Wyjście w Trefla jeszcze się opłaca

Siatkarze z Gdańska po raz pierwszy w historii swoich występów w Plus Lidze wygrali z Asseco Resovią na Podpromiu i to aż 3:0, w ciągu zaledwie pięciu kwadransów.

Problemy zewnętrzne, finansowe lub/i organizacyjne, mogą kompletnie rozłożyć drużynę, ale bywa też – kiedy spotkają grupę ludzi z charakterem – że jeszcze bardziej ją scementują. Tak jest chyba z ekipą z Trójmiasta, którą niedługo przed sezonem opuścił sponsor strategiczny, Lotos. Wystartowała jednak w Plus Lidze mimo braku pokrycia budżetu, zajmuje w niej czwarte miejsce, a po rozegraniu zaległego meczu mogłaby być nawet wiceliderem. – Głęboko wierzymy, że tak jak my walczymy na boisku, tak działacze zdołają poprawić naszą sytuację – mówi Artur Szalpuk, a Wojciech Grzyb dodaje: – Trener Anastasi prosił nas o cierpliwość, przekonał nas, że widzi w tym zespole duży potencjał i szkoda byłoby to zniszczyć. Wielu ludzi dookoła bardzo się stara; nie tylko właściciel i członkowie zarządu, ale na przykład dział marketingu, kibice. Czuje się taką wspólnotę.
W pierwszym secie zdarzyła się scenka rodzajowa symbolizująca ową wspólnotę i rolę w niej Andrei Anastasiego. Jego podopieczni świetnie poustawiani w obronie i nieustępliwi mieli na rekach niemal każdą piłkę atakowaną przez gospodarzy. Nie zdołali wszystkich wprowadzić do gry, ale kontry Damiana Schulza i Szalpuka, którzy w tej części zdobyli po pięć punktów, wystarczyły do pompowania rezultatu – 1:4, 2:7, 6:11, 11:18. Sprawnie kierował akcjami Tyler Sanders. Raz tak ogłupił blokujących, że rozbiegli się na boki, a wjeżdżający z szóstej strefy Artur miał przed sobą pas pustej siatki o szerokości kilku metrów. W pole miejscowych wpadły również trzy kiwki, co pokazuje organizację ich defensywy.
Równy i skuteczny był w ich szeregach tylko Jakub Jarosz (6 „oczek”), który swój najlepszy okres reprezentacyjny zanotował niegdyś właśnie pod skrzydłami Anastasiego. Koledzy Kuby przebudzili się dopiero przy flocie Marcina Możdżonka, odrabiając straty z 16:21 na 20:21. Pierwszy czas na żądanie szkoleniowca przyjezdnych (przy 18:21) nie przyniósł efektu, ale po szybkim drugim „Możdzon” zepsuł serwis. 20:22, a sprawę zamknęła seria: dotknięcie siatki Jarosza przy skończonym ataku, as Szalpuka, blok Grzyba. 20:25.

