Widoki z bocianiego gniazda

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 23 marca 2001 roku

9 marca. Późne, piątkowe popołudnie w centrum Wisły. W pizzerii na ekranie telewizora króluje „Fiorella”. Z wybiciem godziny 18 zgrabna kelnerka zmienia kanał. Przygody ślicznej służącej, wplątanej w intrygi wielkiego szlacheckiego rodu, schodzą na dalszy plan, bo rozpoczyna się dziewiętnasty odcinek innego serialu. Ciemne oczy dziewczyny śledzą teraz zmagania skoczków w Pucharze Świata, od swoich zajęć odrywa się kucharz, dotąd nonszalancko podrzucający kawałek ciasta.

Najważniejszym miejscem w Wiśle od pewnego czasu jest jednak inny lokal. Przecież tylko do, położonego w dolince Kopydło, Baru Brackiego „U Bociana” regularnie przychodzi na piwo dziadek Adama Małysza, jego rodzice, wujkowie, szwagier. To tutaj zawiązał się fan-club skoczka. Od niedawna, jak do Mekki, pielgrzymują tu turyści i wczasowicze, żeby zobaczyć jak wygląda miejsce, którym interesuje się cała Polska. – Miejscowi chodzą do baru przez cały czas, od rana do wieczora – mówi Tadeusz Ficek, który prowadzi interes wspólnie z Zofią Pilch („Ona jest szefową, ja tu tylko sprzątam”). – Gdy jest „suchy” dzień, zjawia się po trzech, pięciu w godzinę. Kiedy jest konkurs zbiegają się wszyscy w czasie transmisji. Ludzie tu przychodzą, żeby się spotkać, porozmawiać o skokach, a nawet w spornych sytuacjach wziąć się za łby. Ale na zdrowych zasadach – jak w dobrym małżeństwie.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Ostatnio pojawia się wielu turystów. Dzisiaj przed konkursem przyjechali w dwunastkę, busem z siedlecką rejestracją. Po chwili dojechały dwa samochody po cztery osoby. Stąd jeszcze nikt nikogo nie przegonił, ale dzisiaj musiałem wywiesić na drzwiach tabliczkę „zarezerwowane”. Byli trochę zawiedzeni, ale nie dało się nic zrobić.  Musimy uszanować stałych klientów, którzy kilka dni przed konkursem proszą o zarezerwowanie stolika.

 ***

Pomieszczenie jest niewielkie – siedem drewnianych podłużnych stołów, przy każdym po dwie ławy. Kilkanaście osób siedzi na porozstawianych wszędzie plastikowych krzesełkach. Dwa telewizory, podwieszone pod sufitem w przeciwległych rogach baru, zapewniają wszystkim obecnym doskonały odbiór spektaklu odbywającego się w Trondheim. Adam Małysz patrzy na wszystkich od baru z kolorowego plakatu. Na jednej ze ścian wiszą zdjęcia polskich skoczków z autografami. Pomiędzy nimi przypięte dwie narty firmy Elan. – To jedne z pierwszych desek Adama – wyjaśnia Ficek. – Na górze, w domu mam jeszcze jedne. Nie ma na nie ceny.

Na twarzach ludzi nastrój radosnego oczekiwania. W Trondheim kaprysi pogoda, konkurs jest przerwany. Blondynka o ciepłym uśmiechu poprawia makijaż, dwudziestoletni chłopak w stroju narciarskim, z ręką na temblaku, pogryza leniwie orzeszki. Na jednym ze stolików stoi zapieczętowana butelka szampana. To dzisiaj Małysz ma zapewnić sobie zwycięstwo w Pucharze Świata. – Tylko mi tu nie nachlapcie – Ficek żartobliwie grozi palcem dwóm młodym parom.
Nie ma obawy, my kulturalnie, koreczek do góry i po wszystkim – uspokajają go.

