W labiryncie

Tekst ukazał się w „Tempie” z 3 grudnia 1991 r. Autor: Jerzy Mucha.*

Staszek ma 34 lata, drugą grupę inwalidzką, lekki niedorozwój umysłowy w papierach i… wielkie serce ofiarowane naszym piłkarzom. Jest najwierniejszym kibicem polskiej reprezentacji i drużyn ligowych, pozostając w komitywie z Koseckim i całą resztą. To dzięki nim błąka się jeszcze po Bożym świecie – samotny jak palec, porzucony przez rodzinę.
– W 1986 r. przeszedłem śmierć kliniczną. Mieszkałem wtedy na strychu i co wróciłem wieczorem, to kłódka była odpiłowana i wszystkie rzeczy skradzione. Chciałem więc skończyć z sobą, nie męczyć się już na tym świecie – opowiada o swoich dramatycznych przeżyciach Stanisław Ujczak, którego los nigdy nie oszczędzał. – Postanowiłem się otruć, zażyłem większą ilość relanium i cholesolu. Sąsiadka znalazła mnie w porę, zadzwoniła po pogotowie i zawieźli mnie do szpitala. Dopiero po sześciu dniach odzyskałem przytomność. Wtedy dopiero ktoś się mną zainteresował, nawet odwiedzono mnie w szpitalu.

Łatwo go spotkać w kolejnych hotelach, w których ma postój piłkarska kadra. Wychudzony, filigranowy kibic, w starym, wytartym dresie z napisem: Polska. Dla wielu to po prostu maniak, ktoś, komu nie warto poświęcać większej uwagi. Staszek ma jednak swój mały świat i własne spojrzenie na futbol.
To dzięki piłce i zawodnikom-dobroczyńcom może zjeść obiad w barze mlecznym. To nie jego wina, że cały swój dobytek wozi na zgrupowania reprezentacji i aby zjeść bułkę z serem, musi sprzedać innemu kibicowi fotografię „Gucia” Warzychy, czy Furtoka. Nie jest także jego winą, że ma brudne ręce, bo nikt go nie przyzwyczaił do mycia ich, a poza tym nie ma pieniędzy na mydło.

W 1988 r. trułem się drugi raz. Znowu czekał mnie szpital i leczenie. A to dlatego, że nie miałem gdzie mieszkać, nie miałem się gdzie podziać. Jaki sens miało moje życie? Załamałem się wtedy, gdy w prezydium powiedziano mi, że nie mam szans na mieszkanie. Wcześniej przez półtora roku mieszkałem na dworcu PKP. Spałem w nocy na ławkach, a widząc patrole milicji wychodziłem z dworca. Nie miałem gdzie pójść, byłem nikomu niepotrzebny.
Staszek nigdy nie znał swego ojca, wyrodna matka zaś zmarła mu niedawno. 18 lat spędził w domu dziecka w Mysłowicach, u sióstr zakonnych. „Boromeuszki” włożyły wiele pracy w jego wychowanie, ale „życia na wolności” nie mogły go nauczyć. Kto raz został oderwany od swojego naturalnego środowiska, ten już do niego nie wróci.

– Ojciec pił, matka się włóczyła, więc oddano mnie do domu dziecka. Miałem wtedy 8 miesięcy. Siostry, które mnie wychowywały, puszczały mnie na treningi w Górniku Mysłowice i nawet trzy mecze w rezerwowej drużynie zagrałem. Razem z Jurkiem Wijasem wtedy grałem i nawet mu siatę na treningu założyłem. Byłem jednak za mały, a oni potrzebowali wysokich, dupnych chopów. Ja mam tylko 150 centymetrów wzrostu, a ważę 48 kilogramów. Trenowałem też w Stali Mikołów i AKS Niwka. Tam też się okazało, że jestem za wątły.
Gdy zrozumiał, że dla takich „karlusów” – jak mówią na Śląsku na niskich ludzi – nie ma miejsca na boisku piłkarskim, zaczął uprawiać biegi. Uczestniczył już w 13 maratonach, w sumie zaliczył 216 imprez biegowych. Ta najprostsza forma ruchu pozwalała mu chociaż na chwilę uciec od dokuczliwej samotności, zapomnieć o własnym nieszczęściu.
Znaleźli się ludzie, którym nieobca była troska o bliźniego. Po audycji radiowej, w której zaprezentowano słuchaczom z całej Polski niedole Staszka, zaczął otrzymywać paczki z żywnością i odzieżą praz korespondencję dodającą otuchy. W sumie na jego adres wpłynęło 1600 listów z Polski i zagranicy. Wszystkie przeczytał z ogromną uwagą, ofiarodawców krajowych zaś odwiedza osobiście. Ktoś wreszcie pamiętał o nim – poczuł się pełnoprawnym członkiem społeczności.

