Zapach placka z wiśniami

Zapraszam do lektury opowiadania „Zapach placka z wiśniami”, które otrzymało wyróżnienie w XIX Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Gniewińskie Pióro 2020”. Opowiadanie zostało też opublikowane w almanachu konkursowym, wydanym przez Wydawnictwo „MS” z Wejcherowa.

1.

Pies miał ciemną sierść, od grzbietu w dół przechodzącą w szarą, i białe łaty na piersiach i gardle. Kiedy Robert podszedł do kojca, przysunął pysk do siatki i patrzył na niego z ciekawością. Żadnego szczekania, skakania, uderzania łapami o siatkę, merdania ogonem, wizgów i jazgotów. Parę tygodni później tak samo zachował się, gdy do ogrodzenia mijanego przez nich domu zbliżył się rasowy husky, z niebieskimi, magnetycznymi oczami. Wtedy jednak na co dzień nie był już taki opanowany; witając wracającego z pracy Roberta kilka razy omal go nie przewrócił, a pazurami porobił mu rany na łydkach, kiedy rzucał się na niego od tyłu.
– Wabi się Rico. Jest mieszańcem husky i owczarka niemieckiego. – Podeszła do niego pracownica Czterech łap, bardziej hoteliku dla zwierząt i domu tymczasowego niż schroniska, jak się reklamowali. Robertowi było to obojętne. W Mieście, gdzie pracował, miał do nich najbliżej.
– Na przełomie października i listopada skończy dwa lata – kontynuowała. – Od szczeniaczka miało go małżeństwo, które się rozwiodło. Mąż nie chciał psa, a żona nie mogła się nim opiekować.
Po rozwodzie, pasuje do mnie – pomyślał. A głośno powiedział: – Wezmę go.
– To praktycznie pierwszy pies, którego zobaczył pan wchodząc do nas. – Dziewczyna podniosła brwi. Miała jasne włosy związane w luźny węzeł, czarny workowaty sweter. – Nie odradzam panu, ale może przejdzie pan wzdłuż kojców, obejrzy inne, utwierdzi się w swoim przekonaniu. Proszę potem przyjść do mnie do biura, podpiszemy umowę adopcyjną. Muszę pana zostawić, bo czeka tam na mnie gość, który chce adoptować kota. Jest jakiś dziwny…
Robert zastanawiał się wcześniej nad kotem. Koty podobno są dobre na stres. Jednak po historii z Marzeną nie wytrzymałby w tym samym mieszkaniu z kolejną wyrachowaną, egoistyczną istotą.
Nie miał ochoty zwiedzać schroniska, oglądać nieszczęśliwych zwierząt, które tu zostaną. Postał chwilę obok Ryśka (jak go przechrzcił), przez siatkę pogłaskał go dwoma palcami po nosie, rzucił: „zaraz wracam” i poszedł do biura.
Tam napięcie było wyczuwalne już od progu.
– Proszę pana, karmimy dobrymi karmami, więc jeśli ktoś chcący zaadoptować jednego kota nie jest w stanie zapewnić mu karmy lepszej jakości, to lepiej niech zrezygnuje. – Dziewczyna wpadała w ton oficjalny. – Nie wydajemy również kotów na wieś do łapania myszy. Bo owszem kot może zamieszkać na wsi, ale w domu, a nie w stodole i ma być normalnie karmiony.
– Szanowna pani, takie pięknoduchy jak pani byłyby irytujące, gdyby nie były tak bardzo zabawne. – Mężczyzna około pięćdziesiątki wysławiał się starannie, wręcz elegancko, z czym kontrastowała jego sfatygowana marynarka i wystrzępiony, wystający kołnierzyk koszuli. – Kot nie jest zwierzęciem domowym, ale zaledwie udomowionym. Jest bardzo inteligentny, więc dla swojej wygody dostosował się do oczekiwań człowieka. Ale Bóg czy też natura, w zależności, w co pani wierzy, dały mu instynkt łowiecki. Stworzyły do jednym z najbardziej okrutnych drapieżników. Zastanawiała się pani kiedyś, co znaczy to popularne powiedzonko: „bawić się, jak kot z myszą”? Widziała pani, jak kot bawi się ze złapaną myszą? Straszy ją w ten sposób, a śmiertelnie przerażona mysz produkuje więcej adrenaliny, która poprawia smak mięsa. To na pewno nie jest sucha karma, ale większość waszych podopiecznych przedłożyłaby ją nad tę, którą im serwujecie.
Pracownica schroniska coraz mocniej rumieniła się, na zakończenie oracji wstała i już, już podnosiła rękę, aby pokazać mu drzwi, ale zmitygowała się i wycedziła tylko: – Życzę panu powodzenia w poszukiwaniach rasowego drapieżnika prowadzonych na łonie natury.
Mężczyzna nic nie odrzekł, odwrócił się na pięcie, a przechodząc obok Roberta mruknął: „pięknoduchy”.
– Przepraszam, ale właśnie osiągnęłam poziom szału sześć, sześć, sześć – prychnęła dziewczyna. – Zdecydował się pan na Rico? Może jeszcze weźmie pan go na spacer? Właściwie od razu powinnam to zaproponować.
– To chyba zbyteczne. Nie chcę zabierać pani zbyt wiele czasu.
– Przepraszam, zaraz ochłonę i dopełnimy formalności. Nie spodziewałam się, że nawet w tej pracy może być tak nerwowo. No cóż, tylko czekolada mnie rozumie i kocha. ? Uśmiechnęła się znacząco.
Nie zastanawiał się nawet, czy to zaproszenie do niezobowiązującego flirtu. Przez ciąg skojarzeń szybko przebył drogę od czekolady do Marzeny i kiedy pracownica schroniska tłumaczyła mu zasady umowy adopcyjnej, wyłączył się, wspominając, jak w pierwszych miesiącach związku planowali wspólną przyszłość. Pół żartem, pół serio uznali, że w weekendy będą samowystarczalni, między innymi w sferze kulinarnej. Robert miał gotować na „słono”, a ona „słodko”. I on wywiązywał się z ustaleń, ale żadnego z obiecywanych przez nią ciast (czy też placków, jak się mówiło w tych stronach) się nie doczekał. Mania bycia fit przerodziła się u niej w obsesję. Jej wizyty na siłowni zabierały im coraz więcej wieczorów, deserem zaś można było ją straszyć, a co dopiero namówić do upieczenia czegoś. Z kolei obiady stały się dla niej zbyt tłuste, więc zaczął gotować według wskazań apostołek zdrowego stylu życia. A odkąd Marzena odeszła, włączał gaz tylko pod wodą na herbatę, a jedyne ciepłe posiłki jadł w małym bistro, obok firmy.