To nie walka Gołoty

Mirek Wrzecionko, Paweł Byrt i Adam Podżorski znają się niemal „od zawsze”. Dwaj pierwsi wychowywali się na Kopydle, Adam w pobliskim Łabajowie. Grali razem w piłkę, skakali na nartach biegówkach z własnoręcznie robionych skoczni. Mirek do dzisiaj grywa w piątoligowym KS Wisła. Paweł trenował w klubie skoki, ale musiał przerwać karierę, kiedy na zawodach uczniowskich złamał nogę. Wszyscy są o kilka lat starsi od Adama, widywali go w szkole i dzielnicy, a w 1996 roku zaczęli jeździć za nim do Zakopanego na konkursy Pucharu Świata i mistrzostwa Polski. Adam Podżorski ożenił się i zamieszkał w podwiślańskim Koniakowie, jest bezrobotny. Mirek i Paweł pracują jako hotelowi recepcjoniści. Od kilku lat chodzą „do Bociana” na piwo, a przed dwoma miesiącami wpadli na pomysł założenia fan klubu Małysza z siedzibą w barze. – Tadek potrafił „skumać sobie” ludzi – mówi Mirek. – Zawsze panowała u niego świetna atmosfera, można się było spotkać i cieszyć z sukcesów Małysza.

***

Zaczyna się konkurs. Do lokalu wchodzi spóźniony mężczyzna z przewieszoną przez ramię skórzaną torbą. Wygląda jakby dopiero co wyszedł z pracy. Siedząca pod ścianą z autografami piątka wczasowiczów nie jest tak zagoniona. Troje ma na głowach barwne, fantazyjne czapki ze zwisającymi po bokach pięcioma ogonkami. Jedna z dwóch kobiet przyczepiła sobie na czole breloczek z podobizną Adama. Obok rezyduje fan klub. Chłopaki z Kopydła komentują poszczególne skoki. – Widzisz jak się złożył na narty. O, teraz.
Na belce siada Robert Mateja, drugi z Polaków uczestniczących w konkursie, wywołując spore poruszenie. Spada jednak tuż za bulą. – Chłopie, czyś ty powariował? – mężczyzna w czerwono-zielonej czapce uderza się rozgłośnie po udach. Mirek Wrzecionko kryje twarz w dłoniach.

Członkowie fan klubu rozpoznają bezbłędnie wszystkich zawodników. – Patrzcie, Kaiser. To ten co wygrał Puchar Kontynentalny w Zakopanem. – Władek, Władek – to na widok wyróżniającego się charakterystyczną, podłużną twarzą Martina Hoellwartha. Daleko skacze – dopingowany okrzykami „Goldi! Goldi” – Andreas Goldberger. Podobnie Veli-Matti Lindstroem. – Ci Finowie ciągle wynajdują takich młodych, dobrych skoczków – mówi Paweł Byrt.
Następni zawodnicy prezentują się jednak kiepsko. – Coś się dzieje. To wszystko przez wiatr – kręci głową Mirek. Rośnie niepokój, w jakich warunkach będzie skakał Adam, żarzy się coraz więcej papierosów. Jeden z mężczyzn wychodzi do ubikacji. – Zostań, bo przegapisz – zatrzymują go. – Spokojnie, to nie walka Gołoty, żeby się miało zaraz skończyć – odpala.

Wreszcie przychodzi kolei na dwóch głównych aktorów mijającego sezonu. Nikt nie ma czasu cieszyć się z niepowodzenia Martina Schmitta, bo z progu wybija się Małysz. Wszyscy wstają, rytmicznie klaszcząc i skandując imię skoczka, aż do momentu lądowania. 116 metrów i czwarte miejsce po pierwszej serii! Mirek Wrzecionko podnosi zaciśniętą pięść w geście identycznym, jaki od dwóch miesięcy regularnie prezentuje Apoloniusz Tajner. – Siala lala, sialalala – śpiewa wczasowicz z Sosnowca i za moment krzyczy: – Na cześć Adama – hip-hip, hura! Hip-hip, hura! Na cześć Wisły – hip-hip, hura!
Potem przysiada i wydobywa telefon komórkowy. Zatykając jedną dłonią ucho (zgiełk na sali nie maleje), mówi do aparatu: – Widziałeś jak dołożył temu Schmittowi. A co tam Magda? Też ogląda skoki?

