Witajcie w gorszych czasach

– W ubiegłym sezonie przegrały tu Winiary Kalisz, a potem wywalczyły mistrzostwo, więc liczę, że z nami będzie tak samo – mówił w Myślenicach w grudniu 2005 roku, trener Muszynianki, Bogdan Serwiński. Jego drużyna, bez przekąsu nazywana „dream teamem” właśnie została dotkliwie upokorzona przez miejscowy Dalin. Nie pomogła trójka mistrzyń Europy: Joanna Mirek, Milena Rosner, Natalia Bamber oraz była rozgrywająca RC Cannes – Monika Smak, podobnie jak wcześniej – pod wodzą Igora Prielożnego – nie dały rady Anna Barańska, Lena Dziękiewicz, Agata Sawicka, Agata Żebrowska.

Wtedy można było pokpiwać sobie z marnych pociech współtwórcy sukcesów zespołu znad Popradu (wszak już rok wcześniej poległ w Myślenicach, a mistrzostwa nie zdobył), później okazało się, że miał rację. Po paru miesiącach Muszynianka paradowała w blasku złotych medali, a jej odwieczny przeciwnik (rywalizacja ta obrosła wiele kontrowersji, poczynając jeszcze od Serii B) – Dalin – w chwale zespołu, który kreuje mistrzów, spuszczając im lanie. I ze zdolnością do lansowania anonimowych zawodniczek na klasowe siatkarki. Karolina Kosek, Magdalena Saad, Dorota Ściurka, Ewelina Dązbłaż, Sylwia Wojcieska, Karolina Olczyk – tylko pierwsza z nich była wychowanką Dalinu, ale ekstraklasowe szlify i uznanie zawdzięczają mu wszystkie.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Nigdy nie było takiego momentu, w którym postanowiliśmy awansować od III ligi do Serii A – zastrzega Krzysztof Murzyn, wiceprezes Dalinu ds. siatkówki, który kilkanaście lat temu wraz Jerzym Kasperczykiem (współwłaścicielem koncernu Maspex) i Jarosławem Koskiem zaczął budować podstawy organizacyjno-finansowe dla wyczynowej drużyny. – Pod koniec lat 90. mieliśmy w Dalinie grupę utalentowanej młodzieży, chcieliśmy ją tylko nieco wzmocnić, żeby mogła wejść do II ligi. I po każdym kolejnym awansie postępowaliśmy podobnie; nigdy nie patrzyliśmy dużo dalej niż na następny sezon.
Prawie jak w piosence – było ich trzech, każdy miał co innego zaoferowania, ale cel przyświecał im wspólny. – Uzupełnialiśmy się: Jarek Kosek miał wizję, Jurek Kasperczyk pieniądze, a ja siłę i ochotę do czarnej roboty organizacyjnej, tej „murzyńskiej” – śmieje się Krzysztof.

Obiady Czwartkowe u Króla Bicza

Mieli też siłę do pełnienia zgoła niecodziennej roli. Chyba w żadnym klubie nie zdarza się, żeby działacze i sponsorzy grali przeciwko swojej drużynie inaczej, niż w dorocznym meczu pokazowo-charytatywnym. W Dalinie w każdy czwartek rozgrywali sparing z siatkarkami. – Jurek Bicz potrzebował przeciwników, którzy nie są za dobrzy i nie porozbijają dziewczyn, a jednocześnie są na tyle wyszkoleni, żeby nie zrobić im krzywdy w inny sposób, na przykład spadając na nogę pod siatką – opowiada wiceprezes.
Oni nadawali się w sam raz – w latach 80. grali na poziomie trzeciej ligi lub juniorskim. Wygrywanie z dziewczynami skończyło się wprawdzie, gdy te awansowały do Serii B, ale przydatni byli zawsze, choćby do ćwiczenia wariantów taktycznych. Murzyn do dziś z rozrzewnieniem wspomina, gdy przez pół godziny miał za zadanie atakować po skosie dokładnie tak jak Milena Rosner. – Często walka robiła się zacięta i nie wstrzymywaliśmy ręki. Madzia Saad straszne strzały odbijała – przekonuje Krzysztof, którego w latach kariery koledzy nazywali „myślenickim wbijaczem gwoździ” („Kiedy miałem podwójny albo potrójny blok, to zawsze go przełamałem, ale przy wyczyszczonej siatce tak się >grzałem<, chciałem przyładować w drugi metr, że zwykle ściągałem piłkę w taśmę„).
Po każdym sparingu drużyna męska spotykała się w domu trenera, w celach – oględnie mówiąc – towarzysko-konsumpcyjnych… – Nazywałem to zawsze „Obiadami Czwartkowymi u Króla Bicza” – śmieje się Murzyn. – Ta tradycja trwa już jedenaście lat i do dziś potrafimy przed „obiadem” wyjść na parkiet i zagrać z drużyną ligową!

Cierpliwość, wyrozumiałość, dyplomacja nie były wybijającymi się cechami działaczy Dalinu… Presja na zawodniczkach i trenerach wywierana była niemal codziennie, chwilami zdarzały się grubsze awantury. – My po prostu żyjemy tym, czasami za bardzo się denerwujemy, ale myślę, że dzięki temu jest większa mobilizacja zespołu – tłumaczył nie bez racji Kosek, któremu zdarzało się podczas meczów wbiegać na boisko.

Mniej sensu było za to w cyklicznym poszukiwaniu trenerów „z nazwiskami”, którzy jednak zazwyczaj się wykruszali (jeden zrezygnował nawet jeszcze przed rozpoczęciem przygotowań…), podczas gdy świetną prace wykonywał nauczyciel wuefu z miejscowej szkoły średniej – Jerzy Bicz. Stał za nim na szczęście Kasperczyk, dla którego przed laty był ulubionym nauczycielem, a ostatecznie sam trener bronił się dużą wiedzą praktyczną, zmysłem w prowadzeniu drużyny, a przede wszystkim – wynikami. – Tu nie chodziło o zwalnianie Jurka, ceniliśmy go; po prostu szukaliśmy też innych wzorców szkoleniowych dla urozmaicenia zajęć – uśmiecha się z lekkim zawstydzeniem Murzyn. – Zawsze zresztą powtarzałem, że jest on jednym z hojniejszych sponsorów; żaden trener w ekstraklasie nawet by nie popatrzył na tak marne pieniądze, jakie zarabiał w Dalinie.

Co druga kobieta siatkarką

W niedużej hali Szkoły Podstawowej nr 3 zawsze panowała niesamowita atmosfera: kibice kilku pokoleń produkujący trudny do wytrzymania łoskot za pomocą drewnianych deseczek nakładanych na dłonie, akompaniujący syntezator, zawodniczki broniące piłki nawet na ścianach bądź parapetach okiennych, a do tego wszystkiego spiker Stanisław Cichoń tańczący w przerwach na parkiecie i wyśpiewujący melodyjnie „Dalin do góry, Dalin do góry! Daaalin do góóóry!”
I Dalin szedł szybko wzwyż: w 2000 r. do II ligi, w 2002 do Serii B, w 2004 do Serii A.

Jego fenomen nie polegał tylko na porównaniu skali osiągnięć do rozmiarów 18-tysięcznego, powiatowego miasteczka. Za olbrzymie pieniądze zbudowano przecież z gwiazd świetne zespoły w mniejszych nawet ośrodkach. Myśleniccy działacze mieli talent do wyszukiwania zdolnych i ambitnych zawodniczek w niższych ligach. Kiedy w październiku 2004 r. Dalin debiutował w ekstraklasie, w wyrównanej konfrontacji z aktualnym mistrzem Polski, BKS Bielsko-Biała, debiutantkami było 9 z 10 siatkarek, które tego dnia wyszły na parkiet w jego barwach. Doświadczenia na tym poziomie miała tylko Agnieszka Lehman-Dybała, wychowanka wracająca na stare śmieci po 14 latach gry w Wiśle Kraków.

Świetnych wychowanek klub miał zresztą sporo. Poczynając od Anny Kosek, mamy Karoliny i żony Jarosława, która trzydzieści lat temu pociągnęła myśleniczanki do mistrzostwa Polski kadetek, później odnosiła sukcesy w Wiśle i kilku innych klubach, była wielokrotną reprezentantką kraju, a na koniec pomogła jeszcze Dalinowi w II lidze, występując u boku córki. Przez Joannę Mirek, jedną z najlepszych polskich siatkarek minionej dekady. Po Karolinę Kosek, obecną podporę kadry narodowej. Ale przede wszystkim – rzeszę zapomnianych już dzisiaj dziewczyn, które przez kilkadziesiąt lat tu trenowały i nierzadko notowały niezłe rezultaty – włącznie z awansem i kilkusezonową grą w II lidze, w pierwszej połowie lat 80., kiedy była ona bezpośrednim zapleczem ekstraklasy. – W Myślenicach co druga kobieta, na którą popatrzysz to pewnie była siatkarka – przekonuje z uśmiechem Murzyn. – Dawniej wiele z nich przychodziło na mecze.
Miasto tak przesiąknięte siatkówką stwarzało wspaniałą atmosferę wokół drużyny, wspierając ją na różne sposoby. Spiker miał problem, żeby zdążyć z wyczytaniem wszystkich najdrobniejszych sponsorów w przerwie między setami. A ostatni sezon w ekstraklasie był wprost niezwykły…