2.

– Ale się opaliłeś!
Sam już zauważył to w lustrze. Twarz, szyję, kark i przedramiona miał może nie tyle opalone od słońca, co osmagane wiatrem. Każdego popołudnia wychodzili za obrzeża Miasteczka, zaczynające się zaraz za blokiem, w którym mieszkał Robert. Szli tam, gdzie skręcił Rico, pośród pól zmieniających akurat kolor z zielonego na żółty (większość okolicznych rolników stawiała na rzepak), plantacji porzeczek, długich pagórków sadzonych właśnie ziemniaków. Zawsze trafiła się jakaś rozcinająca uprawy fosa, na niej mostek, gdzie indziej zagajnik lub przynajmniej kępa krzaków.
Zaczął w miarę normalnie sypiać. W poprzednich kilku tygodniach budził się po trzech, czterech godzinach w mokrej piżamie i przepoconej pościeli. Nigdy nie udało mu się zasnąć ponownie. To z nerwów, tłumaczył sobie.
Teraz pierwszym widokiem był łeb siedzącego przy łóżku, wpatrzonego z nadzieją psa. Niekiedy w brązowych ślepiach zapalały mu się zielone lampki.
– Co robisz, kiedy znikasz tak codziennie o piętnastej? – Zorientował się, że Weronika, która zaczęła od wykrzyknika o opaleniźnie, ciągle coś do niego mówi. Dziwne, bo z siedzącą naprzeciwko koleżanką dotąd dyskutowali tylko na tematy firmowe, a jedyną luką w jej obojętności była zdawkowa uprzejmość.
– Spaceruję z psem – odparł, ale chyba uznała, że żartuje.
Kiedy cztery lata temu zatrudniał się w firmie handlującej elementami wykończenia wnętrz, cieszył się, że praca jest elastyczna i będzie mógł spędzać dużo czasu z Marzeną. Sporo projektów mógł wykonywać na laptopie w domu, a więc i wcześnie doń wracać. Gdy zaczęło się między nimi psuć i to ona znikała na popołudnia czy wieczory, a przede wszystkim w ostatnim okresie, po jej odejściu – błogosławieństwem była znaczna ilość zadań, jakich się podejmował. Teraz ciągle zabierał pracę do domu, ale pierwszeństwo miał Rico. Wczoraj policzył, że podczas trzech wyjść spędzili w plenerze blisko pięć godzin, a i to tylko dlatego, że poranny spacer był dosyć krótki.
Wyciągając rękę po herbatę Weronika strąciła z biurka kubek kolorowych długopisów, stojących tam dla ozdoby, wszak prawie wszystko robili na komputerach. Pomagał jej zbierać, kucali naprzeciw siebie i dopiero teraz zwrócił uwagę, że – chyba od niedawna – zaczęła nosić głęboki dekolt.
Biust był powodem pierwszego poważnego pęknięcia w ich relacjach z Marzeną, choć zrozumiał to dużo później. Zawsze przywiązywała ogromną wagę do swojego wyglądu, a ubrania dopasowywała do najnowszych trendów, spędzając godziny bądź przed lustrem, bądź na śledzeniu nowinek. Ale też zawsze sprawiała wrażenie zadowolonej z efektów. Pewnego dnia jednak spytała go, co sądzi o pomyśle wszczepienia implantów. Zaskoczony odrzekł, że to jej ciało i nie narzuci jej żadnej decyzji. Teraz jednak jest idealna – niewysoka, drobna, zgrabna o delikatnej buzi. Taka mu się spodobała tamtego dnia, gdy poznali się na koncercie. Pokiwała głową, uśmiechnęła się, powiedziała „Kochany jak zawsze”, a kilka dni później była już po operacji. Skomentował, że nowe piersi idealnie komponują się z jej sylwetką, a niedługo naprawdę zaczął tak uważać.

