Wawelskie Smoki dały ognia

W porywającym stylu koszykarze Wisły Kraków wywalczyli prawo występów w fazie finałowej II ligi, pokonując Polonię Warszawa 79:62. Zapewnili sobie najwyższe miejsce od czasu powrotu do rozgrywek centralnych w 2007 roku.

Chyba tylko purystów taktycznych, nie zachwyciłby taki mecz. Dwie młode, żywiołowe drużyny, unoszone fantazją i zrzucające co rusz gorset założeń. Na trybunach żywiołowy doping, przy liniach szalejący trenerzy. I stawka, trochę nietypowa. Piąte miejsce po rundzie zasadniczej daje udział w rundzie o awans do I ligi, wraz z czterema innymi zespołami z grupy B i pięcioma z grupy A. Zajmowała je do dzisiaj Polonia, mając punkt przewagi nad Wisłą, którą zwyciężyła u siebie różnicą 14 „oczek”. Traf chciał, że obie zmierzyły się przy Reymonta w ostatniej kolejce, a „Biała Gwiazda”, aby wyprzedzić „Czarne koszule” musiała wygrać z nimi przewagą co najmniej piętnastu „oczek”.
Dziesięć odrobili w ciągu 4 minut, zanim ponadstuosobowa grupa fanów zdążyła zaprezentować pełnym głosem cały repertuar przyśpiewek. Zdeprymowani goście pudłowali nagminnie, krakowianie odbierali im piłkę, Rafał Zgłobicki robił z niej użytek. 10:0, Marek Popiołek wkrótce po wejściu przerwał im „trójką”, ale wyniku znacząco nie zaburzył -10:3, 15:3, 16:4, 16:10, 20:10. Przewaga byłaby większa, gdyby miejscowi nie spudłowali dziewięciu z 16 osobistych.
Swoje obydwa wykorzystał za to wtedy powracający po urazie kostki Kacper Majka, który przypomniał, że rutyna nie jest prostą wypadkową doświadczenia. Na 0,8 sekundy przed końcem pierwszej kwarty wybijał aut spod kosza rywali, rzucił piłką w plecy jednego z nich, dopadł jej zanim się zorientowali i przy akompaniamencie buzzera trafił półhakiem.

W drugiej części, tak jak i wcześniej, gospodarze wychodzili pressingiem aż na połowę rywali, którzy jednak raz oszukali ich zonę blisko 20-metrowym podaniem. Odrobili też część strat – 23:17, 25:21, 31:25 – bo wiślacy pudłowali już nie tylko wolne, ale i z obwodu. Regres powstrzymał Jakub Żaczek, jedną akcję zaczynając blokiem w defensywie, a finalizując egzekucją w ataku, a w innej oszukując obrońców trzema obrotami na jednej nodze. 34:25, a przed przerwą jeszcze dwa błyski: Adriana Kordalskiego, szarżującego wzdłuż linii końcowej i z kozła prawą ręką płynnie przechodzącego na lay up lewą oraz Kamila Kolbera zaraz potem wnoszącego piłkę do „dziury” na prawej ręce, lewą oparłszy na przeciwniku. 36:27.
Chwile po przerwie należały wprawdzie do Piotrowskiego (wjazd i „trójka”), wcześniej wiele czasu spędzającego w rezerwie na liczeniu przewinień, ale od 41:29 zaczął się koncert Popiołka, występującego od niedawna po ciężkiej kontuzji. Już wcześniej wprowadzał spokój w poczynania przyjezdnych, a z czasem coraz mocniej wspierał ich punktowo. Dość powiedzieć, że kiedy na tablicy zaświeciło się pierwsze dzisiaj prowadzenie Polonii – 43:44 – miał na koncie 20 „oczek”, przy rewelacyjnej, 80-procentowej skuteczności (po 4 z 5 za dwa i za trzy).
Fakt, że Majka tuż przed upływem 30 minut nabrał go na faul przy rzucie za trzy i wykorzystał dwa z trzech osobistych, dawał tylko nadzieję na honorowe zamknięcie sezonu zasadniczego. 50:49.

Tak jak Popiołek wpływał na stołecznych tonizująco, tak Kolber działał na swój zespół elektryzująco. Czwarta kwarta zaczęła się od trzech jego osobistych i szeregu interwencji obronnych, powielanych przez kolegów. W 35. minucie zrobiło się 62:49 po akcji 2+1 Sebastiana Dąbka, który licytował sam ze sobą – do finezyjnego wjazdu dołożył pierwszy wcelowany tego popołudnia wolny.
Przed tą serią doszło do symbolicznego zdarzenia: Popiołek spudłował „trójkę”, piłka wróciła mu pod nogi, złożył się po raz kolejny, ale zrezygnował pod presją rywala i po dwóch kozłach spróbował z półdystansu – również nieskutecznie. Póki co jednak goście, na czele z Konradem Karpińskim i Tomaszem Jaremkiewiczem, znowu zmniejszyli różnicę – 62:54, 67:60 – choć ich trener, Andrzej Kierlewicz twierdził później, że już wtedy pojawiały się symptomy ostatecznego niepowodzenia.
– Kluczem było wstrzymywanie naszych ataków po rozbiciu ich zony i czekanie na grę pięciu na pięciu – analizował. – Namawiałem ich, żeby rzucali, ale oni w ten sposób starali się zachować korzystny wynik. To taki odpowiednik gry na czas w piłce nożnej? Coś w tym rodzaju.

