W stalowym grillu żar nie gaśnie

3364 punkty w 308 występach w barwach Sokoła Łańcut, 348 występów i 3405 punktów w I lidze. Te statystyki nie mówią jednak wszystkiego o Jerzym Koszucie, który zakończył ponad dwudziestoletnią karierę koszykarską.

Jurek leżący na parkiecie, zwinięty z bólu przy linii końcowej. Kamera telewizji internetowej przesuwa się na pobliską trybunę, gdzie żona obejmuje twarz dłońmi, a córeczka płacze. 30 kwietnia, w drugim półfinale, Sokół Łańcut – GTK Gliwice, los napisał kolejny ze swoich niesprawiedliwych scenariuszy. Nie tak powinien wyglądać ostatni mecz jednego z najefektowniejszych graczy na zapleczu ekstraklasy w XXI wieku, który nosił piłkę na wysokości 3,5 metra.

„Jednoosobowe linie lotnicze”, „Latający Jerry”. Ktoś napisał, że dla niego warto przyjść nawet na rozgrzewkę, bo wiadomo, że człowiek nie będzie się nudził. Niekiedy równie często pakował w meczach – do kosza Siarki Tarnobrzeg czy Rosy Radom nawet pięciokrotnie.
– To był dynamit, nie kalkulował. Gdy miał trochę miejsca, ładował piłkę z góry. Miał firmowe zagrania: rajd wzdłuż linii końcowej i „paka”, albo alley-oop po dwóch zasłonach i wyrzucie z autu. Kilka razy zdarzyły się „salony świata” wsad po obrocie o 360 stopni – wspomina Łukasz Burda, który występował z Jurkiem w grupach młodzieżowych Sokoła. Oglądał jego pierwsze próby „skrobania się do obręczy” i pierwszy udany wsad wg wszelkich reguł koszykarskich, w VII klasie podstawówki, za który trener Dariusz Kaszowski wypłacił obiecaną wcześniej premię – 5 złotych.
Koszuta niechętnie opowiada o ulubionych i najbardziej udanych zagraniach („A co się będę chwalił”), ale pozostali mają swoje typy. Kaszowski – wsad treningowy, kiedy podopieczny przeleciał pod blokiem obrońcy i tablicą, a włożył z drugiej strony obręczy. Jego asystent, Mateusz Leja – stający wówczas na trybunie jako fan Znicza Jarosław, którego jest wychowankiem – ma przed oczami „paczkę” nad skaczącym z wyciągniętymi rękami Grzegorzem Szczotką. – Mecze Łańcut – Jarosław to były klasyczne derby o olbrzymim ciężarze gatunkowym – podkreśla. – A zaczynały się od demonstracji siły: po jednej stronie Witka Kowalenki, któremu podawał Grzesiek Kordas, a po drugiej Jurka obsługiwanego przez Michała Barana.
Jednocześnie, obaj przypominają zgoła inne zagranie, doskonale jednak obrazujące możliwości motoryczne Jurka. Podczas konfrontacji z Miastem Szkła Krosno odbił się przed linią i wygarnął piłkę opadającą daleko na aucie, którą obrońcy tylko asekurowali, sądząc, że nikt już nie zdoła jej dopaść. Rzucił ją za siebie i wyszła z tego asysta do Krzysztofa Jakóbczyka, który trafił za trzy.
Tata Jerzego, Janusz Koszuta śmieje się, że on najlepiej pamięta wsad, na który nie zwrócił uwagi na żywo. Na pewno podczas turnieju odbywającego się w starej hali w Łańcucie w oko wpadł mu rosły i silny Ukrainiec, z wytatuowaną na bicepsie okazałą syrenką. Do dzisiaj przechowuje zdjęcie otrzymane od znajomego dziennikarza „Nowin”, gdzie widać wyprężone ramię z syrenką, a górą wjeżdża do kosza jego syn.

