Warszawa jeszcze walczy

Koszykarze Sokoła Łańcut równie szybko zyskali 17-punktową przewagę, jak ją stracili, ale w nerwowej końcówce pokonali SKK Siedlce, 85:83.

Chyba jednak nikt z przybyłych w środowe popołudnie do hali łańcuckiego MOSiR nie miał wystarczająco wybujałej wyobraźni, aby przewidzieć taki rozwój sytuacji. Zwłaszcza że nim upłynęły dwie minuty zobaczył dwie akcje mogące pretendować do miana zagrania miesiąca I ligi. Najpierw niebanalna zamiana ról: Maciej Klima zanotował jeden z sześciu swoich dzisiejszych przechwytów (a 4 w tej części), przedryblował 3/4 parkietu i wypuścił rozgrywającego Kamila Zywerta, który po naskoku skulił się pod blokiem rywala i trafił do „dziury” o tablicę, gdy ten już przeleciał. Po chwili Marek Zywert po własnym przechwycie wyjechał dynamicznie z połowy Sokoła, popatrzył do lewego skrzydła i lewą ręką, kozłem podał w prawo, gdzie Rafał Kulikowski zapakował z rozmachem.
Do tego „trójki” i alley-up (po finezyjnym wyrzucie z autu K. Zywerta) Bartłomieja Karolaka, dwie dobitki i „czapa” Adriana Warszawskiego, rajdy Kulikowskiego. 9:0, 17:4 i 27:10 po pierwszej odsłonie. Zabawa.
– Sądziliśmy, że dalej też pójdzie łatwo. Za bardzo na luzaku wyszliśmy na drugą kwartę. Przestaliśmy szybko biegać do ataku – przyznaje Warszawski.

Gospodarze słabiej bronili, pudłowali z otwartych pozycji, a poczynania siedlczan zdynamizował Kamil Czosnowski, który dopiero wtedy po raz pierwszy pojawił się na boisku. Trudni do zatrzymania w „pomalowanym” byli Rafałowie, Król i Rajewicz, na co tablica wyników odpowiadała im uśmiechem – 27:15, 31:22, 37:34 (to po runie 10:0), 44:37. Jedyne wyraźne aktywa miejscowych to cztery „trójki”: Warszawskiego, Karolaka, M. Zywerta i Klimy.
W pierwszy weekend czerwca Karol Obarek uczestniczył w campie zorganizowanym przez Sokoła, nie znalazł jednak uznania i ostatecznie wylądował w SKK. – Mieszkaliśmy wtedy w jednym pokoju w hotelu, przegadaliśmy sporo, bardzo w porządku gość – wspomina „Warszawa”. – Dzisiaj widać było, jak strasznie chce się pokazać.
Karol był pobudzony, jak zgalwanizowany; już na starcie drugiej części zdobył pięć „oczek”, w trzeciej dołożył kilkanaście kolejnych. Defensywa chwilami traciła go nawet z radarów, finalizował kontrami własne przechwyty, a do rzutu za trzy składał się w mgnieniu oka. Kiedy przymierzył tak z prawego narożnika, dał swojemu zespołowi pierwsze dzisiaj prowadzenie, 51:49, a gdy trafienie z obwodu dowartościował dwoma osobistymi – drugie (58:57).
Po pół godzinie było 61:61, a i później nie zanosiło się na rozstrzygnięcie, wszak przyjezdni niwelowali straty. 71:63 – 71:70, 73:70 – 73:75 – 76:75.

Świetnie dysponowany był – wybrany MVP – Bartek Karolak, legitymujący się 50-procentową skutecznością zza linii 6,75 m (6 z 12), ale zwycięstwa Sokoła chyba nie byłoby, gdyby nie Adrian Warszawski, który trzy poprzednie konfrontacje kończył z zerowym dorobkiem. Dzisiaj zaliczył najokazalszą zdobycz w sezonie, trzykrotnie wyższą niż jego dotychczasowa średnia. – Cieszę się, że odbiłem się od dna. Mam nadzieję, że tak będzie częściej, bo drużyna bardzo potrzebuje zmienników – zwierza się -„Warszawa”. – Jesienią długo bolał mnie bark, wyleczyłem go, niedawno skręciłem kostkę, też doszła do siebie, a dzisiaj już od rana dobrze się czułem.
Jego przypadki pokazują, jak niewiele dzieli w baskecie euforię od rozpaczy. Wszak Karolak i Marek Zywert nieszablonowo, ale skutecznie zwieńczyli dwutakty na 3 metry od kosza, jednak Król celnie rzucił z 10 metrów, Czosnowski zaś – z siedmiu, za to w ekwilibrystycznej pozycji. Na 8,5 s przed syreną było 85:83, a trener miejscowych, Dariusz Kaszowski wziął czas i przeniósł akcję na połowę przeciwników. Adrian pokazał się w „trumnie”, dostał piłkę, energicznie wyskoczył do wsada i… powiesił się na obręczy. Desperacka próba Króla w ostatniej sekundzie była jednak nieudana.
– Szkoda gadać – macha ręką „Warszawa”. Rozchmurza się trochę słysząc porównanie do napastnika, który marnuje wiele „setek”, ale z faktu, że je ma można czerpać nadzieję, iż w przyszłości przekuje je w gole. Niespełna 22-letni skrzydłowy Sokoła, który trzy sezony spędził w szatni ekstraklasowego Anwilu Włocławek, również ma dużą łatwość dochodzenia do pozycji. – Nie podłamuję się niepowodzeniami, wcześniejszymi słabszymi występami. Jestem pierwszy rok w I lidze i wierzę, że będę prezentował się coraz lepiej – przekonuje.
Jego i kolegów czeka trudny okres. Już w najbliższą sobotę, o g. 19, zmierzą się w Tychach z konkurentem do miejsca w czołowej czwórce, a 3 marca, o g. 18, podejmą wicelidera, Jamalex Polonię Leszno.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – SKK Siedlce 85:83 (27:10, 17:27, 17:24, 24:22)
Sędziowali: Damian Myszka, Grzegorz Szeremeta i Krzysztof Krajewski. Widzów: 350.
SOKÓŁ: Karolak 25 (6×3, 2 prz.), Klima 13 (1×3, 6 prz., 5 as.), M. Zywert 12 (2×3, 7 zb., 4 as.), Kulikowski 10 (11 zb., 2 prz.), K. Zywert 10 (5 as.) oraz Warszawski 12 (2×3, 4 zb.), Włodarczyk 3 (5 zb.), Inglot, Parszewski. Trener: Dariusz Kaszowski.
SKK: Król 22 (3×3, 5 zb., 2 prz.), Rajewicz 11 (6 zb.), Wróbel 6 (7 zb., 5 as.), Lewandowski 4, Migała oraz Obarek 20 (4×3, 2 prz.), Czosnowski 13 (1×3, 6 as.), Nędzi 4, Stefanik 3 (1×3, 8 zb.). Trener: Mirosław Spychała.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.