Kondycja Resovii jest lepsza, ale i tam skończyło się dolce vita. Pierwszym sygnałem jest już komfortowe parkowanie nieopodal Podpromia na pół godziny przed konfrontacją, drugim łysinki na trybunach, trzecim, najważniejszym – łysinki w składzie, budowanym za znacznie obniżony budżet.
W drugiej partii poczynał on sobie jak w piosence Izabeli Trojanowskiej: „Tyle samo prawd, ile kłamstw rządzi całym światem mym”. Udane zagrania bilansowały następujące po nich pomyłki: Lukas Tichacek „zaczapował” Mateusza Mikę tak, że tamtemu piłka spadła na grzbiet (8:6), ale zaraz dotknął siatki. Jarosz uderzył po prostej i zablokował rywala (10:7), lecz dwa kolejne jego ścięcia zatrzymały się na siatce i rękach gdańszczan (10:9). Gospodarze wyszli na 14:12 i dostali okazję do kontry, jednak Michał Kędzierski wystawą trafił w kolumnę sędziowską. Mieli na tablicy 18:17, po czym Aleksander Śliwka wyrzucił piłkę w aut, a Jarosz nie przebił się przez ścianę Trefla (18:19 i 19:21). Bartłomiej Lemański wyrównał dobijając po złym przyjęciu zagrywki Łukasz Perłowskiego, ale następne podanie już było zepsute, a resztę załatwił Schulz, bijąc z prawego skrzydła i zza linii końcowej. 21:25, a ta druga liczba zawiera 11 błędów rzeszowian. W całym spotkaniu mieli ich 29, w tym 15 zmarnowanych podań.
– Zagrywka i przyjęcie to dwa podstawowe elementy siatkarskie i jeśli one nie nie wychodzą, to trudno coś zdziałać – kiwa głową Jarosz. – Wydawało się, że mamy pod kontrolą drugiego seta, a tu zamieszanie… Ciągle szukamy swojej gry, nie jesteśmy stabilnym zespołem, ale na treningach już funkcjonuje to dużo lepiej.

Trzecią partię miejscowi zaczęli od żółtej kartki za zbyt ślamazarne ustawianie się na boisku. Potem ruszali się nieco żwawiej, prowadząc 9:6, 14:12 i 16:14. Wówczas nastąpił kuriozalny moment zwrotny: Jarosz strzelił przy pustej siatce, acz dosyć lekko, Piotr Nowakowski instynktownie obronił to nogą, jednak piłka leciała po drugiej stronie siatki za linię boczną. Pobiegł za nią Mika, uratował, a po oddaniu jej „darmo”, nieźle spisujący się w tym fragmencie, Możdżonek spudłował z krótkiej. Fortuna była ciągle przy Nowakowskim, który zaliczył asa, wkrótce zapis brzmiał 16:18, a gospodarze nie byli w stanie sprostać Grzybowi i Szalpukowi – 18:22, 21:25.
– Lecę już, żeby mnie nikt nie widział, bo wstyd. Do domu trzeba będzie wracać kanałami – pół żartem pół serio witał się ze znajomym Tichacek, prowadzący za rączkę córeczkę w klubowej koszulce opatrzonej jego numerem: „5”.
To pierwsze zwycięstwo Trefla w rzeszowskiej hali w historii jego występów w Plus Lidze i dopiero drugie nad Resovią w ekstraklasie w ogóle. Gdańszczanie triumfowali za to przy Podpromiu stosunkowo niedawno, bo w styczniu tego roku, w ćwierćfinale Pucharu Polski. Na siatce szalał wówczas Schulz, zdobywca 26 pkt, który utrzymuje tu dobrą passę: dzisiaj zanotował nieco mniejszy urobek, ale zasłużenie otrzymał nagrodę MVP.
– Nie spodziewałem się, że będzie 3:0, już przy 3:1 bylibyśmy szczęśliwi – uśmiecha się Wojtek Grzyb. – Pierwszy set był naprawdę ważny; rozluźniliśmy się po wygraniu go.
PAWEŁ FLESZAR

ASSECO RESOVIA – TREFL Gdańsk 0:3 (20:25, 21:25, 21:25)
Sędziowali: Piotr Król (Katowice) i Wojciech Maroszek (Żory). Widzów: 3800.
RESOVIA: Tichacek 2 pkt, Rossard 7, Możdżonek 5, Jarosz 12, Śliwka 8, Lemański 9 oraz Rusek (l), Masłowski (l), Krastins 4, Kędzierski, Schoeps, Perłowski. Trener: Roberto Serniotti.
TREFL: Sanders, Szalpuk 11, Nowakowski 5, Schulz 15, Mika 10, Grzyb 5 oraz Olenderek (l), Kozłowski, Jakubiszak. Trener: Andrea Anastasi.

Pozostałe wyniki i tabelę Plus Ligi można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.