Za chińskim murem

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 28 stycznia 2005 r.

Mierzący blisko dwa metry piłkarz Wisły, Jacek Paszulewicz jadąc do Chin myślał, że będzie Guliwerem w krainie Liliputów. Rzeczywistość szybko zweryfikowała stereotypowe wyobrażenia. Zobaczył kraj „olbrzymów” – rozwijający się z niesamowitą dynamiką i rozmachem.

– Bazy sportowej możemy Chińczykom pozazdrościć. A nawet tylko o niej pomarzyć – twierdzi „Paszul”. Z najlepszego klubu w Polsce, Wisły Kraków, został na rok wypożyczony do drugoligowego FC Wuniu Chengdu. Przestarzały 10-tysięczny stadion przy Reymonta zmienił na nowoczesny obiekt o sześćdziesięciu tysiącach miejsc, wybudowany przed niedawnym Asian Cup.
Pozostałe stadiony, na których grałem w II lidze, były niewiele mniejsze – opowiada Jacek. – Problem stanowili tylko kibice. Przychodziło ich najwyżej po kilkanaście tysięcy i niknęli na trybunach. Nie czuło się atmosfery.

W Wiśle kontrakty zawodników wynoszą od 100 do 200 tysięcy euro. Zbliżone zarobki mają chińscy drugoligowcy. – Pod względem organizacji z polskich klubów też tylko Wisła może się równać z chińskimi zespołami – uważa. – Na mecze lataliśmy dwa dni wcześniej, co jest oczywiste ze względu na odległości. Przed nami podążał pracownik FC Wuniu, który załatwiał wszystko: samoloty, hotele – zawsze czterogwiazdkowe, treningi. Inny asystent rozpracowywał rywali. Przed meczami odbywały się specjalne spotkania mobilizacyjne.

Wszyscy klaszczą

Kiedyś Jacek pokazywał chińskim kolegom zdjęcia z czasów gry w Wiśle. – Dwóch ucieszyło się na widok Kasperczaka: „O, Henli!” – opowiada. – Okazało się, że trenował ich w Shenyang Sealion.
Początkowo FC Wuniu również prowadził szkoleniowiec z naszego kontynentu, ale w połowie sezonu zastąpił go Chińczyk. – Treningi zaczęły odbiegać od standardów europejskich – pokpiwa Paszulewicz. – Już rozgrzewki były śmieszne: wszyscy chodziliśmy klaszcząc rytmicznie, albo wymachując rękami. Narzucił nienormalny rygor: mieliśmy zajęcia dwa razy dziennie, w dniu wylotu na mecz ćwiczyliśmy rano, a potem wieczorem, po wylądowaniu. Przez trzy miesiące dostaliśmy jeden dzień wolnego.

Treningi bazowały głównie na przygotowaniu fizycznym, tak samo jak gra. Chińczycy sa nieźle zaawansowani technicznie, ale o taktyce pojęcie mają marne. – Nie rozumieją też twardej, ale czystej walki – opisuje. – Sędziowie nie umieją odróżnić dozwolonego w przepisach starcia bark w bark od brutalnego faulu. Karzą za to tak samo, jak za atak od tyłu na nogi.
Jacek, który w Polsce uwielbiał ostrą grę, tylko raz wyleciał z boiska za dwie żółte kartki. – Chińczycy bali się mnie, nie podchodzili blisko, więc nie było kogo faulować – żartuje. – Dopiero, gdy zostałem kryjącym obrońcą i musiałem wyłączyć najlepszego napastnika rywali, miałem więcej interwencji. W ataku zwykle w chińskich drużynach grają piłkarze z Afryki albo Ameryki Południowej, a oni nie boją się nikogo.

Przepustki sypialne

Ośrodek treningowy FC Wuniu jest położony 30 kilometrów od dziesięciomilionowego Chengdu. Trzy boiska, gabinety odnowy biologicznej, korty, sklep, stołówka.
– Nie było nowoczesnych urządzeń, ale murawy utrzymywano w doskonałym stanie – wspomina Jacek. – Kobiety od rana do wieczora pieliły i przystrzygały trawę ręcznie.
Chińscy piłkarze skoszarowani byli w ośrodku. – Trzej koledzy, którzy mieli w mieście żony i dzieci, dostawali przepustki „sypialne”. Pozostali musieli meldować się w ośrodku przed 22.
Dla obcokrajowców, poza mieszkaniami w ośrodku, wynajmowano tez apartamenty w Chengdu. – Kiedy nastał chiński trener, wieczorami byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się wracać do miasta – żartuje.