W szczytowym okresie miał 115 centymetrów wyskoku dosiężnego, a głową zahaczał o obręcz. Jak wszyscy chłopcy w latach 90. oglądał w telewizji „dunki” z NBA, ale większość z nich wykonywał po swojemu, bo inaczej niż tamte gwiazdy na ogół odbijał się obunóż. Kontuzje i operacje kolan zredukowały nieco osiągi, ale – jak przekonuje Kaszowski – „kiedy się dźwignął, to przecieraliśmy oczy ze zdumienia”. Leja opowiada, jak po jednym z treningów koledzy „podpuścili” Jurka, a ten zademonstrował windmilla, czyli wsad, którym w złotych czasach NBA popisywał się Dominique Wilkins, potem Vince Carter i LeBron James.
Jerry triumfował w konkursach wsadów podczas meczów gwiazd I ligi w 2007 we Wrocławiu i w 2011 roku w Radomiu, a także w wielu pomniejszych zawodach urządzanych przy innych okazjach. Zwierza się, że nigdzie nie było takiej atmosfery, jak na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Zorganizowano tam akademickie mistrzostwa Polski 3×3. Wszyscy uczestnicy obsiedli kosz, gdzie toczyła się rywalizacja we wsadach do tego mnóstwo mniej lub bardziej przygodnych widzów spacerujących jednym z najsłynniejszych deptaków w kraju, a on zwyciężył, w finale pokonując Daniela Walla.

Jurek nie pamięta, kiedy zauważył u siebie nadzwyczajną skoczność. Twierdzi, że nigdy jej nie ćwiczył, a z bardzo popularnymi wśród jego kolegów programami „super dunk” nigdy nie wytrzymał dłużej, niż tydzień-dwa. Najtrafniejsze w jego przypadku wydają się słowa jednego z ekstraklasowych specjalistów od motoryki: „Za jumpa to się dziękuje Panu Bogu. Gdyby można go było wytrenować – każdy pracuś skakałby jak Sotomayor i Pedroso”.
Inna sprawa, że o Jurku żartobliwie mawiano „największa łydka I ligi”, a gdy tłumaczono, który to Koszuta komuś nie kojarzącego nazwiska z twarzą, często padało: „wiesz, to ten gość ze strasznie grubymi łydami”. Mięśnie zbudował sobie dzięki rodzinnemu sportowi Koszutów – kolarstwu. Zanim zaczął wyczynowo grac w koszykówkę (gdzieś w okolicach II ligi) na rowerze przemierzył kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Jak wspomina tato, w okolicach Łańcuta, zwłaszcza tych na północ od rampy kolejowej, przejechali każdą, najmniejszą dziurę.
Dumą są jednak rajdy, które nazywali adekwatnie Wyprawami, kiedy tata, córka Adela i dwóch synów – Jerzy i Szymon, niekiedy z przyległościami, w rodzaju kuzynostwa (w pewnym momencie dołączyła też przyszła żona Jurka, Renata), przecinali całą Polskę. Dojechali do Cetniewa, innym razem na Mazury, pewnego roku wybrali się pociągiem do Świnoujścia, a stamtąd przepedałowali calutkie wybrzeże, aż do Helu, obowiązkowo odwiedzając wszystkie latarnie morskie po drodze. Najtrudniejszy był górski tour – do Kłodzka – który udał się w dużej mierze dzięki Jurkowi. – Jego siostra przed co drugą górką rzucała rower do rowu, bo już nie miała siły – opowiada Janusz Koszuta. – Jurek wiózł jej bagaże, popychał.

