Wychowawczyni klasy licealnej

Dzięki siatkówce można zarobić trochę pieniędzy (czasem nawet całkiem sporo), poznać jeden z najpiękniejszych krajów świata, znaleźć chłopaka na lata, utrzymać sylwetkę. A nawet – można się przekonać, że Warszawa i jej okolice są całkiem do rzeczy. Nowa zawodniczka MKS MOS Wieliczka, Marta Lach podpisuje się pod wszystkimi powyższymi tezami.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– W 1996 roku, nietypowo w hali Uniwersytetu Jagiellońskiego przy Piastowskiej, był rozgrywany półfinał mistrzostw Polski juniorek. W barwach Wisły Kraków, Startu Łódź, Tomasovii i AZS Białystok wystąpiło okazałe grono utalentowanych siatkarek. Joanna Mirek (wtedy Podoba), Agnieszka Rabka (Śrutowska), Edyta Kucharska. Kilka innych, które zrobiły mniej głośne kariery, jak choćby Edyta Włodarek. No i Marta Lach…
– Pamiętam, że bardzo fajny mecz zagrałyśmy z Wisłą. Tyle razy zablokowałam Aśkę Podobę, że potem na kolacji ich trener Leszek Knapik podszedł i przyniósł mi herbatkę w dowód uznania (śmiech). Jasne, że pamiętam świetnie ten turniej! Tylko nie pamiętałam, że to było w 1996 roku
– Nie chciałem zdradzać jacy już jesteśmy starzy… Ale widziałem, że już wtedy, jako nastolatka, musiała pani dźwigać ciężar odpowiedzialności. Na rozegraniu w białostockim zespole stała obecna trenerka Patrii Sędziszów, Monika Bartnicka i większość piłek, w tym wszystkie ważne, posyłała do pani.
– Nie czułam wtedy, że to zależy ode mnie. Każda miała swoją rolę, moja była właśnie taka. Zdobywałam najwięcej punktów, ale nie uważałam się za liderkę. A z Moniką byłyśmy wtedy uważane za nierozerwalny duet. Chodziłyśmy do innych liceów i nie przyjaźniłyśmy się nigdy super, za to na parkiecie rozumiałyśmy się z zamkniętymi oczami. Żadna z nas nie usłyszała indywidualnej propozycji przejścia do innego klubu, za to dostałyśmy aż trzy – przejścia razem. Po maturze poszłyśmy na AWF warszawski i do tamtejszej drużyny występującej w Serii B.
– Teraz też będzie od pani dużo zależeć. W Wieliczce pełni pani rolę mamy czy starszej siostry?
– Nie, nie. Mam tylko rolę dużo bardziej doświadczonej koleżanki z zespołu. Tu nie chodzi o kwestie siatkarskie, bo one sporo umieją. Brakuje im tylko ogrania, są młode, sporo tu licealistek. A ja z kolei jestem teraz wychowawcą klasy licealnej w Legionowie, z czego jest dużo śmiechu w szatni… Wracając do tematu – chodzi o przekazanie tego doświadczenia, podpowiedzenie pewnych zachowań na parkiecie.
– A jak się pani odnalazła wśród koleżanek w wieku szkolnych podopiecznych?
– Nie wiadomo, kto tutaj ma gorzej, czy ja czy one? (śmiech) Bardzo miłe dziewczyny. To samo trenerzy. Mimo, że drużyna jest na ostatnim miejscu, nie ma na razie tradycji seniorskich na arenie ogólnopolskiej – mają duże zaplecze, i korporacyjne, i szkoleniowe. Bardzo profesjonalnie zostałam potraktowana. Na organizację i przepływ informacji nie mam co narzekać.
– Z boku wygląda to tak, jakby partnerki dużo pewniej czuły się przy pani i Marcie Urbuś, niż było to wcześniej.
– Cieszę się, mam nadzieję, że to przyniesie rezultaty. Fajnie, że Marta jest na miejscu, bo z doskoku nie da się zdobyć zaufania. Poza tym też popełniam błędy i nie zawsze jestem w stanie pomóc.
– Jest pani jak zaciężny żołnierz – przyjeżdża na mecze, czasem jakiś trening. Otrzyma pani część chwały, kiedy się utrzymacie, ale w przypadku niepowodzenia będzie pani najbardziej winną.