3.

Pierwszy raz żałował, że jest tradycjonalistą (jak lubił o sobie myśleć) czy też anachroniczny (jak mówili o nim inni, włącznie z Marzeną ? używającą jednak słowa zacofany) i posługuje się telefonem starego typu, nadającym się tylko do rozmów i sms-ów. Przydałby się smartfon, którym mógłby nagrać krótki film. Choć wczorajszy występ Ryśka ciągle miał przed oczami i dusił się ze śmiechu na każde wspomnienie.
Zasuwali po swojemu przez pola, kiedy dróżkę kilkadziesiąt metrów przed nimi przecięły dwie młode, spłoszone przez nich sarny. Rico stanął pionowo na tylnych łapach, przednie wyprostował i kicał w miejscu jak kangur. Robert mocno trzymał smycz, ale pies nawet nie zrywał się do pogoni, był po prostu nieprzytomnie podniecony widokiem jeszcze ruchliwszych od niego stworzeń, z którymi można byłoby tak świetnie się bawić.
Za to jego pan, chcąc nie chcąc, socjalizował się coraz bardziej. Niemal co dzień toczył rozmowy z sąsiadami i znajomymi „z widzenia” – o obyczajach ulubieńców, porach siusiania, pożywieniu, szczepieniach, zabezpieczeniu przed kleszczami. Jeszcze sympatyczniejsze były przygodne spotkania z obcymi ludźmi, kiedy oboje odsuwali się na krańce dróżki i ściągali smycze swych psiaków, a mijając pozdrawiali się z uśmiechem.
Dzisiaj w wyposażonym w lodówkę firmowym pokoiku, gdzie można było zaparzyć sobie kawę lub herbatę, a nawet wypić ją przy stoliku, zastał asystentkę szefa, Różę, przeglądającą jakieś pismo.
– Chwila relaksu? – rzucił uprzejmie.
– Tak jakby. Mówili: „Rób to, co kochasz, a pieniądze przyjdą”. No to zjadłam czekoladę, czytam magazyn o modzie i czekam. – Dwudziestoparoletnia dziewczyna, u której wszystkie barwy były wyraziste: jaskrawoczerwone szminka i lakier do paznokci, czarne włosy, brązowe, błyszczące oczy, zrobiła szelmowską minę. Gdy wybuchnął śmiechem, spytała:
– A ty za co chciałbyś dostawać pieniądze, gdybyś nie miał przyjemności zarabiania ich tutaj?
– Za wyprowadzanie psa – odpowiedział odruchowo.
Zwierzyła mu się, że przez całe niemal dzieciństwo i nastoletnią młodość miała labradora, który zdechł ze starości. Uznała, że drugi raz nie wytrzyma tak wielkiej rozpaczy i nie zdecydowała się na następnego czworonoga.
– Ale ciągle je kocham. „W razie Wu”; gdyby wysyłali cię gdzieś z firmy i nie miałbyś go z kim zostawić, mów śmiało. Mogę się nim zaopiekować nawet przez kilka dni. – Towarzyszył temu dwuznaczny uśmieszek, a „nim” i „zaopiekować” zaakcentowała. Pani Maria, główna księgowa, nazywała ją zgryźliwie „naczelną kokietereczką korporacji”, a na jednej z imprez integracyjnych podpita Weronika przeciągnęła kiedyś przez zęby: „taaa sssuka”.
Przyszedł moment, dwa lata temu, kiedy zaczął się zastanawiać, czy Marzena nie zachowuje się podobnie w firmie deweloperskiej, gdzie pracowała w dziale sprzedaży. W każdym razie ubierała się tak samo: spódniczki bądź sukienki mini, zawsze wysokie obcasy lub koturny, chyba że zakładała akurat buty za kolana. Po wszczepieniu implantów ? bardzo obcisłe bluzki albo sweterki.
Zawsze była dla niego tajemnicą. Uśmiech miała miły, ale nigdy nie śmiała się głośno i spontanicznie. Gdy coś ją rozbawiło, wydawała stłumione parsknięcia. Sprawiała wrażenie, jakby cały czas analizowała, kalkulowała. Wpatrywała się weń z zainteresowaniem i oddaniem, a po chwili, znienacka pojawiał się na jej twarzy zacięty wyraz jędzuni. Śliczna buzia potrafiła przemienić się w młodzieńczą, nieładną, znudzoną, rozpromienioną, a nawet w zapis rozczarowań kobiety zbliżającej się do trzydziestki. I to wszystko tego samego dnia. Nazywał ją swoim kameleonem – jedynym, którego chce się pogłaskać i wziąć za łapkę.