Tata będzie wiedział wszystko o meczu

Zbierając materiały o Jerrym, w pewnym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy tekst będzie wiarygodny dla czytelników, wszak fakty układają się w żywot Świętego Jerzego. Choć nawet takie porównanie jest kiepskie. Tamten w ikonografii jest przedstawiany, gdy przebija lancą lub mieczem smoka, a nasz Jurek chyba nigdy nikomu porządnie nie przylał. Choć wygląda na takiego, który potrafiłby posługiwać się środkami wzbogaconej perswazji, a nawet może to lubi, bo ma ku temu spore możliwości. – Czy się kiedyś biłem? – zastanawia się. – Tak, w podstawówce. Raz. Aha, i jeszcze kiedyś „ustawiliśmy” takiego chłopaka, który dokuczał dziewczynom i złośliwie przeszkadzał na lekcjach.
W tamtym okresie, ucząc się w SP nr 1, był największy, a przyjaźnił się z najmniejszym chłopcem w klasie. Później nigdy nie wymierzył ciosów w grze, czy na treningu, nigdy nie starał się trzymać drużyny „za twarz” w szatni (choć niekiedy coś takiego było wskazane). W wieku 34 lat po raz pierwszy zdarzyła mu się przepychanka w trakcie meczu, za co otrzymał debiutanckie wykluczenie. Po tym jak tarzali się na parkiecie z Mateuszem Bierwagenem sporo znajomych przybijało mu z uznaniem „piątki”, ale Jurek sprawiał wrażenie mocno zakłopotanego i zniesmaczonego. Nie tyle obowiązkowym zawieszeniem w następnym spotkaniu, co własnym publicznym zachowaniem. – W domu przez dwa dni chodziłem „struty” – zwierza się. – A to nie była bójka, a nawet jej początek. Upadliśmy, przerzuciłem go przez bark, a że on ciągle mnie trzymał, to tak wyglądało.

W dzieciństwie Jurka, gdy chciało się na niedzielę wyjechać nad wodę, czy na wycieczkę, cała rodzina szła na pierwszą mszę. Potem starsza siostra wciągnęła go do ruchu oazowego, dzisiaj z żoną i dwójką dzieci ma swoje miejsce nieopodal ambony. Najistotniejsze jest jednak to, że wydaje się jednym z nie tak znowu licznych ludzi, starających się żyć według wyznawanych i deklarowanych zasad.
Zawsze powtarzał, że niespełnionym marzeniem kariery sportowej jest to, że ani przed wyjazdem z Łańcuta w 2008 roku, ani po powrocie w 2015, nie wywalczył z Sokołem awansu do ekstraklasy. Miałby komplet promocji, począwszy od najniższej, trzeciej ligi, na dodatek w barwach tego samego, macierzystego klubu („To byłoby coś!” – mówi z rzadką u niego ekscytacją). Nigdy natomiast nie narzekał, że nie dane mu było zagrać w elicie.
– To mój wybór – przekonuje. – Ożeniłem się, urodził się Tymek, potem Maja. Po latach żona znalazła bardzo dobrą pracę, ale wcześniej najważniejsze było dla mnie utrzymanie rodziny. Nie narzekam, bo to ja ją stawiałem na pierwszym miejscu. Dlatego przeniosłem się do Spójni Stargard, dlatego odrzucałem pytania i propozycje z najwyższej ligi. Tam nie ma sentymentów, a nie mogłem sobie pozwolić na ryzyko, że gdzieś ze mnie zrezygnują, zostanę na lodzie. Wolałem pewny kontrakt w I lidze, gdzie stosunki są bardziej, nazwałbym to, ludzkie i ciepłe.

