Zagrać jak tata na kasecie VHS

AGH dokonał pierwszego transferu po awansie na zaplecze ekstraklasy, pozyskując wyróżniającego się II-ligowego strzelca, Rafała Zgłobickiego z Wisły Kraków.

Jest to transfer z trzyletnim poślizgiem. Kiedy w 2013 roku Rafał po maturze wybierał się do Krakowa, a Kuźnię Koszykówki Stalowa Wola chciał zmienić na klub II-ligowy, propozycję gry i studiów na Akademii Górniczo-Hutniczej złożył mu Wojciech Bychawski. „Zgłobi” wybrał jednak Wisłę. – Chodziło o studia; nie czułem się mocny w kierunkach technicznych, chciałem zacząć naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim – wyjaśnia obecnie tak samo jak wtedy. – Mimo to przez cały ten czas miałem bardzo dobre kontakty z trenerem Bychawskim. Cieszę się, że ponowił teraz swoją ofertę. Szybko dogadaliśmy się, podaliśmy sobie dłonie, dostałem kontrakt do podpisania.
Rafał zwierza się, że miał dwie możliwości przenosin do drużyn drugoligowych, jednak od dawna chciał spróbować sił na zapleczu ekstraklasy. Były luźne rozmowy z innym klubem, ale konkret pojawił się za „miedzą” dzielącą ulice Reymonta od Piastowskiej. Na życzliwe zainteresowanie szkoleniowca akademików zasłużył niezłymi występami w minionym sezonie. Zanotował średnie meczowe: 13.4 pkt, 5.9 zbiórki, 1.9 asysty i 1.8 przechwytu. Odnalazł się w dwóch, odmiennych rolach, jakie przewidzieli dla niego prowadzący kolejno zespół, Łukasz Kasperzec i Piotr Piecuch. No i mocno nadepnął na odciski AGH, w finale akademickich mistrzostw Małopolski rzucając mu 43 „oczka”, co opisywaliśmy TUTAJ.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

22-letni „Zgłobi” jest wychowankiem ZKS Unii Tarnów, skąd trafił do wspomnianej Kuźni założonej przez znanych w świecie basketu Jerzego Szambelana i Romana Prawicę. W AGH spotka kolegę z tamtego zespołu, Michała Borówkę.
Rafał zawsze miał pecha do młodzieżowych mistrzostw Polski, z których odpadali w mocno obsadzonych półfinałach. W pierwszym roku w szeregach „Białej Gwiazdy” mieli silną ekipę juniorów U-20, jednak z turnieju półfinałowego, którego byli gospodarzem, wyeliminowała go kontuzja nogi. – Szkoda, bo wtedy nie tylko mogliśmy awansować do finałowej ósemki, ale nawet powalczyć o medal – żałuje. Na pociechę z młodzieńczych lat pozostaje mu złoto Ogólnopolskiej Licealiady 2013, zdobyte w Gorlicach w barwach Liceum Samorządowego ze Stalowej Woli.
Karierę sportową układa sobie w rytm następujących po sobie stopni edukacji. Z Unii do Kuźni przenosił się po skończeniu gimnazjum, z Kuźni do Wisły po uzyskaniu średniego wykształcenia, a Wisłę na AGH zmieni z dyplomem licencjata na kierunku zarządzanie UJ. Pisze pracę na szeroki temat: „Znaczenie prywatyzacji dla budżetu państwa i gospodarki wolnorynkowej”. – Finiszuję; mam nadzieję, że do niedzieli ją skończę, a jeszcze w czerwcu uda mi się ją obronić – opowiada. – Wtedy spokojnie zastanowię się, co i gdzie będę studiował dalej.

Jest synem Stanisława Zgłobickiego, który aż przez 21 sezonów występował w ligach centralnych – wg strony plkhistory.ugu.pl – w 491 meczach zdobywając 6356 punktów. Różnią się fizycznie, tata był obrońcą, Rafał jest skrzydłowym, łączy ich natomiast sprawność w rzutach z dystansu i penetracjach. Choć Stanisław ciągle plasuje się na piedestale wzoru do naśladowania. Pewnie każdy ze starszych fanów basketu ma jakieś związane z nim wspomnienie. Choćby takie, jak z początku marca 1989 roku, kiedy jego Unia Tarnów przyjechała do, żyjącej wspomnieniem dawnej wielkości i pragnącej do niej nawiązać, Resovii.
Hala ROSiR wypełniona po brzegi, podnoszące temperaturę grupy dyszących do siebie nienawiścią kibiców, a na boisku rządzi niewysoki facet z brzuszkiem i łysinką. Piekielnie trudny do zablokowania pod tablicą, czy zatrzymania z dala od niej, długo utrzymuje przewagę swojego teamu.
Rzeszowianie wprawdzie zwyciężyli wówczas 92:80, a rok później, bardzo podobnym składem, walczyli w barażach o awans do ekstraklasy z Górnikiem Wałbrzych, ale to występ Zgłobickiego zapadł w pamięć. – Wielu ludzi, którzy opisują tatę podkreśla właśnie te cechy: że był niepozorny i świetnie grał – mówi Rafał. – Sam pamiętam bardzo słabo tylko końcówkę jego kariery, ale widziałem trochę jego meczów na kasetach VHS, które mamy w domu. Jest na wideo chyba także ten, o którym pan opowiada.

Pod okiem Stanisława syn stawiał pierwsze kroki na parkiecie („Zabierał mnie na treningi, jakie prowadził w Unii, dawał mi piłkę i kazał rzucać na boczny kosz”). Razem z nim poznawał też ligę, do której teraz się wybiera. W wolne soboty bądź niedziel jeździli wspólnie do Łańcuta lub Krosna. – Poziom był wysoki, ale zdaję sobie sprawę, że była to górna półka zaplecza ekstraklasy: Miasto Szkła, Sokół, Stal Ostrów, Legia. Na co dzień wymagania powinny być trochę niższe – zastanawia się. – Na pewno będzie trudno, ale wydaje mi się, że jestem gotowy, aby się z tym zmierzyć.
Jest drugim zawodnikiem trafiającym teraz z Wisły do I ligi, po Sebastianie Dąbku, o którego transferze można przeczytać TUTAJ. Są dobrymi kumplami, ale w żartach już szykują się na czekające ich pojedynki. Czeka ich spory wysiłek, aby zasłużyć na liczbę minut na parkiecie, która pozwoli im stanąć oko w oko. Rafał musi też sprostać specyficznemu reżimowi panującemu przy Piastowskiej. – Słyszałem, że zajęcia u trenerów Bychawskiego i Biela są bardzo ciężkie, a sam widziałem chodząc na mecze AGH, że dużą wagę przywiązują do obrony. Zawsze lubiłem nad nią pracować, a co do obciążeń: trzeba się o nich przekonać na własnej skórze – uśmiecha się.
PAWEŁ FLESZAR

O przygotowaniach personalno-organizacyjnych AGH do I ligi można dowiedzieć się również TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.