Zatańczę ze stuletnią damą

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 14 maja 2004 r.

Jestem pan Maleńczuk, syn Edwarda, moja głowa to bomba, a pięść to petarda„. Artysta szokujący niektórych stylem bycia. Undergroundowy muzyk lat 80., który występował w komercyjnym „Idolu” i podpisał kontrakt z wielką wytwórnią. Krytyczny komentator polskiej rzeczywistości i bezlitosny szyderca. Kibic najstarszego klubu w Polsce i wnikliwy obserwator wydarzeń sportowych. MACIEJ MALEŃCZUK.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Skąd się wzięła sympatia dla Cracovii? Niektórzy kibice swoje przywiązanie do „Pasów” tłumaczą tak: „dziadek był kibicem, ojciec też, więc i ja jestem”.
– Bardzo istotna jest tradycja tego klubu. Sama nazwa, Cracovia, jest taka starożytna, te paski biało-czerwone o czymś świadczą. Czerwone koszulki Wisły z gwiazdą też coś mówią, ale niech już każdy sam to sobie wyświetli (śmiech). Natomiast na pewno barwy Cracovii mówią jedno – że jest to polski klub. Klub, który ma tradycje robotnicze i nie ma żadnych tradycji policyjnych. Jednak może powiem teraz coś niepopularnego, ale jeżeli Wisła gra ładnie i odnosi sukcesy, to również jej kibicuję, nie jestem kompletnym szowinistą.
– Pociągała pana martyrologia klubu gnębionego w czasach komuny?
– Nie, zawsze byłem za Cracovią. Już wiem dlaczego! Bo mój wujek był kibicem i dziadek też (śmiech). Jedyna niemiła rzecz, którą mogę powiedzieć o Cracovii, to tyle, że kiepsko gra w piłkę. Najchętniej kopnąłbym kogoś w tyłek, żeby wreszcie znalazła się w ekstraklasie i żeby mogła jak równy z równym rywalizować z Wisłą, bo przecież teraz dostalibyśmy od tej czerwonej gwiazdy. Mnie nie interesuje Cracovia w drugiej lidze, mnie interesuje tylko i wyłącznie Cracovia w ekstraklasie. Kiedy zespół awansuje – biorę gitarę, wychodzę i śpiewam hymn, który dla klubu napisałem.
– Skąd ten pomysł?
– Grałem koncert z „Pudelsami” na stadionie Wisły i kilkakrotnie krzyczałem tam „Cracovia”, wysyłałem wiślaków do diabła i w ogóle byłem pijany (śmiech).
– Prowokacja artystyczna?…
– Nie. Miałem ochotę nawrzucać swojemu dzielnicowemu i nawrzucałem. Miałem ochotę nawrzucać całej komendzie głównej i nawrzucałem. Przy okazji, jak się zorientowałem, że jestem na obiektach Wisły, to jeszcze trochę pokrzyczałem „Cracovia”. Później, na mój wieczorek poetycki, przyszły dwie osoby, chłopak z dziewczyną i powiedzieli tak: – Nas poemat nie interesuje, my poematu nie chcemy, my tu panu przynieśliśmy folder „Nigdy nie zejdziemy na psy”.
I to było zabawne, zacząłem się z nimi zdzwaniać, spotkałem się parę razy i w końcu zadeklarowałem się, że napiszę ten hymn. I napisałem.
– Realizując ambicje artystyczne?
– Wiadomo, że to nie może być skomplikowany utwór; to musi byś coś prostego, jeśli ma to śpiewać tłum ludzi. Ale to jest wyzwanie artystyczne. Napisać hymn to jest coś!
– Stachursky i Krzysztof Cugowski też to zrobili…
– Mam w dupie Stachurskiego, Cugowskiego i całą resztę. Interesuje mnie tylko Cracovia. W ekstraklasie.
– Przy pisaniu hymnu można zastosować różne środki wyrazu. Kibice Motoru Lublin zrobili go w stylu punkrockowym.
– Punkrock zawsze mnie śmieszył. Co z niego zostało? Ledwie legenda Sex Pistols. Tutaj nie ma mowy o żadnym punk rocku, to dostojny utwór. Cracovia ma sto lat, a ja nie poproszę stuletniej damy do pogo.