W maju 2015 roku pędził do oporu prędkościomierza, aby ostatni raz zobaczyć się z mamą, którą zabierał nowotwór. Trasę ze Stargardu do Łańcuta przejechał w 7,5 godziny. Nie zdążył.
W lecie jednak podpisał kontrakt z Sokołem, wrócił z Renatą i dziećmi do rodzinnego domu, w którym zostali tato i babcia. Tego samego, leżącego u stóp odchodzącej od rynku ulicy, domu, przy którym późną sobotnią nocą zatrzymywali się kibice pijani nie tylko radością ze zwycięstwa i skandowali: „Juuurek Ko-szu-ta!”. Tata, który wówczas wychodził, aby ich odprawić, jeszcze dzisiaj wspomina to z irytacją przemieszaną z dumą.
Jest takie określenie, które właściwie powinno być jednostką chorobową: „Klub Oszalałych Tatusiów”. Dotyczy rodziców maniakalnie zajmujących się karierą sportową swych dzieci, nierzadko powodowanych własnymi niespełnionymi ambicjami i kompleksami. Wypaczających im charaktery, antagonizujących ich z trenerami, kolegami/koleżankami, działaczami. Jest ich niemało. Janusz Koszuta sytuuje się dokładnie na przeciwnym do nich biegunie, choć w „łańcuckich latach” był zawsze tuż obok syna; poczynając od rozgrywek kadetów nie opuścił żadnego z „domowych” meczów.
Pierwszy, choć społeczny kierownik drużyny z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy statystyk, odkąd Kaszowski zrobił na gdańskiej AWFiS drugą klasę trenerską i przywiózł stamtąd reguły prowadzenia arkuszy obserwacyjnych. Ulubiony kontakt telefoniczny dziennikarzy lokalnych gazet, którzy zawsze mogli liczyć na informacje punktowe o meczu. Gdy trzeba było, zrobił przenośne schodki do starej hali, a gdy nikt nie dawał się wsadzić na tego kulawego konia – został prezesem sekcji koszykówki Sokoła.
A jak wyglądały jego relacje z trenerem najlepiej obrazuje sytuacja z ubiegłorocznego lata, kiedy po dwudziestu latach znajomości delikatnie spytał go, czy widzi jeszcze dla Jurka miejsce w zespole. „No coś ty, przecież ja od niego i Maćka Klimy zaczynam rozpisywanie składu” – wybałuszył na niego oczy Dariusz Kaszowski.

Zrobił i zgromadził imponującą ilość zdjęć, wycinków prasowych, danych liczbowych z kariery syna i historii Sokoła. Jego ulubionym hobby było wymyślanie nowych formuł do arkusza excel, za pomocą których wyciągał oryginalne dane statystyczne. A było to w czasach, gdy internetowa strona PZKosz nie podawała tego na talerzu. Wszystko jest starannie poukładane w segregatorach odpowiadającym poszczególnym sezonom. Drobiazgowe, bogato ilustrowane kroniki powstały również po wyprawach kolarskich. Kilku kolegów Jurka używało materiałów jego taty jako źródeł w pracach magisterskich i licencjackich. Łukasz Burda uśmiecha się z sentymentem, bo jego „magisterka” m.in. dzięki temu wypadła tak dobrze, że po obronie pracy musiał bronić się przed namowami promotora na napisanie doktoratu z dziejów ruchu sokolego. Jeden z koszykarzy spłodził nawet pracę zaliczeniową posiłkując się sprawozdaniem z 87-kilometrowego, połączonego ze zwiedzaniem i wizytami w kąpieliskach, wypadu Koszutów do Julina, Brzózy Stadnickiej, Rakszawy, Leżajska.
A Janusz napisał książkę o swojej zmarłej żonie, Krystynie, ich znajomości, małżeństwie, rodzinie. – Pozostało jeszcze zakończenie, mam je w głowie i notatkach, ale jakoś nie mogę się za nie zabrać, bo dotyczy ostatniego, najgorszego okresu – zawiesza głos.