4.

Rysiek chyba wyczuwał jego nastrój. Zwykle zaraz po wyjściu z domu skakał do smyczy, próbując ją złapać zębami tuż przy ręce i wyrwać, potem przez chwilę ciągnął go tak, jak jego kuzyni sanki na Alasce. Dzisiaj od startu powoli i dokładnie obwąchiwał słupki i kępki trawy, oznaczając wybrane krótkim strumieniem.
A Robert niewesoło obracał w myślach przedwczorajszy wieczór u Róży. Został wysłany na weekendowe targi dizajnu odbywające się w katowickim Spodku, więc ponowiła ofertę zaopiekowania się psem. Kiedy jednak w niedzielę po powrocie zjawił się u niej, aby go odebrać, przyjęła go w czymś co nazwałby szlafrokiem, gdyby nie było cieńsze od firanki i sięgało dalej niż tuż za pośladki. Odkrywało znaczną część piersi, a po tym jak kilka razy ustawiła się w świetle ściennych kinkietów miał powody przypuszczać, że nie założyła nic więcej. Uciekł od niej szybciej od ciągniętego na smyczy psa; Róża od dwóch dni nie zauważała jego obecności w firmie, a on nawet nie umiał sprecyzować powodów swojego postępowania.
Czy ja jestem już kompletnie pokręcony? – rozmyślał. Przestraszyłem się?! Czego? Zaangażowania? Przecież Róży o nic takiego raczej nie chodziło. Chyba nie zacząłem bać się kobiet?
Miał dość zdrowego rozsądku, żeby nie obwiniać Marzeny i ich rozstania za wszelkie swoje lęki i uczucia. Zawsze uważał się za szarego i nieciekawego. Sądził, że tak też jest postrzegany przez płeć odmienną, ale w pełni mu to odpowiadało, bo miał swoją miłość. Przecież nic się nie zmieniło! Nadal w lustrze widział jasne włosy, nie pozwalające jednak określać go rasowym blondynem, twarz wyrazistą, lecz nie urodziwą. Ciągle miał nieco kanciastą sylwetkę i takież poczucie humoru. Najlepsze riposty i żarty przychodziły mu do głowy „na schodach”.
– Wierzę, że przynajmniej ty spędziłeś miło weekend – powiedział do psa, a ten szarpnął i ruszył ścieżką pomiędzy sadem jabłkowym a łąką. Robert już dawno zauważył, że Rysio na ogół nie rozpoznaje słów, tylko reaguje na naglącą bądź pytającą intonację, myśląc, że pan go pogania.

5.

