Zawiodły me sny, synku mój…

Tekst ukazał się w „Tempie” z 24 czerwca 1991 r. Autor: Leszek Rafalski.*

Sześć słupków startowych pokryło się zawodnikami. Głośnik przedstawiał ich publiczności: „Na torze piątym Leszek Rouppert – Cracovia…”
Znany z wyników, ze zdjęć w czasopismach sportowych, doskonały zawodnik, jeden z najlepszych w Polsce. Teraz gdy poruszał się na starcie, wydawało się, że zszedł ze zdjęcia jasnowłosy, rosły, o nieregularnych rysach twarzy i krnąbrnym nosie.
Strzał startera oderwał pływaków jednocześnie od słupków, wyciągnął w powietrzu i rzucił w wodę. Wszyscy płynęli crawlem, lecz każdy miał w stylu coś odrębnego, coś własnego, co go różniło od sąsiadów. Indywidualności zawodników, trenerów, środowisk walczyły ze sobą w ich stylach.


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

? Wystudiowany w każdym drobiazgu styl Roupperta przyciągał oczy elegancją i doskonałym ułożeniem ciała. Finisz. Leszek znał smak tej piekielnej walki o rozstrzygnięcie. Wykrzywiony wysiłkiem grymas twarzy oznaczał, że płynie ostatkiem sił. Już – koniec. „O dłoń przed Kratochwilą” – usłyszał potwierdzenie jednego z celowniczych.
Tak pisał doskonały przedwojenny pływak Jan Kot we wspomnieniu poświęconym pamięci Leszka Roupperta, wielokrotnego medalisty mistrzostw Polski, rozstrzelanego przez hitlerowców 12.I.1944 r. we wsi Kłodne, niedaleko Limanowej.

Aleście ucyganili

Los hojnie obdarzył Leszka Roupperta talentami. W pływaniu szybko awansował do krajowej czołówki. Startował na kilku dystansach, od 100 do 1500 metrów. Już jako 16-latek był reprezentantem Polski. Pięknie rzeźbił, robił artystyczne meble, ale sport był jego pasją nr 1. Koleżeński, niesłychanie pracowity, lubił walczyć na stadionie, na basenie, ale nade wszystko cenił sobie fair play. Zawsze miał odwagę upominać się o sprawiedliwość. To poczucie prawdy ujawniło się u niego dosyć wcześnie, co potwierdza choćby list do matki, jaki skreślił mając 11 lat:

To coś pisała to nie jest prawda, bo po maśle nikt się nie talał, bo jak Stach nie widział, to niech nie zmyśla. Z Krzyżanowskiem biłem się ze żartów, a masła myśmy się nie tchnęli, a czapka dlatego zginęła, bo mi ją Stach ściągnął, a zresztą choćby masło się wiozło w landzie na pierzu to by się pogniotło, bo się w walizce masła nie posyła. A drugie choć sam Stach jechał bez nas to nie tylko, że masło było pogniecione, ale i brudne jak błoto.
Przepraszam Cię, żem tak napisał, alem inaczej nie mógł. Ja Ci delikatnie, Tyś mi ordynarnie, to masz teraz pasztetówkę. Do widzenia. Aleście ucyganili„.
To „ucyganili”, ta „pasztetówka” odsłaniają cały temperament i charakter chłopca.

Hulaj-dusza!

Sport, życie towarzyskie, studia, wszystko to się pięknie przeplatało. W 1935 r. Leszek ukończył Uniwersytet Jagielloński, uzyskując stopień magistra praw.
Sport przynosił wówczas radość, w gronie trenujących kwitły żarty i kawały. Atmosfera tamtych lat przetrwała utrwalona gdzieś na strzępach listów, pisanych nawet na podkładkach pod szklanki.

… A teraz Panie Leszku! Gratuluję Ci sukcesów w piłce wodnej. Widzę, że AZS gra pierwszorzędnie i macie duże szanse na mistrzostwo Polski. Mam wrażenie, że jesteś w niezłej formie. Co powiesz na fantastyczną formę Kusego?
Nie wyobrażacie sobie nawet, jak bardzo cieszyłbym się, gdyby tak któregoś pięknego poranka zadzwoniliście do moich drzwi. Leszek! Zocha! Czy wyobrażacie sobie to cudne pijaństwo i zabawę! Zaprosilibyśmy sobie do pomocy Romka Scholla i hulaj-dusza!
…Proszę Was kochani, nie zapominajcie, że na rogatkach Bronowickiej mieszka Wasz stary przyjaciel a młody moczymorda, który z całej duszy całuje Was serdecznie.
Wasz Stach
Tak pisał do Rouppertów jeden z przyjaciół 20.VI. 1939 r.

Rouppertowie – Bujwidowie

Rodzina Rouppertów pochodzi ze starej francuskiej szlachty. Znane drzewo genealogiczne rozpoczyna Conrad Rouppert ur. w 1525 r. W XVIII wieku jeden z przodków osiadł na niemieckiej ziemi, później część potomków trafiła do Polski, zapisując wiele pięknych kart historii, także historii sportu.
Ojciec Leszka, Kazimierz Stefan Rouppert był znanym botanikiem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Brat ojca, lekarz, generał Stanisław Rouppert pełnił w latach 1931-46 funkcję członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, był kierownikiem polskiej ekipy na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles.