Jego „romans” z reprezentacją datuje się od 1973 roku, kiedy to „Orły” Kazimierza Górskiego przygotowywały się w Kamieniu k. Rybnika do meczu z Walią. – Kupiłem 10 kwiatków, jakieś drobne prezenty i wręczyłem to wszystko zawodnikom. Od tej pory jestem na każdym zgrupowaniu kadry i meczu w naszym kraju. Do 1988 r. miałem to wszystko na koszt reprezentacji, a teraz wszystko sobie sam opłacam. Pociągi, hotele, jedzenie, to wszystko kosztuje, ale odkładam na to ze skromnego zasiłku społecznego, z którego żyję. Za trenera Łazarka było najlepiej, teraz stosunki z kierownictwem kadry się pogorszyły.
Aby zobaczyć swój pierwszy mecz reprezentacji, uciekł na kilka dni z domu dziecka. Pierwszym graczem, z którym się zaprzyjaźnił, był Waldemar Matysik. Zabrzanin zareagował na rozpaczliwe SOS wysyłane przez Staszka i w miarę możliwości pomagał chłopakowi. Gdy Matysik wyjechał do Auxerre, wydał ostatnie pieniądze na połączenie telefoniczne z Francją, byle tylko porozmawiać ze swoim idolem.

Teraz jego patronem jest Roman Kosecki. – To mój najlepszy kumpel z reprezentacji. On mi najwięcej pomaga, choć inni także. Romek dał mi 300 tys. zł, Skrzypczak dorzucił 100 tysięcy i jakoś człowiek żyje. Nie wszyscy jednak są tacy hojni. „Soczek” Soczyński pokazał mi plik „zielonych” w portfelu, ale nie dał mi nawet złotówki. Ja ze swej strony przed meczem z Anglią wręczyłem kwiaty Czachowskiemu i Zioberowi, jako że obchodzili urodziny. Inni też coś otrzymali. Koseckiemu dałem nawet perfumy i kasetę z kolędami, a dla jego żony lakier do paznokci.
Staszek przez 7 lat pracował w mysłowickiej spółdzielni inwalidów, imał się tez innych zajęć. Szybko jednak pozbywano się go z kolejnych zakładów, widząc jego mikra posturę i „żółte papiery”. Do renty inwalidzkiej z ZUS zabrakło mu trzech lat wysługi pracy, więc pozostaje cały czas na garnuszku opieki społecznej. To co otrzymywał zakrawało na jałmużnę, zaś w najbliższym czasie, w grudniu, mają mu podwyższyć stawkę do 535 tys. zł. Za mało, żeby żyć, za dużo, żeby umrzeć…

Paczki z kraju i zagranicy pozwalają mu przeżyć, swoje dorzucą też reprezentacyjni piłkarze, czy śląscy zawodnicy tacy jak Marek Koniarek. Z futbolu czerpie radość, ale i środki do życia. Poznaje jego jaśniejsza stronę, nie tę bezwzględną, okrutną, eliminującą z gry słabszych. Ostatnio przekonał się jednak o bezduszności niektórych ludzi…
Gdy przed meczem z Irlandią przyjechałem na zgrupowanie kadry, dowiedziałem się od kierownika pana Tadeusza, ze nie mogę już przyjeżdżać do chłopców, gdyż ich „płoszę”, czy tez przynoszę pecha. To było w hotelu „Ławica”. Musiałem szybko zwijać się stamtąd, z zakazem wstępu. Na Anglię mimo to przyjechałem do hotelu i nikt z chłopców się nie „płoszył”. Doszło nawet do tego, że nie mogę już jeździć autokarem z drużyną na mecz. Dobrze, że Sidorczuk zabrał mnie swoim samochodem na stadion. Lekarz kadry powiedział, że ja przyjeżdżam na zgrupowanie tylko po to, by pozbierać forsę od chłopaków i szybko zwinąć się do domu.

Po takim przywitaniu Staszek „zdradził” pierwszą reprezentację na rzecz olimpijskiej. Trener Janusz Wójcik załatwił mu w Pile hotel i wyżerkę, wszystko gratis. Przysięga, że dopóki nie zmienią się działacze w Strejlauowej drużynie, on nie będzie odwiedzał jej w hotelach, adorował jej jak panienka. Swoich sympatii do zawodników z pewnością nie cofnie. Szczególnie do Koseckiego, który zaprosił go kiedyś do siebie na Święta Bożego Narodzenia. Odrzucony przez wszystkich Staszek poczuł się wtedy tak, jakby znalazł rodzinę zastępczą.
W „labiryncie”, w którym krąży po omacku przez 34 lata, nie może znaleźć swojej drogi, zdając się na łaskę innych. Czekając na wsparcie futbolistów i wyciągając do nich rękę po datki, na pewno nie nauczy się samodzielności w życiu. Czy aby my wszyscy nie robimy mu krzywdy, przesadnie troszcząc się o niego, jak o niemowlę? W ten sposób Staszek ulegając całkowitemu ubezwłasnowolnieniu, już nigdy nie wyjdzie z tego „labiryntu”.
JERZY MUCHA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.