MACIEJ MALEŃCZUK „HYMN CRACOVII” TUTAJ

– Kiedy pojawił się pan w koszulce Cracovii w „Idolu”, satysfakcja kibiców ścierała się z zarzutami o promowanie własnej osoby.
– Ja i tak promowałem się w tym programie. Gdybym założył garnitur od Ceruttiego, to może jeszcze bardziej bym się podpromował. A gdybym był goły? Dopiero bym zrobił karierę! Założyłem koszulkę Cracovii z sentymentu i z serca.
– Czemu w takim razie tak rzadko pojawia się pan na jej stadionie?
– Ponieważ chciałbym tam pójść z dziećmi, a nie chcę, żeby ktoś mnie pokroił nożem na ich oczach.
– Jesienią, bezpośrednio po koncercie w Poznaniu, pojechał pan do Łodzi na mecz ŁKS – Cracovia. Ponoś poproszono pana na lożę honorową, ale odpowiedział pan: „Wolę stać z chłopakami”.
– W rezultacie było tak, że wylądowałem w loży, ale potem żałowałem, że nie zostałem w tamtym sektorze. Tam było fajniej.
– Co pana ciągnie do tych chłopaków? Właśnie niektórzy z nich potrafią otwierać brzuchy i klatki piersiowe nożami.
– To nie jest tak, że mnie do nich coś ciągnie. Po prostu, jeżeli jesteśmy kibicami, to musimy być razem. Nie może być tak, że ja siedzę sobie w loży VIP-ów i popijam wódkę z piersiówki, a oni tam nie mają co pić (śmiech).
– Krążą legendy o pańskich – oględnie mówiąc – utarczkach ze skinheadami w latach 80.
– Oczywiście, mam od tego pocięte ręce i złamany nos. Ale mam dużo więcej ran na rękach niż na twarzy – po prostu ich lałem, dostawali po mordzie.
– Konflikty kibiców?
– Nie, lałem ich na tle ideowym; trzeba im było pacyfizm wbić pięścią do głowy. Byli chamscy, zaczepni i bili innych ludzi. Próbowali wprowadzać swój porządek, a ja nikomu nie pozwolę robić porządku w moim mieście.
– Boksu jednak pan nigdy nie trenował…
– Zacząłem od futbolu, bo mam zdolności bramkarskie – jestem wysoki i mam chwytne ręce. Dobrze mi szło, ale nie mogłem znieść tych klimatów w szatni. I jeszcze chcieli mi wlać korkotrampkiem. Potem przeniosłem się do lekkoatletyki i tam było lepiej z poziomem umysłowym. Spotkałem człowieka, który nazywał się Ryszard Szpar. Był to 26-letni gościu, który miał grupę złożoną z nastoletnich chłopców i dziewcząt. Był naszym kumplem, miał bardzo fajne metody szkoleniowe, nie przeciążał nas. Ćwiczyliśmy dla niego, gdy przyszedł jakiś inny trener na zastępstwo, to nasza grupa nie kiwnęła nawet palcem.
– Miał pan niezłe wyniki, dlaczego nie kontynuował pan kariery?
– Wiecie jak to jest. Był stan wojenny, wsadzili mnie do więzienia. Czasy się skomplikowały, wciągnął mnie magiel historii.
– Do dzisiaj bardzo interesuje się pan lekkoatletyką, a przecież jest to jedna z najbardziej przesiąkniętych dopingiem dziedzin sportu. Ciągle wybuchają nowe afery.
– Tak, w Stanach łapią ludzi na zażywaniu THG. To już lepiej, żeby se THC zajarali (śmiech).
– Znakomity pisarz Waldemar Łysiak powiedział: „Receptą na doping jest jego akceptacja. Budzi on moje obrzydzenie, ale jeszcze większe obrzydzenie budzi wszelka niesprawiedliwość… Doping to loteria, na której grają wszyscy, a przegrywają nieliczni głupcy… Sportowcy to dorośli ludzie; jeśli chcą, niech się koksują na własny rachunek zdrowotny. Panie, przebacz im, bo dobrze wiedzą, co czynią”.
– Absolutnie bym się z tym nie zgodził. Był taki gościu, który pchał kulą – C. J. Hunter. Został mistrzem świata, a potem nagle zniknął z powierzchni ziemi. Odkryto u niego tysiąckrotnie przekroczoną dawkę nandrolonu. Jeżeli zalegalizujemy doping, to ktoś sobie rąbnie jeszcze większą dawkę. Krew mu wytryśnie z ust na oczach stu tysięcy ludzi, albo zachowa się w kompletnie nieobliczalny sposób. Poza tym, jak miałoby to wyglądać? Wychodzą zawodnicy, za nimi lekarze i każdy bierze zastrzyk dożylnie, a potem start?