Świetny dziennikarz krakowskiego „Tempa”, Jerzy Wicherek w latach 90., złośliwie-krytycznie- nostalgicznie, ale konsekwentnie, tytułował koszykarzy Wisły: p.o. (pełniący obowiązki) Wawelskich Smoków. Dzisiaj sportowa sytuacja seniorów jest jeszcze gorsza niż wtedy, jak dalej rozwiną się zdolności wiślaków zależy od nich samych i ich szkoleniowców, ale charakterologicznie mogą stawać do porównań.
Nie załamali się, kiedy spadł za pięć przewinień ich lider Mateusz Piotrowski, nie załamali się, kiedy mimo wysiłków (2+1 Majki, pressing na 3/4 boiska) do finału pozostawała coraz mniejsza ilość sekund, a różnica ciągle wynosiła 11-12 punktów. Wreszcie, na 17,1 s przed końcem Kolber 1 osobistym zwiększył ją do 75:62. Jednego dołożył też Majka (76:62 na 12,1 s) i cały czas z kolegami mrozili warszawian w defensywie.
Zgłobicki wykorzystał tylko pierwszego wolnego, ale na tablicy świeciło się już upragnione 77:62 i 10 sekund brakowało do upływu 40 minut, a Kolber i Żaczek wyszarpali piłkę po jego pudle. Ten drugi został sfaulowany i tym razem wyegzekwował oba  osobiste. 79:62, goście zdążyli w ciągu 5,9 sekundy skonstruować akcję, a Popiołek oddał rzut za 3. Nie trafił, złapał piłkę po syrenie i wykopnął ją z wściekłością pod sufit.

A w hali trwała feta zawodników i odpalających ognie fanów. Piąte miejsce zajęte w tym sezonie jest najwyższym, odkąd drużyna seniorów wychynęła z nicości, w 2007 r. awansując do II ligi. A praktycznie – najwyższym od dziesięciu lat, kiedy przestała istnieć ekstraklasowa Wisła Platinium.
Szacunek dla nich: tak jak w ubiegłą niedzielę dali ciała i wypuścili zwycięstwo, tak teraz, przy jeszcze większym obciążeniu, utrzymali taki mecz! To ma kolosalne znaczenie, jeszcze im to powiem – szkoleniowiec krakowian, Łukasz Kasperzec nie mógł z siebie wydobyć wiele więcej od schrypniętego szeptu. Nawiązywał do innego dreszczowca, sprzed sześciu dni, który opisywaliśmy TUTAJ. Jego podopieczni, mimo porażki pokazali wtedy, że są w stanie rywalizować także z silniejszymi zespołami. Teraz będą mieli samych takich przeciwników, faza finałowa będzie też dużo kosztowniejsza, a przystąpią do niej bez szans walki o awans.
– To wszystko są kwestie drugorzędne. Słyszy pan, co tam się dzieje? –  Kasperzec pokazywał na ścianę pokoju trenerskiego, za którą zawodnicy krzycząc i skacząc roznosili szatnię w posadach. – Oni teraz wiedzą, że właśnie po to zasuwali tyle przez pięć miesięcy. Dla takich chwil jak dzisiaj warto ćwiczyć i grać!
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – POLONIA Warszawa 79:62 (20:10, 16:17, 14:22, 29:13)
Sędziowali: Adam Kołoszewski i Mariusz Godek. Widzów: 300.
WISŁA: Zgłobicki 18 (2×3, 3 prz.), Żaczek 17 (10 zb., 2 prz., 2 bl.), Piotrowski 12 (1×3, 10 zb., 2 prz.), Dąbek 5, Czajka oraz Kolber 14 (1×3, 8 zb.), Majka 11 (4 zb.), Urbanek 2 (6 zb.), Rerak, Gębala, Rachelski. Trener: Łukasz Kasperzec.
POLONIA: Kordalski 13 (7 zb., 5 as. 2 prz.), Słoniewski 6 (9 zb.), Karpiński 4, Wierzchowski, Bielecki oraz Popiołek 21 (4×3, 5 zb., 2 prz.), Jaremkiewicz 9 (1×3, 5 zb.), Wiszomirski 7, Jagiełło 2, Pietkiewicz. Trener: Andrzej Kierlewicz.

Komentowanie zablokowane.