Ciągnięty przez psa rozmyślał nad wymianą dywanu i wykładziny, przykrywających w jego mieszkaniu betonową wylewkę, na parkiet lub podłogę. Rico od początku gubił sierść, a przed nadejściem lata było jej tak wiele, że pani Maria kpiąco zaoferowała mu zrobienie z niej swetra na drutach. Trudno było pozbierać odkurzaczem powbijane głęboko kłaki.
Nie zauważył, że pierwszy raz poszli w stronę dwupiętrowych, kilkurodzinnych domów osiedla wybudowanego niedawno pośrodku pustki. „Jakie miasto, tacy deweloperzy i takie apartamentowce” – mawiała z przekąsem Marzena. W oddali majaczyły wzgórza, gdzie po dwudziestoletniej przerwie wyremontowano i uruchomiono wyciąg narciarski. Nagle Rico przywarł płasko do ziemi, wyciągając przed siebie łapy i kładąc na nich łeb. Zdezorientowany Robert rozejrzał się: dotąd zachowywał się w ten sposób, gdy spotykali lub mijali za płotem suczkę. Tutaj zza zakrętu wyszła kobieta. Nawet nie zdążył przyjrzeć się jej, kiedy pies skoczył tak raptownie, że wyrwał mu się i rzucił się na nią. Zszokowany Robert nie był w stanie zareagować, ale szybko pojął, że to nie atak. Rysiek wprawdzie uderzał ją przednimi łapami w piersi aż się chwiała, ale przy tym lizał ją po twarzy, piszczał, a ogonem wymachiwał tak, że wydawało się, jakby to ogon kręcił jego tułowiem.
– Teraz to pański pies? – spytała, kiedy Rico opadł na cztery łapy i zaczął biegać wokół niej jak oszalały.
– Bo ja wiem? Chyba to raczej ja jestem jego człowiekiem. Robert. – Wyciągnął do niej rękę.
– Małgorzata. – Spojrzała na niego z namysłem. – Przez niemal półtora roku byłam jego człowiekiem. Ja i hm… mój były mąż. Niestety, po rozwodzie nie byłam w stanie się nim zaopiekować. Wracam do domu o dziewiętnastej, dwudziestej, zwariowałby sam od rana. Dzisiaj udało mi się wyrwać dwie godziny wcześniej i dzięki temu wyszłam na spacer.
– Szczęśliwy zbieg okoliczności – stwierdził, patrząc na jej wzruszenie.
– Moja mama zawsze mówiła, że nie umiem ukrywać emocji i zawsze jak coś się stanie, to widać u mnie na twarzy. – Uśmiechnęła się.
Spacerowali we trójkę jeszcze przez dwie godziny. Na koniec Robert zaproponował, że mogłaby w weekendy wyprowadzać Rico, a na urlopie nawet wziąć go do siebie.
– Prędzej nadejdzie uwiąd starczy i miażdżyca, niż mój urlop. Zresztą nie jestem pewna, czy dobrze zrobiłoby to Rysiowi i mnie. Już raz go porzuciłam. O jeden raz za dużo – ucięła.

6.

Dopiero, gdy zobaczył ją siedzącą na betonowym słupku, zorientował się nie tylko, iż bezwiednie poszedł tą samą drogą co wczoraj. Uświadomił sobie również, że poprzedniego wieczoru Marzena nie zdominowała jego rozmyślań po raz pierwszy od dnia, kiedy powiedziała: „nie ma co dalej brnąć w tę pomyłkę” i wyprowadziła się w ciągu niespełna dwóch godzin, bo ciuchy miała już spakowane, a formalności administracyjno-prawne ograniczyli do podziału kosztów ostatniego czynszu i rachunków za media.
Wspominał za to Gosię, ich długą rozmowę, jasnobrązowe włosy, ciemnoniebieskie oczy w dużej, jasnej twarzy, nos jak gruszka marszczący się niekiedy w zabawną trąbkę, usta bardzo szerokie o nieregularnym rysunku. Figurę przysadzistą, ale zgrabną i wydatny biust.
– Niespodzianka – powiedział, kiedy już odzyskała równowagę po równie entuzjastycznym, co wczoraj, przywitaniu Rico.
– Zmieniłam zdanie, żeby zamanifestować swoją kobiecość.
– Do twarzy ci z tym – odrzekł, na co ona schyliła się do leżącego u jej stóp plecaczka, ekstatycznie obwąchiwanego przez psa. Wyjęła duże, plastikowe pudełko po lodach.
– Mam placek z wiśniami. Wiem że Rysio go uwielbia, ale może i ty polubisz. – Patrzyła na niego spokojnie; nie zalotnie, nie wyzywająco, bez stresu oczekiwania, nadziei. Czuł słodki zapach ciasta, do którego dała sporo cukru i kwaskowy aromat owoców.
Później był to dyżurny żart, ilekroć upiekła coś dla ich trójki. Robert pytał, co zrobiłaby tamtego dnia z plackiem, gdyby nie poszli tą drogą. Ona odpowiadała, że zawsze jest gotowa zjeść cały, bo szczęśliwie słodycze idą jej w biust, a nie w biodra.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.