Tajemnica zupy selerowej

Jurek grał w drużynie juniorskiej Sokoła, która sensacyjnie zdobyła wicemistrzostwo Podkarpacia, ulegając tylko Stali Stalowa Wola, a wyprzedzając większe i silniejsze ośrodki – Przemyśl, Rzeszów, Tarnobrzeg, Jarosław – potem zaś walczyła ze Śląskiem Wrocław w ćwierćfinale mistrzostw Polski. Koledzy czasami żartują, że wtedy był już liderem, ale kiedy przyszedł do nich, to umiał tylko skakać. Z nich wszystkich tylko on został w wyczynowym sporcie i jest najlepszym w historii koszykarzem wyrosłym w Łańcucie.
Rzeczywiście jednak, kiedy oni byli już skoncentrowani na baskecie, on jeszcze szukał. Będąc dzieckiem grał w tenisa, ale zniechęcił się, bo tata kupił mu strasznie ciężką, drewnianą rakietę, którą trudno było operować. Z czasem znudził się też karate.
Gdy zaczął poważnie ćwiczyć koszykówkę u Kaszowskiego, miał m.in. kiepski chwyt, więc trener stawiał go pod ścianą i… z woleja kopał w niego piłką. Poskutkowało. Nie wiadomo było też, która ręka jest u Jurka wiodącą. Urodził się jako mańkut. Mama przekładała mu sztućce, bo nie mogła patrzeć jak karykaturalnie je lewą ręką. Większość życiowych czynności wykonuje dzisiaj prawą, ale pisze ciągle lewą. Kozłuje i rzuca prawą, za to wsad jednorącz lepiej wychodzi mu lewą.
Przed ponad 20 laty szkoleniowiec ordynował mu ciekawe ćwiczenie: Jerzy stał tyłem do kosza, odwracał się raptownie i wychodził w górę, a tamten krzyczał „lewa” lub „prawa”. Jerry tak długo przebywał w powietrzu, że miał czas, by ustawić dłonie do rzutu.

Już jako senior w niektórych sferach był artystą (nie tylko we wsadach, ale i plastycznym rzucie z półdystansu, w pełnym wyskoku, niedosięgłym dla blokujących), w innych – solidnym rzemieślnikiem. A tak jak podziwiano go za wkładanie piłki do kosza, tak ceniono za twardą obronę i nieustępliwość. W sezonie 2005/06 Znicz Jarosław awansował do ekstraklasy, ale w części zasadniczej poniósł porażkę w Łańcucie w jednym z meczów, które przeszły do legendy tutejszego klubu. W końcówce zasadniczego czasu, przy remisie, Przemysław Łuszczewski miał dwa osobiste, ale spudłował je przy niesamowitym tumulcie stojących fanów. Sokół zwyciężył po dogrywce, a Jurek Koszuta jako jedyny z obu ekip przebywał wtedy na parkiecie pełne 45 minut.
Sam przypomina sobie dwa bardzo trudne spotkania, ze Sportino Inowrocław i Grono Zielona Góra, które z konieczności odbyły się w krótkim odstępie, ale w obu sobie poradzili. Tata dorzuca inną konfrontację ze Sportino, wygraną praktycznie przez syna i Bartosza Krupę, którzy zdobyli 60% punktów Sokoła, której omal nie odmienił w pojedynkę Krzysztof Szubarga.
U Jurka największy sentyment wywołuje nie tyle własna postawa, co publiczności: – Kiedy przeszedłem do Spójni, w sezonie 2008/09 walczyliśmy w finale o awans do I ligi z AZS Szczecin. Stawka była olbrzymia, dodatkowy smaczek, ale my przegraliśmy u siebie pierwszy mecz i nawet trenerzy z nas zrezygnowali. Zwyciężyliśmy jednak w Szczecinie i na decydujące spotkanie w Stargardzie przyszedł tłum; ludzie siedzieli nawet na schodach, stali, było ich pewnie ze 2,5 tysiąca. A my daliśmy im awans.

