Żar wygasłych uczuć

Seria porażek piłkarzy Wisły Kraków w Lotto Ekstraklasie rozciągnęła się do sześciu i aż na trzech właścicieli klubu. Dzisiejsza – 1:5 ze Śląskiem Wrocław – była jedną z najdotkliwszych na własnym stadionie w trakcie minionego ćwierćwiecza.

Lipcowa przegrana z Arką Gdynia zdarzyła sie jeszcze, gdy Wisłę SA kontrolowała Tele-Fonika. Cztery kolejne za kadencji Jakuba Meresińskiego (formalnie jego firmy projekt-gmina.pl). W tym tygodniu, po ciągu skandali wywoływanych przez ujawniane fakty z przeszłości Meresińskiego, Spółkę Akcyjną przejęło od niego Towarzystwo Sportowe Wisła. I jak w szatańskim scenariuszu – drużyna straciła najwięcej bramek od czasu, kiedy poprzednio sekcja piłki nożnej była pod skrzydłami TS. Tyle że słynne 0:6 z Legią Warszawa, z czerwca 1993 r., też miało swój scenariusz… Natomiast czterobramkową różnicę ostatnio zaaplikował wiślakom przy Reymonta Groclin Grodzisk Wlkp. (0:4 w maju 2007 r., z trzecim golkiperem w składzie).
Trener gości, Mariusz Rumak kokietował nieco podczas konferencji, twierdząc, że pierwsza połowa była trudna, bo jego podopieczni źle rozwiązali kilka sytuacji. – Gdy tu jechałem nie byłem wcale pewny sukcesu, zawsze w Krakowie było ciężko – zwierzał się. – Kiedy prześledziłem wyniki, to zwykle mieliśmy albo 1:1, albo 1:0 dla Wisły, albo 0:0.
Prawdą jest jednak, że wrocławianie jeszcze przed uzyskaniem prowadzenia stwarzali zagrożenie: z około 20 metrów uderzali Alvarinho i Łukasz Madej – pierwszy niecelnie, w drugim przypadku paradą piąstkował spod poprzeczki Michał Miśkiewicz. Wreszcie jednak nastąpiła akcja zaczerpnięta jakby z rugby: Alvarinho wbiegł pierwszy, ściągnął dwóch obrońców, a gdy jeden zablokował mu drogę, zrobił nawrót i wycofał do Kamila Bilińskiego. Ten po kilku krokach kopnął po ziemi obok bramkarza.

Rostrzygnięcie przyniósł natomiast rajd Madeja w 69. minucie, przy stanie 1:1. 34-letni prawoskrzydłowy gonił i gonił wzdłuż linii bocznej, nikt z miejscowych nie potrafił go wyhamować, wreszcie dośrodkował, Biliński ni to przedłużył, ni nie trafił w piłkę, ale Ryota Morioka z wyczuciem zamknął całość. Dwie minuty później po wrzutce z wolnego, z lewej strony byłego wiślaka, Ostoi Stjepanovicia, celnie główkował nie niepokojony Filipe Goncalves. I było po zabawie. – Zrobiło się więcej miejsca na boisku – analizuje Rumak, którego zespół w poprzednich sześciu kolejkach zwyciężył tylko raz, zdobywając zaledwie dwa gole…
– Poprawiliśmy się dzięki odpowiednim zajęciom treningowym, prowadzonym od kilku tygodni – zapewnia. Dzisiaj dowiedli tego jeszcze dwukrotnie. Najpierw zacentrował z lewej Lasza Dwali, dwóch zawodników skoczyło do futbolówki na środku pola karnego, strącił ją Biliński, spadła pod nogi Morioce, który długo patrzył w oczy Miśkiewiczowi, aż trafił w długi róg. Na deser Stjepanović wyegzekwował „jedenastkę”, podyktowaną za rękę Bobana Jovicia.

Jeszcze niedawno byłby to „mecz przyjaźni”, bo kibice Wisły mieli „zgodę” ze Śląskiem (i Lechią Gdańsk). Na początku lata sojusze się jednak zmieniły, krakowianie są w jednym obozie z Ruchem Chorzów i Widzewem Łódź. Stare uczucia wygasły, ale pojawiły się nowe, równie gorące, w myśl hasła: „nikt nie nienawidzi mocniej niż były przyjaciel”. Nie brakowało wzajemnych wyzwisk, także w kierunku Widzewa, którego ekipa pojawiła się znienacka na prawym skrzydle głównej trybuny, nieopodal sektora gości.
Przyjezdni odpalili race, a wkrótce zarzucili nimi fragment murawy. Spotkanie zostało przerwane na trzy minuty, ale po wznowieniu wrocławianie przestawili się na „ogień pojedynczy”. Jedna raca spadła pod stopami uciekającego Miśkiewicza. Pogubił się też sędzia, bo nie zatrzymał gry, gdy w polu karnym był zbierający materiał pirotechniczny strażak.
Wtedy już odbiór postępowania grupy w zielonych koszulkach był jednoznacznie negatywny, ale wcześniej udało się jej podzielić stadion. Na jej sektorze zawisł transparent: „Śląsk i Lechia pozdrawiają wiślaków z krwi i kości, takich bez płetw i bez ości”, przywitany brawami przez kilka tysięcy widzów z trybuny głównej.

Cały wiślacki obóz zjednoczył się natomiast w aplauzie po wyrównaniu autorstwa Adama Mójty, który silno i wysoko, ale precyzyjnieprzyłożył z karnego, odgwizdanego za zatrzymanie piłki reką przez Piotra Celebana przy lobie Pawła Brożka.
Dużo szarpał Patryk Małecki, w piątkowy wieczór najaktywniejszy i najwartościowszy sportowo z gospodarzy. Do niewielu z jego kolegów da się jednak przyłożyć tę druga miarę. Zresztą w pierwszej połowie zanotowali kilka niecelnych strzałów i dwie „szanse na okazje”. Zrazu Arkadiusz Głowacki nie zdążył wślizgiem do futbolówki lecącej po dośrodkowaniu wzdłuż bramki, a potem uciekła ona Brożkowi, gdy mógł się odwrócić i wyjść sam na sam z golkiperem.
– Jedyne co można powiedzieć, to: „Przepraszam wszystkich, którzy kibicują Wiśle”. Jeśli można, proszę bez pytań, bo mam wiele do przemyślenia – powiedział szkoleniowiec krakowian, Dariusz Wdowczyk i opuścił konferencję prasową.
W powietrzu zawisła jedna zasadnicza kwestia: do jakich zmian personalnych dojdzie przy Reymonta w trakcie dwutygodniowej przerwy na reprezentację oraz do 31 sierpnia, kiedy zamyka się okienko transferowe.
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – ŚLĄSK Wrocław 1:5 (0:1)
Bramki: Mójta 60 k – Morioka 69, 81, Biliński 45, Goncalves 71, Stjepanović 90 k. Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Żółte kartki: Uryga, Głowacki, Guzmics – Kokoszka. Widzów: 13 607.
WISŁA: Miśkiewicz – Jović, Głowacki, Guzmics, Sadlok (46. Mójta) – Mączyński, Uryga (75. Brlek) – Boguski, Zachara (57. Drzazga), Małecki – Brożek. Trener: Dariusz Wdowczyk.
ŚLĄSK: Pawełek – Pawelec, Celeban, Kokoszka, Dwali – Goncalves (90. Idzik), Stjepanović – Madej (90. Dankowski), Morioka, Alvarinho – Biliński (90. Mervo). Trener: Mariusz Rumak.

Pozostałe wyniki i tabelę Lotto Ekstraklasy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.