Historia rodu Rouppertów splata się z historią drugiego zasłużonego dla polskiej nauki i sportu rodu Bujwidów. Kazimierz Stefan Rouppert poślubił bowiem najstarszą córkę słynnego bakteriologa prof. Odo BujwidaKazimierę. Inna córka Odo Bujwida – Helena była czołową wioślarką AZS Kraków. Jej zięciem jest prof. Zygmunt Bielczyk, były pracownik warszawskiej AWF, a wnukiem Piotr Bielczyk, czołowy przed laty polski oszczepnik. Syn Odo Bujwida – Jan był świetnym wioślarzem i trenerem wioślarstwa (m.in. sukcesy Rogera Vereya i Jerzego Ustupskiego).
Żona Leszka Roupperta, Zofia z domu Majerówna, wyraźnie przyczyniła się do zdobycia przez koszykarki Cracovii mistrzostwa Polski w 1929 r. Grała także w siatkówkę, piłkę ręczną, pływała. Należała do najlepszych sportsmenek Krakowa. Jej siostra Helena była reprezentantką Polski w koszykówce i piłce ręcznej. A Leszek, wiadomo, pływał jak ryba…

Stary dwór

Piękny, zabytkowy dwór w Raciechowicach, niedaleko Dobczyc, był rodzinnym domem Leszka. Później, gdy studiował, tutaj robił sobie zgrupowania, tu trenował. Ale nie był to zwyczajny dom.
Wspomina Janina Reczek, mieszkanka Raciechowic: – Można śmiało powiedzieć, że matka Leszka, pani Kazimiera Rouppertowa była matką całej wsi. Jako lekarz wszystkim pomagała. Dniami i nocami stały tu furmanki, którymi jeździła do chorych bez względu na porę i pogodę. Całą wieś leczyła bezpłatnie. Uczyła też higieny, uczyła jak żyć, jak się zachowywać. W dworskiej wozowni zorganizowała wiejski teatr, urządzała kursy tańca i ludowe zabawy, w których czasami brał udział sam profesor Rouppert.
Dwa razy w tygodniu Rouppertowie prowadzili wykłady dla chłopów. Można powiedzieć, że za darmo wszechstronnie kształcili całą wieś. Ten dwór promieniował kulturą.

Także w inny sposób Rouppertowie dbali o oświatę. Oni przeznaczyli, w formie daru dla wsi, 5 morgów pod budowę szkoły. Później, w czasie wojny, dwór bardzo aktywnie wspierał podziemie. Rouppertowie pomagali partyzantom, tu odbywały się konspiracyjne narady, tu była tajna radiostacja, aż do aresztowania Leszka.

Zawiodły me sny…

Po wybuchu II wojny światowej generał Guenter von Rouppert dowodzący jednostką Wermachtu listownie zaproponował Rouppertom z Raciechowic, jako swoim krewnym, przyjazd do Niemiec i zmianę obywatelstwa.
– Te trzy litery „von” nas nie interesują – stwierdził Leszek. Zrezygnowali z możliwości przejścia na status niemieckich baronów. Co więcej, Leszek od początku wojny związał się z oddziałami ZWZ, a potem AK. Dwór w Raciechowicach służył leśnym ludziom wszelką pomocą.

Wpadli w 1943 r. Ktoś sypnął. Leszek mógł uciekać, tak jak uciekł jeden z sąsiadów, ale nie chciał zostawić samej żony z dwójką małych dzieci (syn – także Leszek – miał zaledwie 3 lata, a córka Grażyna kilka miesięcy). Wolał sam oddać się w ręce wroga, niż narażać swych najbliższych.
By ratować męża Zofia sprzedała wiele cennych rzeczy, ale na nic nie zdały się próby wykupienia więźnia.
Z obwieszczenia:
Sąd doraźny 17.11.1943 r. skazał Leszka Roupperta na karę śmierci za wspieranie bandytów„.

Z więzienia na Montelupich w Krakowie Leszek napisał list do żony z uwagami jak wychowywać dzieci, a dla syna napisał specjalną piosenkę: „Zawiodły me sny, synku mój…”.
Egzekucja odbyła się 12.01.1944 r. Leszek Rouppert został rozstrzelany wraz z 27 innymi osobami. Miał 31 lat! Kilka tygodni później nadszedł list od generała Guentera von Roupperta:
Za późno Zosiu. Leszka między żyjącymi już nie ma. Niech Bóg ma Ciebie i Twoje dzieci w opiece„.
Ostatnia szansa ocalenia Leszka, której złapała się żona, okazała się spóźniona. Rodzina nie zaprzestała konspiracyjnej działalności, zmieniając tylko miejsce. W grudniu 1944 r. do krakowskiego mieszkania zajmowanego przez Zofię Rouppert wtargnęło Gestapo. Przy rewizji Niemcy natrafili na wspomniany wcześniej list od generała von Roupperta. Zaskoczeni, skonsternowani przerwali poszukiwania i opuścili mieszkanie. Ten list, który nie mógł uratować Leszka, najprawdopodobniej ocalił życie Zofii.

Na bruk

Po wojnie, ciała Roupperta i pozostałych ofiar, przeniesione zostało do bezimiennej mogiły na cmentarzu w Limanowej, gdzie spoczywa do dziś.
– W 1981 r., w miejscu egzekucji zauważyłam napis: „Zginęli za Polskę Ludową”. Oniemiałam z oburzenia. Ojciec walczył przecież o wolną Polskę, a nie o Ludową – mówi Grażyna Rouppert, po mężu Urbanowicz.
Ta Ludowa srogo się obeszła z Rouppertami. Najpierw pozbawiła ich majątku, zabierając dwór i mienie, rabując bibliotekę, zabytkowe meble i inne pamiątki. W 1952 r. komuna bezpardonowo zabrała krakowski dom rodziców Zofii, gdzie mieszkała razem z dziećmi. Nawet nie zdążyli przenieść ukrytego składu AK-owskiej broni. Kiedy Urząd Bezpieczeństwa zaczął przesłuchiwania, wszystko wziął na siebie wuj, przedwojenny pułkownik dyplomowany Wojska Polskiego, Michał Białkowski. Dostał za to dożywocie. Po pięciu latach, umierającego, wypuszczono go na wolność. Zofia z dziećmi wyrzucona była na bruk. Pozbawiono ją też szans na pracę w zawodzie nauczyciela i przez długi jeszcze czas wzywano na przesłuchania.

Pamięć o Leszku nie wygasła w kręgach ludzi sportu. Jako „niestrudzony propagator pływania” pośmiertnie uhonorowany został przez Polski Związek Pływacki złotą odznaką pamiątkową z okazji 25-lecia PZP (1947 r.), a na 35-lecie PZP złotą odznaką jubileuszową za „włożony trud i pracę w rozwój polskiego pływania”.

Leszek syn Leszka

Dzieci Leszka – Leszek i Grażyna – podtrzymywały sportowe tradycje Rouppertów i Bujwidów. Profesor Ryszard Trześniowski powiedział kiedyś: „Każdy człowiek ma sport swojego życia„.
Dla Leszka-ojca było nim pływanie, Leszek-syn wybrał koszykówkę. Wraz z kolegami z Cracovii trzykrotnie zdobył mistrzostwo Polski juniorów.
Studia prawnicze na UJ, potem doktorat, nie oddaliły go od sportu. Po wyjeździe po studiach, do Lublina, podjął pracę na uczelni, był tez na stypendium w Stanach Zjednoczonych, ale sportu nie porzucił. Długo działał w lubelskim AZS i OZKosz, dwie kadencje był prezesem Zarządu Głównego AZS, nawiązując do rodzinnych tradycji, wszak pradziadek oraz inni krewni stali u kolebki akademickiego związku. W dwóch ostatnich latach trenował koszykarzy Startu.
Dla Grażyny, adiunkta w Instytucie Gospodarki Mieszkaniowej, sportem życia było pływanie, chociaż nigdy wielki wyczyn. Wygrała Maraton Rożnowski, jako zawodniczka Cracovii zdobyła wicemistrzostwo zrzeszenia Start na 200 m.

Losy dworu

Po wojnie dwór w Raciechowicach przekazany został Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, a od 1957 r. jego użytkownikiem jest miejscowa Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. Obiekt jest kompletnie zrujnowany i zaniedbany. Ktoś bezmyślnie otynkował stare, ponad 200-letnie modrzewiowe ściany, skazując modrzew na rychłe zniszczenie. Wykrzywiony dach może już niedługo runąć. Tylko herb na frontowej ścianie i sufity w pokojach przypominają o dawnej świetności. Nawet z parku dworskiego niewiele pozostało.

W 1990 r. dr Leszek Rouppert w imieniu wszystkich spadkobierców rozpoczął starania o odzyskanie dworu. Wreszcie jest nadzieja, że po latach sprawiedliwość będzie górą i zabytek, w którym splata się tak wiele wątków kulturowych, patriotycznych i sportowych wróci do rodziny i zostanie odrestaurowany. Ale sprawa stoi w miejscu. Władze milczą, bo czekają na decyzję Sejmu, który ma rozstrzygnąć problem dworów w skali kraju.
LESZEK RAFALSKI

* To kolejna pozycja nowego działu, w którym przedstawiane będą archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.

Autor powyższego tekstu były redaktorem naczelnym i z-cą red. nacz. „Gazety Krakowskiej”, sprawował też kierownicze funkcje w „Dzienniku Polskim” i „Tempie”, współpracował z radiem i telewizją. Jest laureatem „Złotego Pióra”, „Srebrnego Pióra” i sześciu ogólnopolskich konkursów na reportaż. Był wykładowcą w Studium Dziennikarstwa Akademii Pedagogicznej (1999-2004), a od 1998 r. do dzisiaj jest wykładowcą dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wydaje „Stylowy Magazyn Studencki” i kieruje zespołem redakcyjnym „SMS”, składającym się ze studentów – adeptów dziennikarstwa.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.