Po powrocie do Łańcuta lubił autoironicznie powtarzać, że nie ma już tyle energii co dawniej, ale przecież lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Te dwa sezony jednak plasują się w czołówce jego kariery, jeśli chodzi o indywidualne dokonania, co sprawdzić można TUTAJ. W 2016 roku zdobył też pierwszy w życiu medal I ligi.
Dzisiaj szuka następców, prowadząc dla dzieciaków zajęcia pod hasłem „Wrzuć nudę do kosza”. Jest też ratownikiem na krytym basenie MOSiR, co pośrednio zawdzięcza swojemu… psu, nowofunlandowi imieniem Bogart.
Rodzina spokojnych, miłych ludzi ma humorzastego, kapryśnego zwierzaka. Bywają dni, kiedy kudłaty imiennik jednego z największych aktorów w historii kina siedzi przy bramie i rzuca powłóczyste spojrzenia spod długich, aksamitnych rzęs. 65 kilogramów czystej, naturalnej słodyczy. Częściej jednak pojawia się znienacka za żywopłotem jak czarny potwór, a ludzie z chodnika zeskakują na ulicę, albo wydobywa z siebie gardłowe, tak przerażające odgłosy, że przechodniom kurczy się to i owo.
W Stargardzie postanowiliśmy kupić psa, bo z psem lepiej wychowuje się dzieci – tłumaczy Jurek. – Miał być duży, żeby nie potrzebował za wiele ruchu, gdyż wtedy mieszkaliśmy w czwórkę na 50 metrach kwadratowych w bloku. Miał być przytulanką. Wszystko się sprawdziło, tyle że trafił się gość charakterny… Mam lęki, że kiedyś ktoś przestraszony zeskoczy z chodnika i przez to wpadnie pod samochód.
Bogart należy do odmiany psów ratowniczych, więc jego pan prowadził go na szkolenia ratownictwa wodnego. – Szybko doszedłem do wniosku, że ja też powinienem zrobić kurs i uprawnienia ratownika, aby uczestniczyć w jego szkoleniu – mówi. – Kiedy wróciliśmy do Łańcuta, okazało się, że jest wolny etat na basenie, a ja dzięki psu byłem gotowy, żeby go objąć.

Nowofunland jest jedynym członkiem rodziny, który do tej pory nie wypowiedział się na temat zdolności kucharskich swojego pana. Wszyscy inni są zachwyceni. Tymoteusz i Maja uwielbiają krewetki, które Jerry podpatrzył u znanego snajpera, Łukasza Pacochy, Renata chwali sobie potrawy ze szpinakiem, tata w charakterystycznym geście całuje złożone palce mówiąc o plackach po węgiersku. Jurek pół żartem, pół serio zastrzega, że co by nie upichcił, to jego ulubionym daniem, zwłaszcza kolacyjnym, pozostaje kiełbasa wiejska od któregoś z okolicznych rzeźników, jedzona wprost z laski po uprzednim zamoczeniu w keczupie lub musztardzie, przegryzana pajda chleba.
Poważniej precyzuje, że na ogół gotują razem z żoną, zwłaszcza wieczorami – szykując dla domowników obiad na następny dzień. W Stargardzie i Szczecinie jednak, kiedy Renata szła do biura, on miał wolne aż do popołudnia, więc przygotowywał posiłki.
Zacząłem uczyć się tego jeszcze przypatrując się, pomagając mamie i babci – wyjaśnia. – Mama była specjalistką od drugich dań, a babcia od zup. Zresztą jakieś wzorce, czy przepisy nie są niezbędne. Zdarza mi się kupić pierś z kurczaka, warzywa i przyrządzać to po swojemu. Niestety, na takie improwizowanie potrzeba czasu, a ja mam go niewiele. Niektóre kwestie ciągle są dla mnie tajemnicą. Kiedyś na przykład ugotowałem według przepisu zupę selerową, która była rewelacyjna, ale później już nie wyszła taka sama, choć niby wszystko robiłem identycznie.

Nierozstrzygnięty wyścig z Arkiem Milikiem

22 marca 2003 roku odbył się „Koszykarski wieczór na Podpromiu”. Drugoligowy Sokół i występująca o klasę wyżej Stal Stalowa Wola zainaugurowali dla basketu budowaną blisko 40 lat rzeszowską halę, która do dzisiaj mu nie służy. Poza meczem urządzono konkurs wsadów, wygrany przez Jurka. Nagrodą był grill, który wytrzymał eksploatację do dzisiaj, bo jest zbudowany z grubej, mocnej stali.
Coś jak jego właściciel, który późną jesienią przejdzie piątą operację, w tym czwartą – kolana. Szczecińskie centrum medyczne „Dom lekarski”, gdzie odbył się jeden z jego zabiegów i rehabilitacja po nim, chwali się Jerrym na swojej stronie internetowej. 20 października 2011 roku miał rekonstrukcję więzadeł krzyżowych kolana oraz skracanie i szycie łąkotki. 10 marca 2012 r. wyszedł w podstawowym składzie AZS Radex Szczecin i zagrał 26 minut w meczu I-ligowym. Uważa się, że standardowy, bezpieczny powrót po kontuzji więzadeł krzyżowych powinien trwać dziewięć miesięcy, wypełnionych systematyczną fizjoterapią. On dokonał tego w o połowę krótszym czasie.
Bardzo rzadko zdarzają się podobne wypadki. Ostatniej zimy odrobinę krócej zajął powrót Arkadiuszowi Milikowi, tyle że napastnik Napoli tylko na chwilę pojawił się na boisku, uprawia dyscyplinę, która mniej przeciąża kolano, a stała za nim włoska szkoła medyczna, przez lata uważana za najlepszą na świecie. Koszuta w „Domu lekarskim” opiekę miał bardzo dobrą, ale przede wszystkim wykonał tytaniczną pracę. Tata określa ją trzema słowami: „pot, łzy i pot”, syn ze śmiechem opowiada o starszych paniach, które współczując mu ganiły rehabilitantów: „Przestańcie tak męczyć tego chłopaka! Dajcie mu chociaż wody się napić”. Gdy już mógł wykonywać ćwiczenia koszykarskie – trenował cały dzień; począwszy od rannej siłowni, przez długą sesję w salce fizjoterapeuty, po boisko.

Po USG kontuzjowanego w kwietniu kolana lekarz złapał się za głowę. Staw ciągle doskwiera, ale roznieconego w dzieciństwie żaru przywiązania do aktywności fizycznej nie da się tak łatwo ugasić. Jurek biega, pływa, jeździ na rowerze. Przetańczył nawet lipcowe wesele Alana Czujkowskiego, choć to – po lekkim wewnętrznym znieczuleniu.
– Zrozumiałem, że nie mogę już grać głównie dlatego, że przez wiele lat byłem zbyt ambitny. Nie potrafiłem przyznać, że nie dam rady – mówi refleksyjnie.
Przez całą wiosnę walczył ze słabością. Trenował od środy lub czwartku, kiedy udało mu się pozbierać, grał na środkach uśmierzających. Ostatecznie trzasnęło… zdrowe kolano, obciążane mocniej dla zaasekurowania bolącego.
Decyzję o zakończeniu kariery zdeterminowały jednak głównie sprawy prywatne; chciał pomóc żonie w opiece nad dziećmi, oddać bliskim popołudnia i wieczory, które pochłaniała koszykówka. Na początku kwietnia opowiedział o tym Dariuszowi Kaszowskiemu.
Przed rokiem zdarzyła się podobna historia. Inny zasłużony koszykarz Sokoła, Tomasz Fortuna postanowił, że po sezonie zawiesi buty na kołku. On również wiosną poufnie zwierzył się z tego trenerowi, a podczas majowego półfinałowego meczu z Legią w Warszawie zerwał więzadła i musiał przerwać karierę nieco wcześniej niż planował.

Tamtej feralnej, ostatniej niedzieli kwietnia Jurek powiedział rano do żony:
– Wiesz co, boję się trochę.
– Czego się boisz?! – zdziwiła się.
– Obudziłem się i naszło mnie przeczucie, że skończę jak Tomek Fortuna.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.