Wskrzeszenie mistrza

W dziennikarskim żargonie nazywa się to różnie: gruchy, klopsy, babole… Błędy dziennikarskie straciły na znaczeniu w dobie internetu i potwornego chaosu informacyjnego, stwarzanego przez legion amatorskich pseudoserwisów różnej wielkości, w którym każda hucpa przechodzi bez konsekwencji. W profesjonalnych mediach zdarzały się rzadko, lecz z przytupem.
Wśród nich bezapelacyjna grand prix należy się tytułowi z jednej z krakowskich gazet: „Szczęśliwy remis Pasiaków w Oświęcimiu”. Chodziło o mecz hokeistów Cracovii z tamtejszą Unią, ale tytuł miał tak bulwersujące konotacje, że zrobił się skandal. Przez parę dekad sprawa stała się niemal miejską legendą, m.in. miał wówczas stracić pracę cenzor, który puścił gazetę do druku.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Jak czujna, do przeczulenia, potrafiła być komunistyczna cenzura przypomniał natomiast niedawno błystkotliwy dziennikarz nieistniejącego krakowskiego „Tempa”, Jerzy Cierpiatka. Przy okazji zwycięskiego (2:0) wyjazdowego meczu Legii Warszawa ze Standardem Liege, nazywanym „Czerwonymi Diabłami” w jego macierzystej gazecie na pierwszej stronie zeszły się trzy tytuły. „W rocznicę Wielkiego Października” – „Czerwonym Diabłom przytarto rogi” – „Bez wysiłku”. Tego jednak czytelnicy nie zobaczyli, bo funkcjonariusze systemu zlikwidowali – w ich mniemaniu – polityczną prowokację.

Inny ogólnopolski dziennik „Sport” dał się wypuścić w sposób wręcz niewiarygodny. Prima aprilisowej informacji w „Dzienniku Polskim”, który ogłosił w pierwszej połowie lat 90., że obrońca – wtedy Hutnika Kraków – Kazimierz Węgrzyn przechodzi do Leeds United, wówczas występującego w angielskiej Premiership. „Sport” zrobił z tego 2 kwietnia najważniejszy materiał numeru, kopiując nawet zmyśloną przez „DP” wypowiedź prezesa Hutnika, Jana Figuta, a kiepskim usprawiedliwieniem jest, że wiadomość była „realna” – w tamtych czasach nie istniało okienko transferowe, a Węgrzyn był wcześniej na testach w zespole z Wysp.
Wkrótce samobójstwo stało się zbiorowe, bo w następnym numerze – choć z mniejszym zadęciem – o transferze poinformował branżowy tygodnik „Piłka nożna”…

Nie mniejsze „przygody” miewał ostatni z wielkiej trójki – „Przegląd Sportowy”. Choćby przed dziesięcioma laty, kiedy okładkę i całą stronę wewnątrz gazety ozdobił tekst o rajdzie piłkarzy Wisły, którzy uciekli się ze zgrupowania reprezentacji we Wronkach, wynajęli luksusowego mercedesa i ruszyli do Wrocławia na imprezę, ale rozbili samochód na autostradzie. Kompromitacja była ogromna, gdyż niedługo okazało się, że to piłkarze Wisły, ale… emerytowani – drużyna oldbojów jadąca na turniej do byłego klubu Ryszarda Sarnata – Hamm. Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, Marek Kusto z kolegami podróżowali mercedesem, ale był to żółty bus, na co dzień służący juniorom, kierowany przez „Dżozefa” Józefa Nowikowskiego – jedną z barwnych, ale nieznanych klubowych postaci (więcej można o nim przeczytać TUTAJ).
Niedaleko stolicy Dolnego Śląska z  jadącej przed nimi ciężarówki odpadła część, która poharatała podwozie busa. Pracownikom firmy, która zholowała ich z autostrady starsi piłkarze dali wiślackie pamiątki, żartując, że są mistrzami Polski (zresztą w przypadku kilku z nich było prawdą, choć nieaktualną). Jeden z obdarowanych zadzwonił do redakcji „PS” z donosem.

Znany komentator radiowy i telewizyjny, rzecznik prasowy piłkarskiej Wisły, a obecnie kierownik drużyny, Jarosław Krzoska pogodnie wspomina jak w 1993 roku został zwolniony z Radia Kraków. Relacjonował z Bydgoszczy mecz siatkarek Wisły Milko z miejscowym Pałacem decydujący o mistrzostwie Polski. Wiślaczki grały świetnie i Krzoska podgrzewał atmosferę przed nadchodzącym sukcesem. Kiedy w czwartym secie rozpoczął odliczanie czasu do złotego medalu, bo krakowianki prowadziły kilkoma punktami w końcówce, siadła mu łączność. Telefony komórkowe, wielkości cegłówki, miewali wówczas jedynie milionerzy. Jeden z krakowskich radiowców dodzwonił się na portiernię bydgoskiej hali, gdzie powiedziano mu „Wisła ma wygraną”. Ogłosił więc mistrzostwo „Białej Gwiazdy”, tymczasem jej bezpieczna przewaga, jaką widział portier, stopniała; kontuzję odniosła liderka zespołu Irena Palczewska, a jej partnerki ostatecznie uległy po tie-breaku.
W rozgłośni krakowskiej były w wówczas redukcje etatów, pod pretekstem bydgoskiej wpadki objęto nimi najmniej winnego Krzoskę, który trafił do Radia Mariackiego.

Zdarza się, że to bohater artykułu wsadzi dziennikarza na minę. Tak było ze słynnym, nieżyjącym już, Januszem Atlasem, który w latach 70. w warszawskiej dyskotece spotkał francuskiego płotkarza, mistrza olimpijskiego Guy Drut. Biegacz chętnie udzielił wywiadu, ale kiedy tekst został opublikowany, okazało się, że Drut w tym czasie startował w mityngu daleko od Polski, a dyskotekowy znajomek był po prostu podobnym do niego Francuzem, niepozbawionym refleksu i poczucia humoru.
Z kolei redaktor „Gazety Wyborczej” w ubiegłej dekadzie, we wspomnieniach jednego z „Orłów Górskiego” z mistrzostw świata w 1974 roku, zawarł fragment o ciężkich potyczkach w meczu o brązowy medal z fantastycznym Brazylijczykiem – Garrinchą. Piłkarzowi coś się poknociło, a dziennikarz nie sprawdził, że genialny brazylijski drybler w 1974 r. był już w trakcie zapijania się na śmierć; od ośmiu lat nie grał w reprezentacji, a od dwóch – w ogóle w piłkę.

Co te wszystkie historie mają wspólnego z filmem „Wskrzeszenie mistrza”? Zachęcam do sprawdzenia – mam nadzieję, że nie zepsują Wam one przyjemności oglądania. To wciągający film o boksie i dziennikarstwie sportowym, a przede wszystkim – o tym jak często chcielibyśmy być innymi ludźmi, niż jesteśmy. I jak się wtedy zachowujemy.
PAWEŁ FLESZAR

WSKRZESZENIE MISTRZA. Tytuł oryginału: Resurrecting the Champ. Produkcja: USA. Rok: 2007. Reżyseria: Rod Lurie. Scenariusz: Michael Bortman, Allison Burnett. Muzyka: Larry Groupe. Zdjęcia: Adam Kane. Obsada: Samuel L. Jackson, Josh Hartnett, Kathryn Morris, Dakota Goyo, Alan Alda, Rachel Nichols, Teri Hatcher, Peter Coyote.
* stopka na podstawie filmweb.pl

Skomentuj