Glory, glory, Alleluja

Honorowym prezesem fan klubu jest ojciec Adama – Jan Małysz. Wiceprezesem „urzędującym” Piotr Sarzec, który niedaleko baru ma warsztat stolarski. Stronę internetową fan klubu stworzył właściciel agencji wydawniczo-reklamowej Mirosław Czyż. Kiedyś był w harcerstwie komendantem chłopaków z Kopydła. Uczył też muzyki w miejscowej szkole. – Na obozach harcerskich grałem na gitarze i śpiewałem – wspomina. – W szkole nie było nauczyciela muzyki, więc przyjęli mnie. A jak uczył się Adam Małysz? Jak każdy…
No, przyznaj się, jaką ocenę mu dałeś – prowokuje Mirek Wrzecionko.
Tego już nie pamiętam. Zresztą dobrze wiesz, jaka to była muzyka. Adam był zawsze cichy. Taki trochę zahukany chłopak. I pozostał cichy.

Na stronie internetowej fan klubu figurują porównania konkursów, wykresy, galeria zdjęć. – Staramy się zebrać jak najwięcej materiałów z dzieciństwa Adama – opowiada Mirek. – Prosimy o zdjęcia kolegów, którzy chodzili z nim do szkoły. Ostatnio załatwiłem zdjęcie z przedszkola, na którym Adam jest z całą grupą dzieci, i ze szkoły – z drugiej klasy. Znalazłem też zdjęcie trzyletniego Adama, jak tato go ciągnie na sankach. To idzie w świat przez internet.

Kiedy Mirek Wrzecionko grał w juniorach KS Wisła, Adam Małysz był członkiem drużyny trampkarzy. Oba zespoły jeździły razem na mecze. – Adam był najmniejszy, a i tak się wyróżniał, grał w pomocy i był strasznie „wybiegany”, świetny kondycyjnie – wspomina. – Z takiej małej miejscowości przebić się w piłce jest ciężko, bardzo ciężko. Dobrze zrobił, że zaczął skakać. Zawsze mu kibicowaliśmy, ale to co się teraz dzieje przeszło nasze najśmielsze sny.

Znamy się dość dobrze, bo nasze siostry się kolegowały. Adam nawet po sukcesach pozostał normalny. Przyjechał do Wisły i zwyczajnie się z nim rozmawiało. Miał marzenia, takie jak my wszyscy – o samochodach. Za pierwsze pieniądze kupił sobie malucha, potem inne auto. Nigdy nie był gwiazdą, nigdy nie mówił: „Śpieszę się, nie mam dla ciebie czasu”. Zawsze był sobą i dzisiaj jest tak samo.

***

Zwycięstwo Małysza w Pucharze Świata jest już prawie pewne. Zaczyna się mająca dopełnić formalności druga seria skoków. Ficek i pani Zofia uwijają się za barem. – Panie Tadku, pięć piw, w tym dwa z sokiem – dysponuje mężczyzna w średnim wieku. Dwudziestokilkuletni Romek z Opola przysiada się do grupy dwukrotnie starszych wczasowiczów. Rozmawia z kobietą w czerwono-czarnej czapce ze sterczącymi wokół rogami. – A ten tam czaruje – jego dziewczyna zazdrośnie wychyla się nad drewnianą ścianką dzielącą boksy. – To i ty chodź do nas – nawołuje jeden z wczasowiczów.
Temperatura rośnie. Romek wyjmuje „komórkę” i dzwoni do znajomych. – Będą was słuchać w Opolu – obwieszcza chłopakom z fan-clubu. Powtarza się tumult z pierwszego skoku Małysza. A Adam leci i leci, prawie bez końca, uzyskując niewiarygodny rezultat – 138,5 metra. Na ekranie Tajner trzyma się za głowę. „U Bociana” ogólny szał.

Wszyscy krzyczą, ławki, bardziej niż do siedzenia, nadają się, żeby na nich stać. – Cicho, cicho, zostało jeszcze trzech zawodników – uspokaja nerwowo wujek Adama, Jerzy Małysz. Chwila napięcia i można sobie pofolgować. Szampan rzeczywiście tryska kulturalnym strumieniem, wczasowicz z Sosnowca ponownie intonuje: „Na cześć Adama – Hip, hip, hura„. Chóralne „Sto lat” przeradza, się w piosenkę: „Adam Małysz naszym przyjacielem jest, jemu chwała, jemu cześć. Glory, glory, Alleluja, na Adama nie ma…” Ostatnie słowo dosadnie określa, że Małysz od dłuższego czasu nie znajduje godnego siebie rywala.
Euforia nie gaśnie, jedna z kobiet wywija szalikiem przed nosem swego partnera. Ten ją strofuje: – Przestań, szalik powinien być biało-czerwony.
Czas też przepłukać zmęczone gardła. Wczasowicz z Sosnowca nalewa do szklaneczek mineralną. – Nie jest to wprawdzie Red Bull, ale też się nada.
Tadeusz Ficek pokrzykuje zza baru: – Tak się bawi, tak się bawi, Ko-py-dło. Odpowiada mu Jerzy Małysz: – Tak się bawią, tak się bawią „U Bociana”.