Przed wszystkimi meczami grano hymn narodowy, wysłuchiwany na baczność. Jacek śpiewać się nie nauczył, choć poznał trochę słów chińskich. – To chyba najtrudniejszy język świata; różne znaczenia tych samych wyrazów zależą od intonacji. Kiedyś taksówkarz długo nie mógł zrozumieć, gdzie chcę jechać, bo źle zaakcentowałem nazwę. Zresztą w każdym kantonie mówią inaczej, do tego dochodzi gwara. Ze starszymi ludźmi nie mógł się nawet dogadać nasz tłumacz, Chińczyk.

„Dosia” na półce

Jedzenie było tak urozmaicone, że zawsze mógł wybrać coś dla siebie. – Przy każdym posiłku był szwedzki stół, na którym dominowały dania chińskie – opowiada. – Namawiano mnie na miejscowy rarytas: zupę z żółwia, ale nie mogłem się zmusić do spróbowania, bo na wierzchu pływał ugotowany w całości gad.
Od polskiej kuchni odpoczął, ale spotkał sporo innych rodzimych akcentów. – W hipermarkecie Carrefour znalazłem na półce proszek „Dosia”. W sklepie z płytami DVD leżała „Zemsta” Wajdy i „Nóż w wodzie” Polańskiego z chińskimi napisami. Znajomym najchętniej opowiadam jednak o pubie dla obcokrajowców, w którym elementami wystroju były polskie książki.

Podróże na mecze były męczące, bo z 26-stopniowego ciepła trafiało się w miejsca o temperaturze około zera. Rekompensowały to widoki, zabytki. – Kiedyś byłem w Iraku, zwiedzałem ruiny Babilonu, gdzie trudno będzie powrócić – tłumaczy Jacek. – Nauczyło mnie to, że jeśli tylko można – trzeba zebrać jak najwięcej wrażeń. Trzy dni byłem w Tybecie, który jest czymś całkowicie różnym od Chin. Wojsko obstawia wszystkie strategiczne punkty – lotniska, mosty – ale ludzie nawet tam wydają się pogodni. Widziałem Chiński Mur, Świątynię Nieba i Pałac Cesarski w Pekinie. Niezwykły jest cesarski grobowiec pochodzący z III wieku przed naszą erą. Otacza go „Armia z terakoty” – kilka tysięcy wypalonych z gliny żołnierzy naturalnej wielkości, z pełnym wyposażeniem, „towarzyszących” zmarłemu władcy w jego wędrówce w zaświaty.

Wyrok za kartę

Ostatnie wielkie państwo totalitarne, gdzie prawie wszyscy są członkami partii komunistycznej. – Zawsze im współczułem, słuchając o reżimie, prześladowaniach – zwierza się „Paszul”. – W zamian jednak otrzymują niespotykane nigdzie indziej poczucie bezpieczeństwa. W ogromnym mieście, o północy, starsi ludzie bez żadnych obaw wychodzili na spacer. Z drugiej strony jednak władza jest ekstremalnie surowa. Ostrzegano mnie na przykład, żebym uważał na bagaże, bo jeśli ktoś podłoży mi narkotyki, to dostanę wyrok śmierci. Kogoś ukarano tak za kradzież karty kredytowej. Są bardzo ostrożni, zamawiając w hotelu rozmowę telefoniczną trzeba zapłacić piętnaście dolarów kaucji, nawet jeśli ma ona kosztować niewiele ponad dolara.

Chiny są krajem olbrzymich inwestycji i kontrastów. Małe, ubogie chatki i dwupoziomowe, sześciopasmowe autostrady oraz sieci handlowe światowych firm („Kiedy spytałem o jakąś zachodnią restaurację, to pokazali mi Pizza Hut i McDonalds’a„). Na peryferiach biednie ubrani ludzie i wszechobecne rowery, w centrach miast – nowe BMW 740 i garnitury od Armaniego.
– Jeszcze dziesięć lat temu cudzoziemców, zwłaszcza tak „niewymiarowych” jak ja, pokazywano palcami – mówi Paszulewicz. – Dzisiaj jest tam mnóstwo turystów, zagranicznych biznesmenów. Niektóre miasta wyglądają jak nowojorski Manhattan: w nocy z daleka widać łunę świateł i sylwetki drapaczy chmur.
Pojechał, zobaczył, wypełnił kontrakt. Do powrotu się nie pali. – Egzotyka i pieniądze to nie wszystko; chciałbym jeszcze pograć w piłkę na niezłym poziomie – wyjaśnia.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.