Miejsce za stówkę

W 2005 roku powstał miesięcznik „Super Volley” i jego redaktor dzwonił do mnie przed sezonem z pytaniem, jakim mamy budżet – wspomina Murzyn. – Powiedział, że ktoś tam ujawnił budżet półtora miliona, więc ja – żeby za bardzo się nie wstydzić – rzuciłem 500 tysięcy. No i później koledzy sobie ze mnie kpili, żebym dołożył 200 tysięcy, bo przecież mamy tylko trzysta. Z drugiej strony w SV ukazał się komentarz: „Dalin z półmilionowym, najniższym w lidze budżetem, jest pewnym kandydatem do spadku”…

A myśleniczanki zapewniły sobie utrzymanie na długo przed końcem sezonu, zajmując szóste miejsce po rundzie zasadniczej, niedługo powołanie do reprezentacji otrzymała Ściurka, później Saad. – Gdybyśmy weszli do czwórki, to zwołamy konferencję prasową i pokażemy rachunki na wszystkie nasze wydatki; inaczej nikt nie uwierzy, że za tak małe pieniądze zrobiliśmy taki wynik – żartowali działacze. Wkrótce jednak żarty się skończyły, a zaczęły schody nie do przejścia. Po zawodniczki, które zyskały sporą renomę zgłosiło się pół ligi, a Dalinu nie było stać na wyrównanie tamtych ofert. Nie miał też szans na pozyskanie nowych sponsorów, gdyż w małej hali Polsat nie mógł realizować transmisji telewizyjnych, stanowiących największa dźwignię reklamową.
Zapadła decyzja o odstąpieniu miejsca, które przejął AZS Białystok, beniaminek I ligi. Z około 100 tysięcy, jakie zapłacił, jedna trzecia poszła na uregulowanie drobnych długów, a reszta pomogła w spokojnej kilkuletniej egzystencji drużynie młodych wychowanek, która wtedy awansowała do II ligi. Wyszkolili ją – w tym dwie swoje córki – Elza i Paweł Wojtanowie, siatkarka i siatkarz Dalinu.

Niespełna trzy lata temu stanęła na myślenickim Zarabiu piękna i funkcjonalna hala, w maksymalnej wersji mogąca pomieścić do 2000 widzów (Murzyn: „Zbudowano ją, żeby stworzyć nam lepsze warunki do gry”…). Do anegdoty przeszły czasy, kiedy w sali SP 3 trzeba było zlikwidować rząd ławek stojących z boku boiska, po tym jak skrzydłowa idąca do ataku skręciła nogę, zawadzając o parasol jednego z widzów. Albo jak sprzedawali tylko po 299 biletów, bo mieli zgodę na organizację imprez do 300 osób, ale do sali wchodziło blisko dwa razy więcej.

Teraz miejsc jest mnóstwo i pozostają puste… Za to w 2010 roku udało się reaktywować drużynę męską, dzisiaj występującą w III lidze. Po 22 latach od rozwiązania zespołu, w którym występowali m.in. Murzyn i Wojtan. – Zrobiliśmy wtedy nabór i okazało się, że siatkówka jest popularna nie tylko wśród kobiet; zgłosiło się 30 facetów – podkreśla wiceprezes. – Wprawdzie trafiło się paru takich, którzy twierdzili, że są tak dobrzy, że nie muszą trenować… Tych pogoniliśmy od razu, ale dzisiaj ćwiczy 60 chłopaków, no i oczywiście – 100 dziewczyn. Nasi trenerzy i wolontariusze, pomagający w różnych sprawach organizacyjnych, są od lat związali z klubem, bo kiedyś w nim grali. Zgłosiliśmy drużyny młodzieżowe we wszystkich – poza jednym wyjątkiem – kategoriach wiekowych. Postawiliśmy na poszerzenie szkolenia, bo na tyle nas dzisiaj stać. A więcej? Może w przyszłym roku… Może kiedyś…

PAWEŁ FLESZAR

Ralację z meczu siatkarek Dalinu w tym sezonie można znaleźć TUTAJ

Skomentuj