Zasady myślenia mistrzowskiego

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 26 stycznia 2001 roku

Leżę wygodnie. Rozluźniam po kolei wszystkie swoje mięśnie. Rozluźniam mięśnie twarzy, ramion, rąk, tułowia. A teraz koncentruję się na swojej prawej ręce. Moja prawa ręka: rozluźniona, bezwładna i ciężka. Czuję, że moja prawa ręka jest coraz cięższa. Przyjemnie ciężka. Rozluźniona, bezwładna i ciężka. Moja prawa ręka jest ciężka.” Te słowa, płynące z taśmy magnetofonowej, każdego wieczora powtarza sobie w myślach Adam Małysz. Powolnym, sugestywnym głosem wypowiada je psycholog skoczka, dr Jan Blecharz.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Jeszcze dzisiaj przez wielu ludzi psychologia jest postrzegana jako coś w rodzaju współczesnych czarów, a parającego się nią specjalistę widzieliby oni najchętniej w długiej szacie pokrytej gwiazdkami, ze szpiczastą czapką na głowie i różdżką w dłoni. Wszystkie te wyobrażenia pryskają jak bańka mydlana po wejściu do pracowni Jana Blecharza w Zakładzie Psychologii Sportu krakowskiej AWF. Przy ścianach niewielkiego wnętrza stoją na stolikach specjalistyczne urządzenia, a dane przetwarza towarzyszący im komputer.

Gdy słyszę o psychologii: hipnoza, magia, to mnie trzepie – śmieje się Blecharz. – Chętnie stosuję badania aparaturowe. Zawsze ciągnęło mnie, by z czymś jeszcze tę psychologię wiązać. Dlatego zrobiłem specjalizację z odnowy biologicznej. Zaczynam od pracy z ciałem; ćwiczeń rozluźniających, relaksacyjnych. Na bazie tego stosuję techniki wizualizacyjne, ale w oparciu o czucie mięśniowe: Małysz wyobraża sobie odbicie, poprzez uzmysłowienie, co wówczas czuje w mięśniach. Każdy powie: „Znów facet wraca do biologii. Niby ćwiczenia relaksacji, ale tutaj do aparatury mnie podłącza i patrzy, czy się zmienia tętno, czy oporność maleje”. Stosuję też ćwiczenia oddechowe, autosugestię. Organizm to jest jedność; głowa i ciało, trzeba go najpierw zrozumieć jako całość, a dopiero później na niego oddziaływać psychologicznie. Podobnie – prawdziwym malarzem abstrakcyjnym może być tylko ten, który potrafi zrobić piękną grafikę i namalować świetny portret. Potem może się bawić w „ciapkowanie”. Natomiast jak od tego zacznie – nie jest artystą.

Na skoczni dzieją się ważne rzeczy

Jednocześnie unikam psychologii czysto gabinetowej – zastrzega Blecharz. – Zanim zacznę cokolwiek robić, wczuwam się w dyscyplinę. Poszedłem na skocznię, stanąłem sobie na rozbiegu i popatrzyłem w dół. Kiedy zacząłem pracować ze strzelcami, wziąłem broń, przyłożyłem do policzka, złożyłem się do strzału. Założyłem też łyżwy, żeby poczuć lód. Gdy robiłem ekspertyzę dla spadochroniarzy, nie skakałem wprawdzie razem z nimi, ale towarzyszyłem im w samolocie do ostatniego momentu. Muszę być w hali, na lodowisku, na skoczni, bo tam dzieją się ważne rzeczy. To co zdobywamy tutaj, w pracowni, jest istotne, ale pomocnicze.

Pomocna dla psychologa sportowego jest też empiryczna znajomość wyczynu. Jan Blecharz smak rywalizacji poczuł już bardzo dawno. – Sport kochałem od dziecka, zawsze chciałem coś trenować – wspomina. – Zaczynałem od tego, co było pod ręką; w rodzinnym Okocimiu jeździłem na rowerze. Gdy rozwiązano sekcję kolarską, uprawiałem w Tarnowie lekkoatletykę. Bieganie na 800 i 1500 metrów kontynuowałem w czasie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
Ta miłość nie umarła. Rozmawiając z poważnym już doktorem psychologii odnosi się wrażenie, że nade wszystko jest on kibicem, którego bardziej cieszą sukcesy sportowe Małysza niż związane z nimi własne – zawodowe. Kiedy opowiada o wyczynach skoczka, ekscytuje się i refleksy światła mocniej migotają w szkłach jego okularów. – Adam jako jedyny w 49-letniej historii Konkursu Czterech Skoczni wygrał wszystkie kwalifikacje. Jako pierwszy w łącznej klasyfikacji przekroczył 1000 punktów. Jako pierwszy wygrał z następnym zawodnikiem, który nie jest byle kim, tylko Jane Ahonenem, o przeszło 100 punktów – wylicza, tracąc zwykły spokój.

Pasjonatowi sportu ogromną frajdę sprawia obcowanie z gwiazdami. Blecharz nigdy nie był jej pozbawiony. Poczynając od zgrupowań lekkoatletycznych z kadrą płotkarzy, poprzez dziesięcioletni mariaż z krakowską Wisłą (główną rolę odgrywały w nim klubowe koszykarki), gimnastyczki – Teresę Folgę i Magdę Brzeską oraz strzelców z Renatą Mauer na czele, dwa lata temu trafił do skoczków.

Wygrywa się automatycznie

Wszystkim stara się wpoić zasady stworzone w oparciu o różne warsztaty psychologiczne, a dostosowane do potrzeb sportu. Skomponował je w zbiór sentencji pod tytułem: „Zasady myślenia mistrzowskiego”. Kartka z siedmioma niedługimi zdaniami wisi też w gablotce na korytarzu uczelni, obok zagadnień do egzaminu z psychologii sportu. Najbardziej symptomatyczne są kwestie: „Pamiętam, że psychikę można trenować jak ciało” oraz „Mam wizję rozwoju – prognozując swój rozwój mówię >I can<, czyli >mogę<„.  – Ważne jest, by sobie powiedzieć: „Mnie na to stać, chcę to osiągnąć” – twierdzi Blecharz. – Jednak za tym „Ja chcę” powinna iść świadomość, że aby do tego dojść, muszę zrobić określone rzeczy. Często proponuję sportowcom, aby spisali na papierze taki kontrakt z sobą. Mają napisać, co chcą osiągnąć i do czego się zobowiązują. Pod spodem się podpisują i później sami rozliczają. To działa motywacyjnie, bo głupio jest się wtedy wycofać.

Trzeba mieć też świadomość, że nic nie dzieje się znienacka. Sukcesy Małysza są efektem dwuletniej pracy trenerów i naukowców – podkreśla Blecharz. – Kontakt z grupą skoczków był od początku bardzo dobry. Czuło się, że potrzebują pomocy psychologa. Zaufali mi, bo zobaczyli, że naukowiec nie przyjechał w białym fartuchu; ubrałem się normalnie, sportowo, a na pierwsze zajęcia przyszedłem w dresie.
Dzisiaj wszyscy dociekają przyczyn, obcokrajowcy wypytują o nasze metody. Nic dziwnego, że są ciekawi, bo kiedy byliśmy na seminarium FIS-owskim w Salzburgu, jako najnowsze prezentowano badania sprzed 10 czy 15 lat. Nie widzę jednak powodu, żebyśmy tak zaraz wszystko mieli sprzedawać. Dość powiedzieć, że zbudowaliśmy wspaniałą atmosferę i zmieniliśmy podejście do startów. Wszechobecną w sporcie filozofię rywalizacji zastąpiliśmy dążeniem do skoncentrowania się na elemencie, który się właśnie wykonuje, np. na pojedynczym skoku. Wynik przychodzi wówczas sam, wygrywa się niejako automatycznie.

„Gościu, coś tam zrobiłeś”

Coraz popularniejszy zaczyna być termin „Małyszomania”. O wyczynach skoczka rozprawia się dzisiaj wszędzie: w biurach i fabrykach, w szkołach i środkach komunikacji miejskiej, na ulicach i przy kawiarnianych stolikach. Do nieprzytomności zachłystują się jego zwycięstwami media. – My, Polacy, potrzebowaliśmy jakiegoś sukcesu, dowartościowania – Jan Blecharz stara się wyjaśnić przyczyny ogólnokrajowego szaleństwa. – Poczuliśmy się dobrze, bo kandydujemy do Unii Europejskiej i ciągle mówi się, że to czy tamto jest u nas słabsze. Nagle okazuje się, że daliśmy światu – mówiąc trochę brzydko – produkt najwyższej jakości. Produkt stworzony w Polsce, z polskiego materiału. Normalny, przeciętny chłopak z małej miejscowości, który pracował w naszym kraju z rodzimymi trenerami, wsparty polską nauką, pokonał koalicję wyśmienitych zawodników z zagranicy.

Część splendoru spadła też na psychologa. Do Krakowa zawitała niedawno niemiecka telewizja, aby nakręcić materiał poświęcony jemu oraz drugiemu z naukowców „Polskiego teamu” – profesorowi Jerzemu Żołądziowi. O braku środków na wyjazd obu do Stanów Zjednoczonych rozprawiają nawet gospodynie domowe. – Byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że się nie cieszę, iż została doceniona dyscyplina, którą uprawiam – nie kryje Blecharz. – Stoję pod skocznią, przeżywam, gdy grany jest „Mazurek Dąbrowskiego” i myślę sobie: „Gościu, coś tam zrobiłeś, przyczyniłeś się, żeby do tego doszło”.
Z drugiej strony uważam, że w sporcie są dwie gwiazdy – zawodnik i jego trener. Ja pomagam, ale sukces jest ich. Zawsze też ostrzegam: „Nie róbcie z psychiki fetyszu”. Psychologia wszystkiego nie załatwi; najpierw musi być sprawne, dobre ciało, trening, fizjologia i odnowa, a dopiero potem psychologia.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj