Wizja zwykłego życia

Tekst ukazał się w „Gazecie Krakowskiej” z 25 maja 2007 r.

– Powtarzałam: „Rzucam wszystko, spalę buty, koszulki, mam w d… tę siatkówkę”. Teraz budzę się rano i myślę o niej. Od tego chyba nigdy nie ucieknę, ale z grą już koniec – mówi Agata Mróz.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Listopadowy wieczór 2004 roku. Zachlapana wodą podłoga i zimne światła jarzeniówek u sufitu klubowej szatni BKS Bielsko-Biała, którą przed chwilą – wśród chichotów i trywialnych pogaduszek – opuściły młode siatkarki. Została dziewczyna zupełnie różna od nich; ze swoją poruszającą szczerością i niezwykłą historią.
O siedemnastolatce, którą zachwycał się siatkarski świat. O pasji i niesamowitej ambicji, które kiedyś kazały jej wystąpić w finale ogólnopolskiej olimpiady młodzieży ze skręconą nogą. O nagłej, nie do końca rozpoznanej chorobie. O sprzecznych, ale jednakowo przerażających diagnozach, strachu przed białaczką i rakiem kości. O bezsensownej kuracji sterydowej, która skutkowała tylko dużą nadwagą, dodatkowo pogarszającą samopoczucie. O przymusowej rezygnacji ze sportu. O trzech latach apatii i pustych dniach bez nadziei. O pogodnej twarzy na pokaz dla udręczonych zmartwieniem rodziców i cowieczornych seansach płaczu pod prysznicem. O zdarzeniach, które odrzuciłby każdy hollywoodzki scenarzysta jako pomysły zbyt nieprawdopodobne: niemal cudownym wyzdrowieniu i kilkumiesięcznej drodze z niebytu od razu na sam szczyt – najwyższe podium mistrzostw Europy 2003.
W głosie Agaty Mróz brzmiało echo legendarnej piosenki Edith Piaf „Non, je ne regrette rien” – „Nie, niczego nie żałuję… wspomnieniami rozpaliłam dziś piec… zaczynam wszystko od zera„.

50 tysięcy myśli

Przyszłość przerosła marzenia. Telewizyjne czołówki pokochały jej żywiołowy wybuch radości podczas następnego zwycięskiego finału mistrzostw Europy – w 2005 r. Przerywając swój festiwal bloków i serwisów podbiegła do trenera Andrzeja Niemczyka, z rozmachem klepiąc go w dłonie. Ta dwójka po raz kolejny wygrywała prywatny mecz z losem, bo Niemczyk od lat zmaga się z rakiem węzłów chłonnych.
Rok później wyjechała do hiszpańskiej Murcii, gdzie sponsor – eksploatujący w pobliżu miasta górę marmuru – obsypywał siatkarki złotem, budując najlepszą klubową drużynę kontynentu.
Ale wtedy badania znowu się pogarszały. – Modlę się, żeby nie zwariować; choroba kłębi mi się w głowie, jestem sama daleko od domu, presja wyniku dobija – zwierzała się zrozpaczona.

– Już rok temu objawy były niepokojące, ale marzyłam, by spróbować czegoś nowego w życiu i zdecydowałam się na wyjazd – wyjaśnia dzisiaj.
Cierpi na rzadką chorobę szpiku kostnego, który produkuje zbyt mało płytek krwi. Zdrowy człowiek ma ich 150 tysięcy, Agata Mróz wróciła do wyczynowego sportu, kiedy krytyczna ilość 38 tysięcy wzrosła do 90 000. Kilka miesięcy temu liczba płytek spadła do 50 tysięcy, dziewczyna dostała też anemii.
– Kilka razy zbierałam się do powrotu do Polski – opowiada. – Powtarzałam: „Rzucam wszystko, spalę buty, koszulki, mam w d… tę siatkówkę”. Sytuacja mnie przerastała; pięćdziesiąt tysięcy myśli na minutę, a na końcu pytanie: „Czy to jest w ogóle warte takiego poświęcenia?”. Przecież nie mogłam nawet poimprezować z koleżankami, bo doszłabym do siebie po trzech dniach, a nie tak jak one – następnego ranka.