Romek przysiada się do chłopaków z fan klubu. – Wiecie co? Ja tak lubię góry, że aż nauczyłem się waszej gwary – mówi zabawnie zaciągając na ostatniej sylabie. – Ta twoja gwara bardziej przypomina kaszubską, niż góralską – pokpiwa z niego przyjaźnie Czyż.
Wracają wspomnienia mniej sympatycznych chwil z kariery Małysza. – Dwa lata temu nawet w Wiśle byli ludzie, którzy Adama mieli tutaj – jeden z chłopaków z fan klubu uderza dłonią w zgięcie drugiego ramienia. – Ale my zawsze trzymaliśmy za niego kciuki. – To wszystko przez tego Czecha, on go o mało nie zniszczył – dorzuca Paweł Byrt.
W telewizyjnych wiadomościach pierwszy wywiad z Adamem. Wyznanie, że w trakcie drugiego skoku nie wiedział, czy w ogóle wyląduje, wywołuje wybuch gromkiego śmiechu. – To jest gość – mówi rozmarzonym, drżącym głosem szwagier Małysza – Adam Pilch, podnosząc go góry kciuk. Za moment ociera wierzchem dłoni łzy płynące mu po policzkach.

Nie wytańczony wybrzmi bal

Tadeusz Ficek urodził się w Katowicach, był niezłym bramkarzem „Gieksy” w czasach Olszy, Pluty, Furtoka, Zająca. Nie dało się jednak wygrać rywalizacji z doskonałym Franciszkiem Sputem, więc w 1983 roku przeniósł się do Szombierek Bytom. Po zakończeniu kariery „racje serca” – jak sam mówi – przywiodły go do Wisły, na Kopydło. Tutaj z bliską wspomnianemu sercu Zofią Pilch od dziewięciu lat prowadzili dom wczasowy z piwiarnią. W 1998 roku przenieśli bar do nowo wybudowanego domu. Po wykończeniu go planują założenie pensjonatu.

Ficka urzekła panująca w „dziedzinie” rodzinna atmosfera, spotkania na dworze przy piwku, gra w siatkówkę, pieczenie kiełbasek przy ognisku, kibicowanie na meczach amatorskich, dzielnicowych drużyn piłkarskich. Zyskał sobie przyjaźń miłych, prostych mieszkańców Kopydła. Rzemieślników; właścicieli warsztatów stolarskich, murarskich, elektrycznych, dekarskich. – Bywało, że przy ognisku zasiedzieliśmy się do trzeciej w nocy, bo w dobrym towarzystwie człowiek nie wie, kiedy czas ucieka. Tutejsi ludzie mawiają, że są „stela” – stąd. Ja też czuję, że jestem „stela”.
Pan Tadek nawet w chwilach największego kryzysu wierzył, że sukcesy Małysza wrócą. – Jesienią rozmawiałem z doktorem Blecharzem i Polem Tajnerem. Mówię im: „Wydaje mi się, że ten sezon będzie udany dla Adama”. Doktor uśmiechnął się pod wąsem i odpowiada: „Robimy wszystko, żeby tak było”. A ja myślę, że on dopiero zaczął iść do góry.

***

Robi się późno. Zbiera się Adam Podżorski, który musi przemierzyć kilka kilometrów do Koniakowa. Jego śladem podążają wczasowicze i turyści, zostają stali bywalcy baru. O 22. pojawiają się rodzice Adama – Ewa i Jan Małyszowie. Po chwili do ich stolika podchodzi zwalisty mężczyzna. – Przepraszam, że przeszkadzam – mówi z nieśmiałością nie licującą z jego wyglądem. – Przyjechałem tu zza miedzy, ze Szczyrku. Chciałbym państwu pogratulować wspaniałego syna. Jesteście najlepsi! Wisła jest najlepsza! Szczyrk jest dobry, ale Wisła jest najlepsza!
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj