Zapaśnik, przemytnik, szczęściarz

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 23 grudnia 1997 r. Autor: Piotr Płatek.*

„Mój serdeczny przyjaciel, a zarazem mój idol z lat młodzieńczych. Dużej klasy cwaniak z polotem i fantazją. Dzisiaj już dziadziuś dorabiający przy zapasach. Pospolity krakus…” – tak Wacława Orłowskiego charakteryzował Roman Wrocławski w książce „Czy to prawda?”.
Orłowski jest jedną z najbarwniejszych postaci zapaśniczego światka. Był wybitnym zawodnikiem (np. brązowym medalistą MŚ w Bukareszcie, jedynym Polakiem, który dwukrotnie wygrał prestiżowy turniej Petrowa i Kołowa), jest wysoko postawionym działaczem i sędzią międzynarodowym.

Dzielnica cudów i cudaków

Urodził się w krakowskiej dzielnicy Wesoła, która taka była w istocie, nie tylko z nazwy. Obejmowała m.in. rejon Parku Strzeleckiego, Dworca Głównego, okolice Ronda Mogilskiego. Zawsze miała złą sławę, roiła się od różnego kalibru rzezimieszków. Siłą rzeczy Wacek, który przyszedł na świat przy ul. Lubicz, wyrastał w środowisku łobuzów, pijaczków, złodziei i dziwek. W dzielnicy cudów i cudaków.
Do sportu trafił w sposób prosty i naturalny. Mieszkał tuż obok hali Olszy. Na dodatek ojciec (z zawodu elektryk) i matka byli gospodarzami tego obiektu. Hala była jego drugim domem. Miała ponadto ten plus, że można było z niej wyżyć. Na sobotnich zabawach, tzw. Meksyku, zawsze parę groszy wpadło za pomaganie w bufecie. Dorabiało się też na pustych flaszkach zebranych po imprezie i oddawanych do punktu skupu.


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Wacek mógł uprawiać każdą dyscyplinę i korzystał z tego skwapliwie. Grał m.in. w siatkówkę, piłkę nożną, boksował. Pięściarstwo rzucił, ponieważ nie lubił dostawać po głowie. Ze względu na predyspozycje, znakomite warunki fizyczne i siłę, najlepiej czuł się w zapasach, które w tamtym czasie były zresztą bardzo popularne. W Krakowie i okolicach działało kilkanaście sekcji, w mistrzostwach miasta brało udział po stu zawodników. Wacek trenował oba style, klasyczny i wolny.
Niestety, w końcówce lat pięćdziesiątych sekcję zapaśniczą w Olszy rozwiązano. Co lepsi zawodnicy trafili do innych klubów, Wacek nie miał jeszcze „nazwiska” i został na lodzie. Rozbrat z zapasami trwał dwa lata. Nieźle zapowiadający się zapaśnik został w tym okresie piłkarzem. Grał w trampkarzach, później juniorach Cracovii. Epizod z futbolem przerwał Jerzy Grzywiński, starszy klubowy kolega Wacka, przyjaciel rodziny. Dorabiał jako trener w Dalinie Myślenice, namówił Orłowskiego, by wrócił do zapasów. Na treningi woził Wacka na tylnym siedzeniu prestiżowego na owe czasy, motocykla avo simson. Jednym z pierwszych występów Wacka był mecz przeciwko Koronie, zapamiętał go, bo po dwóch latach przerwy w treningach odniósł zwycięstwo nad faworyzowanym Grzybkiem.

Był rok 1962. Zbliżały się mistrzostwa Polski juniorów. Wacek pojechał do Torunia, w kraju nikt go jeszcze praktycznie nie znał. Po zawodach sytuacja zmieniła się diametralnie. Orłowski zdobył tytuł najlepszego w kategorii 78 kg. Został zauważony.
Miał wtedy 17 lat. Treningi (trzy razy w tygodniu) w Dalinie już mu nie wystarczały. Zaczął chodzić na zajęcia do innych klubów. Odwiedzał sale Bieżanowianki, Garbarni, Zorzy Górka Narodowa. Pobierał nauki u różnych trenerów, w tym legendarnego Władysława Bajorka, także u Mieczysława Radonia. Miał możliwość zetknięcia się z różnymi stylami walki, zapaśniczymi szkołami.
Wkrótce otrzymał powołanie do kadry narodowej juniorów. Pojechał do Elbląga na turniej nadziei olimpijskich. Zawody miały międzynarodową obsadę. Wacek nie zawiódł, zdobył brązowy medal. Był już na topie. Błyskawicznie pojawiły się oferty zmiany barwa klubowych. Działacze zainteresowani pozyskaniem Wacka odwiedzali Myślenice, składali wizyty w mieszkaniu przy ul. Lubicz.

Opony za zapaśnika

W 1964 r. z Górnika Wesoła napłynęła bardzo konkretna propozycja, złożona przez trenera Bernarda Knittera, dwukrotnego olimpijczyka. Wacek, wówczas uczeń technikum hutniczego w Nowej Hucie, został zaproszony na Śląsk. Gospodarze w swej naiwności pokazali mu kopalnię, zapewniając, że fedrowanie nie wchodzi w grę. Wacek zjechał na dół, zobaczył górniczy trud i mocno się przestraszył. Działaczom nie powiedział „nie”, ale oferta z Wesołej przestała go rajcować. Na dodatek słowa nie dotrzymał Knitter, który w Krakowie, na finalizujące transfer rozmowy, miał pojawić się w sobotę.
Nie pojawił się, a w niedzielę przyjechał klubową nysą wysłannik dębickiej Wisłoki, Włodzimierz Węgrzyn. Obiecał etat w Zakładach Opon Samochodowych, załatwienie problemu służby wojskowej. Wacek długo się nie zastanawiał, wsiadł w samochód i pojechał obejrzeć nowe miejsce zamieszkania – hotel robotniczy. Do Wisłoki ostatecznie przekonał się po rozmowie z dyrektorem zakładów, Henrykiem Martyniukiem.
Pertraktacje z Dalinem były już czystą formalnością. Wacek przeszedł do Dębicy za 240 złotych (tyle kosztował jego sprzęt) i komplet opon, które trafiły do jednego z prezesów myślenickiego klubu.

Wisłoka zrobiła znakomity interes, Wacek spełniał pokładane w nim nadzieje. Szybko zaczął się liczyć w gronie seniorów. W Jeleniej Górze, na Ogólnopolskiej Spartakiadzie sięgnął po „brąz”. W Katowicach wygrał międzynarodowy turniej im. Pawła Jasińskiego, pokonując mistrza świata Bułgara Petyra Krumowa. Po takim sukcesie miał już pewne miejsce w kadrze seniorów.
Szczególnie w pamięć zapadł mu pierwszy tytuł mistrza Polski, wywalczony w 1966 r. w Siemianowicach. Sprawił mu szczególną satysfakcję, bowiem jeszcze przed zawodami „złoto” z góry zapisano Czesławowi Kwiecińskiemu, zawodnikowi Siły Mysłowice. Prezesem tego klubu był ówczesny poseł na Sejm, Roman Stachoń. Dużo mógł, należało się z nim liczyć. Już pierwsza walka potwierdziła, że wszystko będzie przebiegało według ustalonego scenariusza, że układ jest nie do ruszenia. Orłowski i jego rywal – broniący tytułu mistrzowskiego Włodzimierz Smoliński z warszawskiej Legii, nazywany „Ptasznikiem” (był namiętnym hodowcą kanarków i innych ptaków) – zostali ukarani obustronną dyskwalifikacją. Wacek znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, wszystkie następne walki musiał wygrać, rzucając przeciwników na plecy. I stała się rzecz nieprawdopodobna, na łopatkach wylądowali Kwieciński (był dopiero trzeci) i Andrzej Skrzydlewski. Orłowski zdobył czwarte kółko olimpijskie, pojawiła się szansa wyjazdu na igrzyska do Meksyku. Szansa w pełni wykorzystana.
– Przy ustalaniu składu na olimpiadę też zadziałały układy. Żeby wysłać Kwiecińskiego, zaczęto kombinować z wagami. Czesiek musiał zbijać, żeby wystąpić w kategorii 87 kg. Mnie przesunięto do 97 kg. To nie mogło przynieść dobrych efektów. W Meksyku Kwieciński znalazł się poza czołową ósemką, ja byłem szósty.

Przemytnicy

W Szwecji, podczas jednego ze swoich pierwszych zagranicznych wyjazdów, zobaczył inny świat. Przeżył kolorowy zawrót głowy.
Wtedy po raz pierwszy zetknął się z handlem. W Skandynawii najlepiej opłacało się wówczas „wchodzić” w płaszcze ortalionowe i zegarki marki Atlantic. – Podczas jednej z handlowych wypraw Czesiek Korzeń omyłkowo zostawił u Żyda (kupowało się u niego najtaniej) 70 zegarków. Konsternacja! Co robić? Następnego dnia jeszcze raz przeszliśmy tę samą trasę i przeżyliśmy kolejny szok. Właściciel sklepu po prostu nas rozpoznał. Zwrócił zegarki, taniej sprzedał płaszcze ortalionowe. W Polsce byłaby to sytuacja nie do pomyślenia.
Wtedy Orłowski wygrał na turnieju dwie walki i momentalnie otrzymał propozycję zostania w Szwecji. Identyczną ofertę złożono walczącemu trenerowi, Tadeuszowi Popiołkowi. – Podlany na bankiecie Węgrzyn też zapałał gorącą miłością do zimnokrwistych Szwedów. W dniu wyjazdu na lotnisku nie pojawili się Popiołek i Węgrzyn. Ja po stoczeniu wewnętrznej walki postanowiłem wracać. Oczywiście, zrobiła się afera, z ekipą był przecież „towarzysz”, ucho SB. Kręcący się wokół lotniska Popiołek i Węgrzyn w ostatniej chwili na szczęście zmienili zdanie. Wróciliśmy w komplecie.

Wisłoka rosła w siłę, głównie dzięki Włodzimierzowi Węgrzynowi, znakomitemu organizatorowi, menedżerowi i trenerowi, który jako jeden z pierwszych w Polsce płacił za punkty i stworzył w Dębicy półzawodowy klub.
Załatwiał wszystko i każdego, kogo chciał. Szybko w Dębicy pojawili się Kazimierz Michalik (Bieżanowianka), Ryszard Długosz (Bieszczady Rzeszów), Stanisław Syrecki (Drukarz Warszawa), Skrzydlewski (PTC Pabianice), Jerzy Setkowicz i Janusz Jach (obaj Garbarnia Kraków).
Węgrzyn miał niesamowitego nosa. Kupił także Jana Michalika, który nie mieścił się w podstawowym składzie Siły Mysłowice. Tymczasem w ciągu roku Janek skasował wszystkich w Polsce, także tych z Siły, potem został najlepszą „muchą” w Europie.
W Dębicy opartej na gwardii zaciężnej (jedynym wychowankiem mającym miejsce w drużynie był Korzeń) trwał zapaśniczy boom. Wisłoka awansowała do I ligi, zaczęła odnosić międzynarodowe sukcesy. Prawie z niczego stworzono potęgę, którą rządził Węgrzyn. Ze znakomitym skutkiem. Zapaśnicy Wisłoki zdobyli Puchar Europy, w Pucharze Świata wywalczyli trzecią lokatę.

Z całej Europy napływały zaproszenia, Wisłoka jeździła po świecie. Zapaśnicy jak mało kto mieli rozeznanie, co, gdzie i za ile idzie. Do Sniny w Czechosłowacji wozili spirytus i swetry góralskie, z powrotem buty i koszule non-iron.
– Mieszkaliśmy w ośrodku campingowym – opowiada Orłowski. – My prawie nie piliśmy, za to bankiety z udziałem działaczy trwały do białego rana. Wiadomo, kto wtedy jeździł z ekipą – ludzie z zakładów oponiarskich, towarzysze z komitetu. Na co dzień przykładni mężowie, ojcowie, pracownicy, za granicą zamieniali się w balowników. Gorzała lała się litrami. W tankowaniu Włodek Węgrzyn był mistrzem. W Sninie jak zwykle ostro się podlał. Siedzieliśmy w restauracji. Upał do potęgi. Spocony i zmęczony Włodek, ważący wtedy około 120 kg, w pewnym momencie poprosił mnie o włączenie wiatraków. Ja polecenie spuściłem na Wojtka Sobkowskiego (nasz kolejny nabytek, w mojej wadze, przyszedł z Budowlanych Olsztyn). Byłem kapitanem drużyny. Wojtek prośbę spełnił bez szemrania. Poszedł na zaplecze i zaczął włączać różne przyciski, co popadło. Wiatraki ruszyły, ale przy okazji w basenie przepływowym, napełniającym się co dwa tygodnie, zaczęła opadać woda. Kierownik obiektu, na którym tego samego dnia miały się odbyć międzynarodowe zawody pływackie, wpadł w szał. Wściekły podszedł do naszego szefa, Węgrzyna. Pijany Włodek, prawie nie widzący na oczy, sprawę skomentował krótko: „Nie p…l, woda jest w basenie”. Ażeby to udowodnić, wszedł na słupek i skoczył. Na beton! Po zetknięciu z twardym podłożem wyglądał jak Indianin, jego twarz stała się czerwoną maską. Sprawę udało się w końcu załagodzić, ale po powrocie do Dębicy Włodek przez tydzień nie wychodził z domu.

W handlu działali w podgrupach. Józef i Kazimierz Lipieniowie trzymali się z Jerzym Herdusiem. Wacek miał sztamę ze swoim krajanem Setkowiczem, Michalikiem i Syreckim. Wrocławski najlepiej czuł się w towarzystwie Wiesława Kucińskiego. – Po pijanemu oprowadzał go na smyczy po Dębicy. Wiesiek szczekał, kiedyś ponoć pogryzł przygodnego przechodnia.
Handlowe uderzenie szło w dwóch kierunkach. Do Skandynawii wozili alkohol i papierosy, wracali z ciuchami. W Związku Radzieckim najlepiej szły dżinsy, chusty przeplatane złotą nitką, osławione płaszcze ortalionowe. W drugą stronę jechało złoto, drogie kamienie, korale, autentyczne ikony, samowary z Tuły pamiętające czasy carskiej Rosji.
Wysoko notowany był kontakt z Bułgarami, z milicyjnym klubem Spartak. Przekroczenie granicy w Ruse było zawsze formalnością. Dbali o to działacze Spartaka, żyjący w znakomitej komitywie z celnikami. Wspólnie zamykali się w jednym z przedziałów i dawali ostro w szyję. O jakiejkolwiek kontroli nie było mowy. Najlepiej szedł plusz na firanki i zasłony. Po sprzedaży bułgarską walutę zamieniano na marki i do domu.

Zajście na przejściu

Wacek zapamiętał także jeden z wyjazdów do wschodnich sąsiadów, zajście na przejściu granicznym w Przemyślu. – Był lipiec, upał nie do wytrzymania. Do wagonu wpadli celnicy. Jak to było wtedy w zwyczaju – wszyscy pasażerowie musieli opuścić przedziały. Tymczasem Włodek Węgrzyn jak zwykle ostro się urżnął. Zdrzemnął się i spadł między kuszetki. A ważył wówczas ok. 160 kg. Szybko trzeba było podjąć jakąś akcję. Do podniesienia i wyniesienia Włodka zgłosiła się bardzo mocna ekipa. Pomagali mi Setkowicz i Skrzydlewski. Nie daliśmy jednak rady. Włodek ważył za dużo. Celników nie przekonywały żadne argumenty. Emocje narastały, temperatura rosła, a „kamandir” leżał w przedziale. Istniało zagrożenie, że drużyna nie opuści Polski. Bardziej wyrozumiały okazał się naczelnik celników, którzy doszedł wreszcie do wniosku, że z powodu panującej duchoty nasz szef miał prawo zasłabnąć.

Przygodami kończyły się zwykle wyjazdy do Rumunii (kolejny dobry kontakt – z Rapidem Bukareszt). Jedna z takich wypraw przypadła w okresie urodzin Węgrzyna. Tradycyjnie, gospodarze byli bardzo szczodrzy. Solenizantowi wręczono rakiję w dużych ilościach, zapaśniczej drużynie zaś – antałek z winem. Zafundowano rejs po delcie Dunaju.
To był ostatni dzień imprezy. Płyniemy statkiem, komary gryzą do zarypania. Wszyscy jesteśmy w bąblach, moskitierę miał jedynie kapitan, podlewany stopniowo rakiją przez Włodka. Steru pilnował… majtek oraz Setkowicz i Sobkowski mający zielone pojęcie o nawigacji. Majtek tez spożywał wysokoprocentowe trunki, nic dziwnego, że w pewnym momencie straciliśmy kontrolę nad statkiem. Majtek i kapitan padli, brakło paliwa, brzegu ie widać, łajba dryfuje. A Rumunii czekają z kolacją. Na dodatek kawalarz Syrecki rozebranemu jak do rosołu Węgrzynowi schował ubranie pod kołem ratunkowym. Włodek w samych galotach, przy swojej wadze, wyglądał koszmarnie. Pieklił się i awanturował. W końcu wytrącony ze snu kapitan zaczął działać. Sprał wiosłem majtka, cud, że nie przetrącił mu kręgosłupa. Znalazł w ładowni dodatkowe paliwo. Szczęśliwie doprowadził statek do portu, ale tu znów pojawiły się problemy. Węgrzyn nadal nie miał ubrania i nie chciał zejść z pokładu. Tymczasem na brzegu – a zrobiła się noc – czekała rumuńska delegacja, mocno zdenerwowana zniknięciem statku. Gotowa, dla Węgrzyna, do otwarcia sklepów z ubraniami, do wynajęcia krawcowej, która uszyje nietypowe spodnie. Na szczęście, Syreckiemu zmiękło serce, oddał ubranie. Nocny bankiet mógł dojść do skutku.

600 butelek w 25 minut

Słynne były wyprawy do Finlandii. Burmistrz dwutysięcznego miasteczka Lapua na wieść o przyjeździe zapaśników Wisłoki zamykał oczy. Ekipa wiozła z reguły około 500 butelek wódki. – Torby urywały ręce, po drodze zapasy uzupełnialiśmy w Leningradzie. Finał był zawsze taki sam. Całe miasto było pijane. Finowie pokotem leżeli na ulicach.
Zapaśnicy działali błyskawicznie i perfekcyjnie. W ciągu 25 minut potrafili schować w wagonie 600 butelek. Rozkręcali dachy pociągów, siedzenia, oparcia.
Pewnego razu jeden z Lipieni (zawsze miałem problemy z ich rozróżnieniem), leżąc na ziemi i badając teren, stwierdził, że między siedzeniami jest luka. Tam upchaliśmy towar. Nie wszystko się zmieściło. Jasiu Michalik swoje flaszki schował do stojącego w przedziale wiadra ze szmatami. Wchodzą celnicy. Niby wszystko jest cacy, a tu nagle w wiadrze zaczynają dzwonić butelki. Jasiu nie próbował nawet kombinować. Całość poszła do depozytu, w drodze powrotnej działacze znów mieli niezłą zabawę.
– Do Goeteborga wieźliśmy jeszcze więcej: około 700 butelek plus kryształy. Mieliśmy pozwolenie ówczesnego trenera, Zygmunta Dmowskiego i kierownika reprezentacji, Józefa Grotkowskiego. Ładunek był tak wielki, że wygiął dach jednego z przedziałów. Ze spółdzielni (istniał spis, kto ile wiezie) wyłamał się jedynie Edward Wojda. Szmuglował 54 flaszki i nieopatrznie wygadał się o tym na promie do Trelleborga.
– Szwedzcy celnicy dostali widocznie cynk, bo po zacumowaniu już na nas czekali. Nic nie znaleźli, bo cały transport został w wagonie. Byliśmy załamani, taka strata. Po turnieju, gdy już wyjeżdżaliśmy, wagon cudem odnalazł się na bocznicy, wypatrzył go Wojda. Postanowiliśmy gorzałę za wszelką cenę odzyskać. Na wiadukcie stali Dmowski z jaśkiem Michalikiem i baczyli, czy nikt nie idzie. Po towar poszedłem ja, Wojda, Grzesiek Bąk i Józek Grzyb. Jesteśmy w wagonie, śrubokręty w ręce, a tu do akcji wkracza szwedzka policja, brygada w kominiarkach. Bąk, kawał chłopa, tak się przestraszył, że aż się skurczył i zmieścił do stacji trafo. Policjanci znaleźli jedynie towar Wojdy. Wylądowaliśmy w komisariacie. Wpadka, największa w mojej karierze, kosztowała nas po 450 złotych, które trzeba było zapłacić w szwedzkiej ambasadzie w Warszawie.

W Wisłoce i kadrze Wacek słynął z mocnej głowy. Jeszcze dziś – a 1 stycznia skończy 52 lata – bez konsekwencji może w siebie wlać dwa litry wódki. W piciu był nie do pokonania, ale nigdy nie robił tego przed zawodami.
Próbowali mi dorównać Setkowicz, Sobkowski, Syrecki i Wrocławski. Bez powodzenia. Romek był natomiast niekwestionowanym królem przemytu. Zawsze szedł na całość, a w razie wpadki wrabiał któregoś z kolegów. Tak postąpił przy okazji wyjazdu do Turcji, przemycając azotan srebra. Ten związek ma to do siebie, że brudzi ręce, jest trudno zmywalny. Gdy doszło do wpadki, Romek miał wyraźne ślady na dłoniach. Wyszedł jednak ze sprawy czysty. Obiecał uczestniczącemu w przemycie Kowalskiemu, pseudo „Usteczka” lub „Buzieńka”, że sprawę odkręci w Dębicy i zrekompensuje straty finansowe. Pod warunkiem, że Kowalski wszystko weźmie na siebie. Po powrocie „Buzieńka” pieniędzy nie powąchał, miał natomiast „zasrane” papiery. Oto cały Romek.

Nietykalni

Żadne ekscesy nie przeszkodziły zapaśnikom w zdobywaniu najwyższych laurów, tytułów mistrzów olimpijskich i świata, naszyjników medali z największych imprez.
W ich środowisku nie brakowało również panienek. Przywołajmy książkę Wrocławskiego: „Król Supron (…) stworzył (…) perpetuum mobile. Słynna szafa (…) metoda, która przeszła do historii pod potoczną nazwą „na skoczka”. Korzystali z jej możliwości zakompleksieni i nieszczęśliwi z niewyjściowymi twarzami. „Zwierzątka”, inaczej – panienki, zapraszane były do pokoju na igraszki miłosne z ulubieńcem i wybrańcem. Firmujący twarzą sprawę stwarzał nastrojową atmosferę, wprowadzał niebożątko w błogostan. Panienka będąc w ekstazie seksualnej, przewracana była na brzuch, dla odmiany i urozmaicenia. (…) nie zdawała sobie sprawy, że skoczkowie ukryci w pokojowych szafach lub za kotarami okiennymi, zmieniali kolegę (…)”.

Gdy w Dębicy zjawili się mający duże potrzeby Szwedzi, Włodek Węgrzyn po towar wysłał Wacka. – Szef załatwił autobus, oddelegował kierowcę i do pomocy jeszcze jednego krakusa, Jurka Setkowicza. Pojechaliśmy na łowy do Rzeszowa, do restauracji „Rzeszowska”. Po konsultacji z portierem wyciągnąłem trzy panienki i dostarczyłem jak na tacy Skandynawom. Nocne bale zakończyły się awanturą przy śniadaniu. Okazało się, że panienki zniknęły, a przy okazji, mającym słabe głowy, Szwedom wyparowały portfele. Zagraniczni goście, mimo kaca, nie zamierzali odpuścić, domagali się zwrotu pieniędzy. Ugłaskało ich dopiero ekstra kieszonkowe załatwione przez niezastąpionego Węgrzyna. Sprawę kradzieży zatuszowano, milicja nie interweniowała.

– Kiedyś chcąc uczcić urodziny syna, w hotelu przy ul. Piaski (nazywanym Domem Wariatów, bo pokoje nie miały klamek) zorganizowałem małe przyjęcie – wspomina Orłowski. – Potem poniosło nas do „Bajki”. Po drodze trochę nas przypiliło, musieliśmy udać się za potrzebą. Towarzyszyli mi Syrecki, Setkowicz i Sosnowski. Zrobiliśmy to pod jedną z dębickich kamienic, w której właśnie odbywała się balanga. Ktoś nas zobaczył, z bramy wypadło kilku klientów. Doszło do bijatyki, zadzwoniono po milicję. W gaziku i na komendzie najbardziej stawiał się Sosnowski. W celi zaczął udawać chorego, skarżyć się na ból głowy. Złośliwi milicjanci wezwali pogotowie, zawieźli go do szpitala. Po prześwietleniu ogolili głowę do zera. Jak kryminaliście. Na tym się, na szczęście, skończyło. Ówczesny wiceprezes klubu, Brzostowski nie dał nam zrobić krzywdy. Goście, z którymi mieliśmy starcie, trafili na kolegium, zostali ukarani.

***

Wacek ma słowiańską duszę. Prostolinijny, szczery, uczciwy, gościnny. Handlował, przemycał, ale kto ze sportowców w tamtych czasach tego nie robił? On, w przeciwieństwie do wielu kolegów, potrafi się do tego przyznać.
Mimo upływu lat jest znakomitym kompanem, duszą towarzystwa. Sprawnym organizatorem i działaczem. Nie można go nie lubić. Po dwóch nieudanych małżeństwach znalazł kobietę życia, idealną kochankę, matkę i gospodynię. Podobnie jak żona, kocha zwierzęta (chowa cztery owczarki niemieckie oraz dwa maleńkie, domowe york terriery). Uważa, że kto lubi zwierzęta, jest lepszy dla drugiego człowieka.
W chwilach wolnych od wizyt na zgrupowaniach kadry czy w związku, zbiera zioła, pomagając żonie, zgodnie z rodzinną tradycją zajmującej się ziołolecznictwem. Święta zawsze spędzają w gronie najbliższych i przymusowo bez alkoholu. W tej kwestii Wacek od lat jest konsekwentny.

Wiedzie spokojny żywot rencisty. Wcześniej prowadził restaurację, sklep chemiczny, małą gastronomię, spółkę budowlaną. Żyje dostatnio, z niegdyś zarobionych pieniędzy. W przeciwieństwie do Wrocławskiego, nie zostawił ich w kasynie, nie przegrał w ruletkę. Jeśli siada do stołu, to z reguły wstaje z grubszym portfelem. Nie gardzi brydżem, małym pokerkiem. Miał kilka znaczących wygranych w Multi Lotku.
Uważa się za szczęściarza i ma niewątpliwie rację.
PIOTR PŁATEK

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.