Wytrwała. Przy stałej opiece lekarskiej, ze specjalnie regulowanymi, ulgowymi obciążeniami treningowymi. Zdobyła złote medale we wszystkich trzech rozgrywkach, w których startowała z Murcią: Top Teams Cup, mistrzostwach Hiszpanii i Pucharze Królowej.
– Teraz to już koniec – twierdzi. – Przechodzę kurację witaminową, anemia się cofnęła, ale liczba płytek krwi jest ciągle tragicznie niska. Muszę uważać na siebie, dużo odpoczywać. Może kiedyś wznowę karierę, ale tylko w sytuacji, gdy całkowicie wyzdrowieję. Zresztą nawet jeśli się uda, to chyba nie będę grac przez 11 miesięcy w roku, jeździć po świecie i zdobywać wielkich laurów.

Bank dawców nadziei

Często była okrutnie doświadczana, ale zawsze miała szczęście do ludzi, którzy pomagali w trudnych momentach. – Lekarze, trenerzy, rodzina, przyjaciele, wielu ich – przytakuje. – W Murcii mieliśmy świetnego masażystę, który codziennie rano pytał: „Agata – wyspałaś się?”, „Agata – smakowało ci śniadanie?”, Agata to, Agata tamto – zagadywał. A kiedy tylko zaczynałam się krzywić, zaraz mnie rugał. Niewiarygodne, jak coś takiego podnosi na duchu.
Cieszy ją każdy przejaw sympatii, czy to policjanta z drogówki darującego mandat, czy kilkunastu tysięcy kibiców wiwatujących na stadionie żużlowym w Tarnowie. – Dzięki nim w chwilach kryzysu przychodzi myśl: „Nadajesz się do czegoś dziewczyno” – tłumaczy.

Troje dobroczyńców jest zupełnie anonimowych, zarezerwowanych dla niej w europejskim banku dawców szpiku kostnego. – Trudno mi zdecydować się na przeszczep; to ryzyko, a poza tym nie ma pewności, że mi pomoże – wyjaśnia. – Nie mdleję, nie mam krwotoków, więc nie chcę posuwać się do ostateczności.
Zwierza się, że w trudnych chwilach najlepiej robi jej rozmowa z kimś bliskim – o błahostkach: „byłam u fryzjera”, „zrobiłam sobie paznokcie”.
Zawsze miała znacznie mniej drobnych spraw i banalnych kłopotów niż rówieśniczki. Teraz biega między przymiarką sukni ślubnej a negocjacjami z chórem, który ma zaśpiewać w tarnowskim kościele 9 czerwca, kiedy Agata wyjdzie za mąż za Jacka Olszewskiego.

Dziecko nowej przyszłości

Także ze względu na niego nie chcę już ryzykować, zamęczyć się na śmierć. Mam dla kogo żyć. Budzę się rano i myślę o siatkówce. Od tego chyba nigdy nie ucieknę. Ale mam też wizję zwykłego, normalnego życia, w której są nawet kłótnie o skarpetki rzucane na podłogę i okruszki nie sprzątnięte z kuchennego stołu – żartuje.
Jest w tej wizji również miejsce na dziecko, które może dać jej więcej, niż innym matkom. Lekarze przypuszczają, że dzięki macierzyństwu organizm może się odnowić, a choroba ustąpi. Jednocześnie przestrzegają przed problemami z donoszeniem ciąży i porodem.

Czy chcę mieć dziecko? Ujmę to tak: nic nie robię, żeby go nie mieć – uśmiecha się odrobinę wstydliwie. – To wielkie marzenie, ale nie jako sposób powrotu do dawnego życia, ale na ułożenie sobie nowego.
Zamieszkają w Warszawie, rodzinnym mieście Jacka. – Dobrze mi się tam odpoczywa; mam już przyjaciół, znajomych – tłumaczy. – U rodziców, w Tarnowie, też jest cudownie, ale i niebezpiecznie. Spędziłam u nich niedawno tydzień i zjadłam więcej niż przez ostatnie pół roku.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.