MŚ 1974, 2. miejsce IO 1976, 5.-8. miejsce MŚ 1978.
Kariera trenerska: FC Metz (1979-84; Puchar Francji), AS Saint Etienne (1984-87; awans do ekstraklasy), RC Strasbourg (1987-89; awans do ekstraklasy), Racing Paris (1989-90), HSC Montpellier (1990-92; ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów), Lille (1992-93), Wybrzeże Kości Słoniowej (1993-94; 3. miejsce w Pucharze Narodów Afryki), Tunezja (1994-98, także dyrektor techniczny federacji; 2. miejsce w PNA, awans do IO 1996 i MŚ 1998), Bastia (1998), El Wasl Dubaj (1999), Maroko (1999-2000), Shenyang Sealion (2001), Mali (2001-02; 4. miejsce w PNA), Wisła Kraków (2002; wicemistrzostwo Polski, 1/16 Pucharu UEFA).
* stan na 30.11.2002 r.

Komentowanie zablokowane.