– Zastanawiałam się nad tym. Prosiłabym, żeby to znalazło się w wywiadzie – moje całe życie było ustawione pod siatkówkę. Niezależnie czy w ekstraklasie, czy na dole w II lidze, moje życie zawsze było podporządkowane siatkówce. Zawsze przeżywałam niepowodzenia, odczuwam coś w rodzaju „moralności siatkarskiej”. Byłoby mi przykro, gdyby tu się nie udało, ale widzę jednak dobre perspektywy; nie ma innej opcji niż utrzymanie.
– Zna pani mnóstwo osób w środowisku siatkarskim. Robiła pani wywiady o ewentualnych przeciwnikach w II lidze?
– „Kombinuję”, nie ukrywam. Każdy w światku siatkarskim rozmawia. Ale tak naprawdę musimy się skupić tylko i wyłącznie na nas – na kilkunastu zawodniczkach i dwóch trenerach. I nie słuchać nikogo więcej.
– Tak czy owak – w play out od razu się nie spada z ligi. Nawet gdybyście przegrały z Dalinem, to jeszcze pozostaje nadzieja na utrzymanie w barażach, nawet do połowy maja. To zmniejsza obciążenie?
– Założenie jest zdecydowanie inne – do końca marca skończyć wszystko, zapewnić sobie ligowy byt. Trzeba to zakończyć jak najszybciej; później mogą się różne rzeczy przydarzyć, część dziewczyn ma w maju maturę. Musi być presja na jak najszybszy korzystny wynik.
– Z innej beczki – pięć lat grała pani we Francji, była już pani niemal zaaklimatyzowana. Nie chciała pani zostać?
– Bardzo miło wspominam pobyt we Francji. Jestem jednak „wiekową” zawodniczką i nie mogłam już latać po świecie, jakbym była młoda. Zadecydowały sprawy osobiste, długo by o nich opowiadać. Można też kochać swój kraj…
– Pani kocha?
– Oczywiście.
– Włącznie z Warszawą, w której pani mieszka?
– Mieszkam pod Warszawą, między Warszawą a Legionowem, właściwie to bardziej pod Legionowem, niż pod Warszawą. Ale lubię Warszawę, w której wcześniej mieszkałam osiem lat. Studiował tam też mój chłopak. Okolica, w której mieszkamy jest bardzo sympatyczna. W dodatku korzystnie położona, bo mniej więcej w połowie drogi między rodzicami moimi i mojego chłopaka, czyli Białymstokiem a Starachowicami.
– Sporo ma pani tam zajęć: wychowawstwo i nauka WF w liceum w Legionowie, „dojazdowa” gra w Wieliczce, praca trenerska w Legionovii.
– W klubie prowadzę zajęcia z mini-siatkówki dla dzieci dziesięcioletnich. Dosyć mi się to podoba, ale mam drugą klasę trenerską i nie ukrywam, że wolałabym pracę raczej nad taktyką niż techniką. Czyli ze starszymi, grającymi już w „szóstkach”.
– Trenuje pani też z Legionovią – one walczą o ekstraklasę, a pani się przygotowuje do walki o utrzymanie w II lidze.
– I co? Czy żal, że nie jestem w tamtym zespole?
Choćby.
– Nie. Tak jak powiedziałam – życie stawia przed nami pewne wybory i się je podejmuje. Moje decyzje w tej kwestii są przemyślane i zapadły już w ubiegłym roku. Mogę tylko podziękować trenerom Legionovii, że pozwolili mi na ćwiczenia ze swoją drużyną, bo dzięki temu mogę się dobrze przygotować do gry tutaj.
– Na koniec – jeszcze jedno ciekawe miejsce zatrudnienia ma pani w CV: biuro podróży.
– To takie typowo wakacyjne zajęcie. W roku siatkarskim zawsze miesiąc jest wolny. A to dużo laby; coś trzeba robić, żeby utrzymać formę. Wymyśliłam sobie, że będę jeździć jako instruktor-wychowawca kolonijny z biura podróży „Almatur”. Zwykle prowadzę zajęcia siatkarskie z kilkunastoletnimi chłopakami, bazą jest ładny ośrodek Olsztyn-Kortowo. Mam z tego, i przyjemność, i podtrzymanie formy, i jeszcze pieniądze. W ubiegłym roku obchodziłam dziesięciolecie tych wyjazdów. Tam poznałam swojego chłopaka, który był instruktorem piłki nożnej. I jesteśmy razem właśnie dziesięć lat…
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Biogram Marty Lach można znaleźć TUTAJ

Skomentuj