– Ben Johnson jednak twierdzi: „Walka w Seulu była równa, bo wszyscy byliśmy na dopingu”.
– Jak to jest możliwe, że Johnsonowi wykryto, a innym nie?
– Może mieli lepszy doping, niewykrywalny.
– Jak to?! Johnson był wtedy najlepszym zawodnikiem na świecie i nie miał najlepszego towaru?! Nie mogę w to uwierzyć.
– To znaczy, że wierzy pan w czystość sportu?
– Nie wierzę, ale nie mogę się zgodzić na zalegalizowany doping. Nie możemy pozwolić, żeby sportowiec był naćpany po same uszy, bo w końcu ktoś ciśnie oszczepem w widzów, albo sobie zrobi krzywdę.
– Ilość wpadek dopingowych wśród sportowców wskazuje jednak, że większość jest na koksie.
– W rock’n’rollu jest tak samo, tylko że nie ma badań (śmiech).
– Pomaga?
– Jak tam komu. Ja tam lubię strzelić lufę czy dwie przed występem, ale wydaje mi się, że mocno naćpany zespół nic porządnego nie zagra. Chociaż… Wolałbym nie stawiać aż tak ryzykownych tez… Różnica między rock’n’rollem a lekkoatletyką jest taka, że na stadionach widownia jest trzeźwa, a zawodnicy nawaleni, natomiast w rock’n’rollu wszyscy są nawaleni.
– Sport może wzruszać tak jak muzyka?
– Tak żeby płakać?
– Zależy jak u pana objawia się wzruszenie.
– Już dawno mocno się nie wzruszyłem. Ale chciałbym. Kiedy Cracovia wejdzie do pierwszej ligi, to może się rozpłaczę.
– Emocje to jedno, drugie – dobra znajomość tematu.
– Jestem w stanie podać większość lekkoatletycznych rekordów świata. Na przykład w skoku o tyczce – 6.15. Bubka już dawno miał tyle, a dzisiaj nikt nie dochodzi nawet do sześciu metrów.
– Geniusz, czy nawalony?
– Nikt go nie złapał. Zresztą Rosjan łapie się stosunkowo najrzadziej. Może mają doskonałych lekarzy, ale ja sądzę, że to inny patent – doprowadzili do niewiarygodnego poziomu psychologię sportu. U nich zamiast dopingu jest hipnoza. Imają się klimatów typu: „Adin… dwa… tri… czietyrie…”.
– Legendarny rosyjski bard, Włodzimierz Wysocki często poruszał tematykę sportową w swoich utworach. Był to sposób aluzyjnego komentowania absurdów systemu politycznego…
– Mnie najbardziej podobała się jego piosenka o bokserze, który miał wstręt do bicia innych po twarzy.
– Sport to także wdzięczny temat do krytyki, ale pan sięgnął do niego tylko raz, przy „Mundialeiro”.
– Potrzebowałem się zemścić na polskiej drużynie i na trenerze Engelu. Po pierwsze za to, że widziałem ich na każdym bilboardzie, jak smażą kiełbaski, pieką na grillach i robią to całe zamieszanie reklamowe. Wszystkie te biegające chipsy… Engel opowiadał, że możemy zostać mistrzami świata, co było kpiną.
– Okazji do zemsty na polskich sportowcach nadarza się sporo…
– Ale nikt się nie mści, tylko cały czas śpiewają im „Polska gola”. Przynajmniej ja jeden zrobiłem „Mundialeiro”, bo przed mistrzostwami miałem wrażenie, że ktoś tu zaczyna się kreować na miarę drużyny Kazimierza Górskiego. Tylko chyba powinni sobie pooglądać, jak ona grała. A oni nie dość, że przegrali, to uczynili to w marnym stylu. I tutaj nasuwa się taka analogia ze światem piękna, mówię o rock’n’rollu. Są zespoły, które mają świetnie wykształconych muzyków, ale grają bezstylowo, źle, ale są też grupy, tak jak „Pudelsi”, które nie mają wysokich umiejętności technicznych, ale grają stylowo.
I jeszcze jedno – nie znoszę bramkarza, który nazywa się Dudek i uwielbia puszczać piłkę między nogami. Jak Boga kocham, w angielskiej lidze chłopcy chyba się zakładają, czy znowu strzelą mu między nogami gola. To nie jest bramkarz, którego boją się napastnicy. Uważam, że już dawno Majdan powinien stać w reprezentacyjnej bramce.

PUDELSI „MUNDIALEIRO” TUTAJ

– Jakich sportowców ceni pan za styl?
– Jest holenderski zawodnik w sztuce walki K-1, który ma polskie nazwisko, ale jest czarny – Remy Bonjaski. Zadaje ciosy w każdej płaszczyźnie, jest niesamowicie niekonwencjonalny. Waży sto kilogramów, a wygrywa z dużo cięższymi od siebie.
– Wiosną wyrzucili z Amiki Szamotulskiego, bo mówił za dużo, z kolei w Groclinie to samo zrobiono z Rasiakiem, bo powiedział za mało, to znaczy nie chciał zgodzić się na propozycję przedłużenia kontraktu. Ma pan opinię osoby niepokornej, lubi pan takich ludzi w sporcie?
– Tak, podobają mi się. Skoro działacze ciągle się kłócą, to dlaczego piłkarze mają byś potulnymi baranami w ich rękach? Wcale się nie dziwię, że zawodnicy się buntują. Irytuje mnie, że mają niewolnicze kontrakty, tak jak Kosowski w Kaiserslautern. Siedzi na ławce i marnuje się, ale nie może po prostu wstać i wyjść.
– Muzyk, który ma umowę z koncernem wydawniczym, może to zrobić?
– Może, ryzykując sprawę w sądzie. Ale jeśli ją dobrze rozegra, taka sprawa napędzi mu popularności, a piłkarzowi może złamać karierę. To jest straszne.
– Argumenty działaczy są proste: „Płacimy wam duże pieniądze, więc wymagamy”.
– Piłkarz mógłby unieść się honorem i zrezygnować z pieniędzy, ale ma w kontrakcie tyle kruczków prawnych, na podstawie których działacze mogą złamać mu karierę. Nigdzie gościu nie zagra i będzie miał przesrane. W rock’n’rollu tak nie jest.
– A byłby pan w stanie zrezygnować z „Idola”?
– „Idol” się skończył, a jeżeli będzie kolejna edycja, to ja na pewno nie wezmę w niej udziału.
– Kariera muzyka nie wymaga kompromisów?
– Zrobienie kariery wymaga absolutnej bezkompromisowości. Na kompromisy można iść czasami z samym sobą: „Nie ćpam dzisiaj, bo mam ważny występ”. Należy spytać samego siebie, czy warto być trzeźwym. Są chwile, kiedy warto.
Rozmawiali
PAWEŁ FLESZAR i PRZEMYSŁAW FRANCZAK

PROROK ROCK’N’ROLLA
Maciej Maleńczuk urodził się na początku lat 60., w Wojcieszowie koło Złotoryi. Od dziecka był niepokorny, własne przekonania przedkładając nad obowiązujące konwenanse. Uczęszczał do kilku szkół podstawowych, zawodówkę (specjalność ślusarz-spawacz) ukończył w więzieniu. Zanim tam trafił, chodził jeszcze do szkoły o profilu sportowym, zdobył zresztą tytuł mistrza okręgu w biegu przez płotki. W 1981 roku odmówił odbycia służby wojskowej w jednostce „Zielone otoki” w Gdańsku, za co został skazany na dwa lata pozbawienia wolności. Jego nazwisko stało się wtedy głośne, bo organizacja Wolność i Pokój rozwieszała na murach ulotki o intrygującej treści: „Uwolnić Maleńczuka! Czy Chrystus przyjąłby kartę powołania do wojska?”. Wiele lat później w jednym z wywiadów, spytany o to karkołomne zestawienie, opowiadał: „Myślę, że jestem Chrystusem polskiego rock’n’rolla; człowiekiem skazanym na porażkę z jednej strony i na zwycięstwo z drugiej, niczym Jezus Chrystus. Krzyżują mnie, ale to właśnie ja jestem prorokiem. Tak jest!”. I taki właśnie jest Maleńczuk. Wielki prowokator i niezgorszy artysta. Poeta, tekściarz, kompozytor, którego szersza publiczność poznała dzięki programowi „Idol”.

Maleńczuk nie miał jednak łatwego startu. W biografii zamieszczonej na jego oficjalnej stronie internetowej można przeczytać, że „(…) w więzieniu zaczął grać bluesa przy prasie hydraulicznej”. Po opuszczeniu zakładu karnego w Stargardzie Szczecińskim, przez siedem lat zarabiał na życie, grając na ulicach Krakowa. W 1986 roku dołączył do „Pudelsów” i ten związek – z długimi przerwami w działalności – przetrwał do dziś. Po drodze założył swój własny, acz nieistniejący już, zespół „Homo Twist” i realizował projekty solowe. Wydał w sumie dwanaście płyt, a ostatnie, nagrane wspólnie z „Pudelsami”, wydawnictwo – „Wolność Słowa” – zyskało status złotej płyty.

We wrześniu ubiegłego roku ukazał się jego poemat zatytułowany „Chamstwo w państwie”. Recenzent „Polityki” pisał: „Takiej poezji zaangażowanej, z ducha Boya [Żeleńskiego – przyp. aut.] właśnie, bez wątpienia u nas brakuje i dobrze się stało, że Pan Maleńczuk ze swoją satyrą postanowił wstąpić na opuszczoną barykadę”
Od niedawna występuje również w chorzowskim Teatrze Rozrywki, wcielając się w rolę Wolanda w muzycznym widowisku („Bal u Wolanda”) na motywach „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa. Na potrzeby spektaklu, Maleńczuk napisał przeznaczone dla granej przezeń postaci „szatańskie” songi.

Skomentuj