Zawsze szedł za piłką

Artykuł ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 14 czerwca 2006 roku

Niezrównany wirtuoz, który z futbolówką potrafił zrobić wszystko, ale los traktował go jak piłeczkę ping-pongową. Mawiał o sobie, że jest Górnoślązakiem, lecz żył na styku dwóch narodów – niemieckiego i polskiego. Genialny piłkarz, Ernest Wilimowski trafił na epokę trudnych wyborów.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

W peerelu nazwisko Wilimowskiego konsekwentnie przemilczano w książkach i artykułach. – Pod koniec lat 70. nawet jego koledzy z polskiej reprezentacji sądzili, że umarł – opowiada Teodor Wawoczny, znany śląski działacz i historyk futbolu. – Miałem inne informacje, więc nachodziłem jego szwagierkę mieszkającą w Chorzowie, prosząc o jego adres w Niemczech. Podejrzewała, że jestem esbekiem i udawała, że nie wie, o kogo pytam. Chyba dopiero przy dziesiątej wizycie zdobyłem jej zaufanie. W 1981 roku napisałem list, a po dwóch miesiącach pan Ernest odpisał. Gdy pokazałem to Gerardowi Wodarzowi, jego koledze z Ruchu i reprezentacji, powiedział, żeby zostawić Wilimowskiego w spokoju, bo on na pewno nie żyje!

Za 10 pensji

Biologicznego ojca Ernesta wzięto do niemieckiej marynarki przed ślubem rodziców i narodzeniem chłopca. Nigdy nie zobaczył taty, nosił nazwisko wychowującej go samotnie matki – Pradella. Dopiero w wieku trzynastu lat został usynowiony przez ojczyma, Ernesta Wilimowskiego. W trzeciej klasie gimnazjum rzucił szkołę, bo jeden z profesorów stwierdził, że lepiej od nauki będzie wychodziło mu kopanie piłki. Po podwórkowych wprawkach zaczął trenować w klubie niemieckich mieszczan – 1. FC Katowice. Kiedy pod koniec lat 30. doskonałemu obrońcy tego zespołu, Erykowi Heidenreichowi zaproponowano występy w reprezentacji Polski, odmówił argumentując, że czuje się Niemcem. Tymczasem siedemnastoletni, zwany „Ezim”, Wilimowski bez wahania przeszedł do posiadającego rdzennie polskie tradycje Ruchu Wielkie Hajduki, w którym działali powstańcy śląscy i działacze plebiscytowi. Zapłacono za niego 1000 złotych – równowartość dziesięciu niedużych, miesięcznych pensji.
Nie miał oporów również przed grą w polskiej reprezentacji, w której zadebiutował po zaliczeniu zaledwie pięciu spotkań i siedmiu goli ligowych.

W kolebce nazizmu

Stadionowi Górnika w Zabrzu nadano wówczas imię Adolfa Hitlera. W pierwszym meczu zmierzyły się reprezentacje niemieckiego i polskiego Górnego Śląska. Padł remis 3:3, a wszystkie bramki dla Polaków zdobył Wilimowski. Jeszcze mocniejszy propagandowo efekt przyniosło klubowe tournee po Niemczech, na przełomie 1934 i 1935 roku. Ruch był już potęgą w Polsce, a w Monachium pokonał Bayern. Na uroczystej kolacji jeden z przedstawicieli miasta-kolebki nazizmu wzniósł toast za prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego. Wilimowski zaprezentował się w tym meczu nie najlepiej, ale po kilku dniach strzelił trzy gole VFB Stuttgart i Ruch znowu zwyciężył. Wracającą pociągiem drużynę witano owacjami na wszystkich stacjach kolejowych w Polsce.

Widział cztery piłki

Opowiadał mi kiedyś Henryk Martyna, znakomity reprezentant Polski, że jego i Wilimowskiego w 1935 roku namawiano do przyjęcia obywatelstwa III Rzeszy i gry w tamtej reprezentacji – wspomina Teodor Wawoczny. – Nigdy nie udało mi się tego zweryfikować.
Równie trudno sprawdzić dzisiaj, dlaczego rok później „Ezi” nie pojechał na olimpiadę do Berlina. Polacy zajęli na niej czwarte miejsce, a z fantastycznym snajperem w składzie mogli mieć „złoto”. Został jednak zdyskwalifikowany przez PZPN za złamanie przysięgi olimpijskiej. Jedna wersja głosi, że padł ofiarą konfliktu między Związkiem a klubem.

Według innej – ukarano go, bo po ligowym zwycięstwie z Wisłą Kraków, piłkarze Ruchu urządzili pijatykę. Dwa dni później, w sparingu, ulegli występującej w niższej klasie Cracovii 0:9! „Teodor Peterek nie widział piłki, a Ernest Wilimowski widział aż cztery” – pisał korespondent „Przeglądu Sportowego”.
– A ja wierzę ówczesnym reprezentantom, którzy po wojnie opowiadali mi o kulisach tej sprawy – upiera się inny cudowny piłkarz: Gerard Cieślik, który podziwiał „Eziego” jako nastolatek. – Podczas zgrupowania w Warszawie Wilimowski wyszedł z hotelu przez okno, opuścił się po murze – nisko tam było – i poszedł na wódkę.

To nie koniec, Maryś

Równie entuzjastycznie bawił się na boisku, jak i poza nim. – Słyszałem sporo historii o nim i dziewczynach, ale nie powtórzę ich, bo nie nadają się do druku – uśmiecha się Wawoczny.
– Bywała chyba „woda ognista”, ale ja nie będę się wypowiadał, bo byłem wtedy dzieckiem – umyka Marian Lubina, który często stykał się z Wilimowskim, bo jego ojciec – Paweł Lubina był opiekunem reprezentacji Śląska.
Poważne problemy miał tylko raz, kiedy podczas kolacji w Paryżu upili go działacze miejscowego Racingu i podsunęli do podpisania kontrakt. Kierownictwu reprezentacji udało się rozwiązać problem przy wsparciu polskiej ambasady.
Raz też ukarano go dyskwalifikacją (w zawieszeniu) za niesportowe zachowanie. Sędzia twierdził, że uderzył przeciwnika w twarz, choć sam poszkodowany gorąco potem bronił „Eziego”…

Na co dzień pognębiał rywali zwodami i irytował prowokacyjnym zachowaniem. – Bramkarz Warty, Marian Fontowicz wspominał, jak w jednym meczu strzelił mu kilka bramek – opowiada Wawoczny. – Po każdej podchodził, klepał go po plecach i mówił: „Nie gniewaj się, Maryś, ale to nie jest ostatni gol, jaki dzisiaj puścisz”.
Kiedyś przedryblował już dokładnie wszystkich, ale zatrzymał się, obrócił tyłem do pustej bramki i wepchnął piłkę do siatki piętą – powojenny reprezentant Polski, Teodor Wieczorek jeszcze dziś chichocze, przywołując ten obraz.

Złoto na plecach

2 września 1939 r. wziął ślub w Chorzowie z Polką. Po kilkunastu godzinach weszły tam wojska hitlerowskie. Wkrótce przyjął obywatelstwo III Rzeszy, niedługo później rozstał się z żoną. Miał jednak kłopoty, bo działacze 1. FC Katowice nie mogli mu zapomnieć przejścia do Ruchu. – Taki kreisleiter NSDAP Joschke odgrażał się, że Wilimowski będzie nosił na ubraniu literę „P”, którą oznaczano Polaków – opowiada Marian Lubina. – Mój tato odpowiedział mu: „Jeszcze wyhaftujecie mu na plecach złote D – jak Deutschland”. I tata miał rację.

Postawa Wilimowskiego wymyka się jednoznacznym ocenom. W niedalekim Auschwitz rozpalano już piece krematoriów, w Generalnej Guberni za grę w piłkę karano obozem koncentracyjnym, polscy sportowcy ginęli na froncie. Z drugiej strony – liga na Śląsku trwała aż do stycznia 1945 roku. Do reprezentacji Niemiec przebił się tylko „Ezi”, ale kandydowało do niej wielu Ślązaków.
Gerard Wodarz, Fryderyk Scherfke, Ewald Cebula, Teodor Wieczorek, Gerard Cieślik – jak mnóstwo innych – zostali wcieleni do Wermachtu. Wodarz i Cebula uciekli na stronę aliantów. Wieczorek uratował Cieślikowi życie w sowieckim obozie jenieckim w Brandenburgu.

Ostatni mecz

Wilimowski szedł za piłką. – Wyboru nie miałem, a chciałem grać – tłumaczył po latach.
Po zakończeniu kariery pracował jako cieśla, ogrodnik, hutnik. Ożenił się powtórnie, z Niemką. Miał cztery córki, zięć – Karl Heinz Harke – napisał o nim książkę. Jedyną.

Siedział na trybunach stadionu we Frankfurcie, podczas słynnego „meczu na wodzie” RFN – Polska, w 1974 roku. – W liście kazał pozdrowić wszystkich żyjących kolegów – opowiada Wawoczny. – Stwierdził też, że chętnie przyjedzie na mecz Polska – RFN, wiosną 1982 roku, jeśli dostanie zaproszenie od PZPN. Nikt jednak u nas nie miał odwagi podjąć tematu.
W 1995 roku przyjął zaproszenie na obchody jubileuszu 75-lecia Ruchu, ale musiał zrezygnować. Niedługo potem przegrał swój ostatni mecz – z rakiem. Większość polskich gazet poświęciła mu lakoniczne wzmianki.
Na boisku każdemu przeciwnikowi śmiał się wyzywająco w twarz. – Już nie próbuję grać w piłkę, to i rzadko się śmieję – zwierzał się kilka lat przed śmiercią.
PAWEŁ FLESZAR

SZEŚCIOPALCY ARTYSTA
Ernest Otto Wilimowski urodził się 23 czerwca w Katowicach, a zmarł 30 sierpnia 1997 roku w Karlsruhe. W 22 meczach reprezentacji Polski zdobył 21 goli, w 8 spotkaniach reprezentacji Niemiec (w latach 1940-42) trafiał 13 razy. Cztery bramki strzelone przez niego Brazylii w 1938 roku były rekordem mistrzostw świata aż do 1994 roku, kiedy pięć goli zdobył Rosjanin Oleg Salenko (osiem lat wcześniej osiągnięcie Wilimowskiego wyrównał Hiszpan, Emilio Butragueno). Inny jego rekord pozostaje nie pobity do dzisiaj – 21 maja 1939 w meczu ligowym z Union-Touring Łódź strzelił 10 bramek. Ogółem polskiej lidze zagrał 86 razy i zaliczył 112 goli. Dwukrotnie był królem strzelców, a z Ruchem Wielkie Hajduki (później Chorzów) czterokrotnie zdobył mistrzostwo Polski.

W czasie wojny i po jej zakończeniu, aż do 1959 roku, występował w jedenastu niemieckich klubach. W reprezentacji III Rzeszy trenował go legendarny Sepp Herberger, który w 1954 poprowadził Niemcy do mistrzostwa świata. Z kolei inny selekcjoner mistrzowskiej drużyny Niemiec (z 1974 roku), Helmut Schoen podobno bardzo nie lubił Wilimowskiego, z którym przegrywał rywalizację o miejsce w składzie.

Chętniej operował lewą nogą, u której miał sześć palców. Grał na pozycji lewego łącznika lub środkowego napastnika. – Potrafił wszystko – charakteryzuje Gerard Cieślik. – Zresztą świetnie spisywał się także jako hokejowy napastnik i bramkarz w piłce ręcznej.
Artysta, najlepszy polski piłkarz, jakiego w życiu widziałem – uzupełnia 83-letni Teodor Wieczorek. – Postawiłbym go obok fenomenalnego Ferenca Puskasa, z którym trzykrotnie zmierzyłem się po wojnie.

DWIE KOSZULKI KAWALARZA
Na mistrzostwach świata zagrał tylko raz, ale trafił do annałów. W niedzielę, 5 czerwca 1938 roku był nie do zatrzymania dla Brazylijczyków. Zdobył cztery bramki, piąta padła z karnego po faulu na nim. Niestety o jednego gola lepsi byli rywale, którzy mieli w swych szeregach równorzędną gwiazdę – Leonidasa. Brazylia zajęła w tych mistrzostwach trzecie miejsce, na drugim uplasowali się Węgrzy. I z nimi Polska spotkała się w sierpniu 1939 roku. Według obserwatorów, biało-czerwoni po stracie dwóch goli zaczęli grać jak w transie. Wilimowski trafił do siatki trzy razy i wypracował karnego.

W reprezentacji Polski nigdy nie zagrał na rodzinnym Śląsku. Za to w niemieckiej koszulce, w 1942 roku wybiegł na stadion w Bytomiu, gdzie jego nowa reprezentacja rozgromiła Rumunię 7:0. Chwaliła go wówczas niemiecka prasa, ale na wyżyny wspiął się w konfrontacji ze Szwajcarią. Rywali znanych z twardej i szczelnej obrony Niemcy pokonali 5:3, a Wilimowski zdobył cztery gole. – Zaliczyłem wtedy jeden z moich najlepszych występów w karierze, ale to Ernest dał wielki popis – wspominał Fritz Walter, wówczas partner Wilimowskiego z ataku, a w 1954 roku kapitan reprezentacji RFN, która zdobyła mistrzostwo świata. Walter w pamiętnikach określał „Eziego” kawalarzem. Jednego z kolegów, który przyjechał na zgrupowanie w marynarskim mundurze wrzucił do basenu. Na szczęście szybko go wyłowiono, kiedy okazało się, że nie umie pływać… Innemu, po kłótni, włożył głowę pod fontannę.

Piłkarze kadry dojeżdżali z ośrodka na boisko rowerami. Koledzy zrewanżowali się Wilimowskiemu, przebijając pewnego dnia opony jego jednośladu. Śmiejąc się odjechali, ale niedługo później Ernest minął ich kiwając ironicznie dłonią. Okazało się, że zabrał rower selekcjonerowi, który przez to spóźnił się na trening.

* Korzystałem także z tekstów Andrzeja Gowarzewskiego (w „Encyklopedii Piłkarskiej Fuji”) i Pawła Czado (w „Gazecie Wyborczej”).

Skomentuj