Zbigniew Płaszewski: kilkanaście liter

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 10 września 1997 r. Autor: Marek Gilarski.*

Spis lokatorów wisi po prawej stronie, tuż przy wejściu do klatki schodowej. Pod numerem 38 zameldowany jest Zbigniew Płaszewski. Te kilkanaście liter niczym nie wyróżnia się spośród kilkuset pozostałych. Pozycja na liście też nieszczególna – w środku, wtopiona w ciąg nazwisk. Płaszewski od kilkunastu lat usiłuje wtopić się w normalność. Radzi sobie gorzej niż wtedy, gdy neutralizował grę braci van de Kerkhof czy Rumeniggego.

Okęcie

Na warszawskim lotnisku załamała się kariera trenerska Ryszarda Kuleszy, piłkarska Stanisława Terleckiego, kłopoty przez nie mieli: Zbigniew Boniek, Władysław Żmuda i Józef Młynarczyk. Dla niego Okęcie też stało się przekleństwem. Z tą różnic, że do dzisiaj.
– Ukarano mnie za to, że ująłem się za Kaziem Gazdą. Nie chcieli wpuścić do samolotu. Widzieli, że wymiotował w restauracji. Piło co najmniej kilka osób, było zbyt głośno. Zrobiła się afera, za którą zapłacić miał tylko Gazda. Stanąłem w jego obronie.
Piłkarze Wisły polecieli w okrojonym składzie na zgrupowanie do Jugosławii. Przy odlocie było obecnych kilku dziennikarzy, więc „smród” przeniósł się na łamy. Jeden z reporterów napisał nawet, że po terminalu trwały gonitwy, bo ktoś do kogoś „coś miał”. Bardzo dziwna, niejednoznaczna sytuacja. Nikt jej do końca nie wyjaśnił, bo przecież nie wyjaśnieniu miały służyć półroczne dyskwalifikacje dla Płaszewskiego i Kazimierza Gazdy.
– Pułkownicy uczynili z nas kozłów ofiarnych. Rozliczenie nastąpiło na drodze służbowej. Byliśmy przecież chorążymi MO.


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Luty 1981 roku – kraj chwiał się w posadach. Ludzie strajkowali, zakłady stały, sportowcy awanturowali się na lotniskach. Źle się działo, bo „warchoły i obce żywioły mąciły knuły i destabilizowały”. Nawet chorążym MO w głowach się poprzestawiało. „Wiemy jak ukrócić anarchię i warcholstwo” – tak należało odczytywać oświadczenie Sądu Koleżeńskiego Gwardyjskiego Towarzystwa Sportowego Wisła. Ten sam Sąd Koleżeński, na tym samym posiedzeniu ukarał najlepszego strzelca ligi – Kazimierza Kmiecika (balował na obozie AWF) dwumiesięczną dyskwalifikacją w zawieszeniu. On i paru innych lotników było potrzebnych, Gazdę i Płaszewskiego można było odpuścić.
– Pozostaje żal, że tak nas pożegnano. Murzyni zrobili swoje – mogli odejść. Bo nikt już później nawet nie chciał o Murzynach słyszeć.
Marek Kusto: – Przed moim transferem do Legii trzymaliśmy się razem. Miał niebanalne poczucie humoru. W latach 80. kontakt się urwał. Bardzo bym chciał, żeby do nas wrócił. Czekam na tę chwilę.
Zdzisław Kapka:Nie chcę mówić o Okęciu, bo… nie pamiętam. Straciłem kontakt z Płaszewskim po moim wyjeździe do USA. Ostatni raz widziałem go jakieś pięć lat temu na derbowym meczu Hutnika z Wisłą. Bardzo nieciekawie wyglądał.

Błędne koło

Życie ma wypisane na twarzy. Zniszczona cera, zamglone oczy, braki w uzębieniu. Ostatnich szesnaście lat to walka z samym sobą. Okresy ciągu alkoholowego, odstawianie butelki, utrata pracy, dorywcze zajęcia, kłopoty ze schorowanymi kończynami. – Nie nadaję się do biegania. Po paru minutach odzywają się kolana, śródstopie i wrzody. Nikt mnie nie skusi na grę w piłkę.
Kiedy zaczął balować? Na temat eskapad piłkarzy Wisły krążyły po Krakowie legendy. – To dobre słowo. Nie było tak ostro, jak mówią kibice. Wyskakiwaliśmy po treningach i meczach na piwo, ale na dwóch-trzech się kończyło. Organizm więcej nie toleruje po intensywnym wysiłku. Mity tworzyły się po indywidualnych występach.

Prawdziwe kłopoty z alkoholem zaczęły się po Sądzie Koleżeńskim. Nagle okazało się, że dysponuje nadmiarem wolnego czasu. Ze swojej łady zrobił taksówkę. Jeździł około roku, ale nie był to kokosowy biznes. Chciał grać. Nie w kraju, bo tu zszargał reputację. Spodobał się działaczom Tirolu Innsbruck i SV Spittal. – GKKFiT był nieugięty. Z jakichś powodów odmawiano mi pozwolenia na grę. Wydano je dopiero, gdy zaczepiłem się w czwartoligowym Schwechat. Grę łączyłem z pracą na budowie, u klubowego sponsora.
Wrócił z Austrii po trzech latach, bo rodzina miała dość ustawicznej rozłąki. Pił, by zamaskować własną bezradność wobec zwyczajnego, szarego życia. – Nie mam smykałki do robienia pieniędzy – przyznaje.
Pił, bo wkurzało go, że brygadzista nim pomiata, pił, bo ludzie przestali kłaniać się na ulicach, a milicjanci zaczęli wlepiać mandaty. Pił, bo się nudził w domu – przecież go w końcu wylali z pracy. A wylali go, bo pił…

Nie tak to miało wyglądać

Tata był komunistą, działaczem związkowym w Hucie. – Reżim upadł bo mało było tak uczciwych ludzi – przekonuje.
Mama trudniła się chałupnictwem, ale zasadniczo doglądała szóstki dzieci.
Zbyszek od małego wyróżniał się dobrą koordynacją ruchową. Był szczupłym, wysokim, sprawnym chłopcem. W podstawówce gimnastykował się, jako uczeń szkoły zawodowej kosił medale na zawodach. W 1968 r. pojechał do Chorzowa na ogólnopolską spartakiadę młodzieży. Zdobył cztery złote medale na stadionie lekkoatletycznym (100 m, 200 m, 400 m i skok w dal). Tak naprawdę zwycięstw było pięć. On i jego młodszy brat skoczyli po 185 cm wzwyż. Zbyszek miał jedno podejście mniej, ale poprosił sędziów, żeby dali złoty krążek bratu. – Ja mam już cztery, po co mi następny – przekonywał arbitrów.

Na „pan” z Kasalikiem

Gdzieś w tym okresie debiutował w II lidze, w Hutniku. – Miałem wspaniałych wychowawców. Wiele mnie nauczyli trenerzy Strojny i Ketz. Ten drugi zawsze powtarzał, że piłkarz kopiący jedną nogą to kaleka. Po zajęciach kazał mi podawać do siebie lewą, bo prawa miałem już ukształtowaną. Odbijałem niezdarnie, ganiał za piłką po całym boisku. Mówił, że będzie ganiał dopóty, dopóki nie nauczę się celnie zagrywać. Ćwiczenia z Ketzem zaprocentowały.
Pierwszą drużyną rządzili: Kasalik, Ankus i Kowalczyk. Nie miał problemów z wejściem do zespołu. – Doceniali to, że traktowałem ich z należnym szacunkiem. Namawiali mnie, abym przeszedł z formy „pan” na „ty”. Nie mogłem się jednak przestawić.
Hutnik miał dobrą ekipę, on strzelał sporo bramek. W 1972 r. była szansa na ekstraklasę, ale przyjechał ŁKS i ich pokonał. – Słyszałem, że mecz sprzedano. W głównych rolach mieli wystąpić ci, którzy potem przenieśli się do Łodzi.
Sam przyznaje się do jednej „podkładki”, w Wiśle. Wziął pieniądze (przeciwnik utrzymał się w lidze), ale nie zagrał. Był kontuzjowany, a pieniądze podzielono na całą drużynę. Skasował 70 tysięcy złotych za porażkę. Za zwycięstwo Wisła płaciła zwyczajowo po 5 tysięcy.

Radiowóz jak taksówka

Hutnik spadł do trzeciej ligi. Płaszewski stał się obiektem westchnień klubów pierwszoligowych. Dobrą reklamą były dlań występy w reprezentacjach, juniorów i młodzieżówce. – Na pewno zaliczyłem ponad 50 meczów – deklaruje. – zaczynałem z Jankiem Tomaszewskim, który wyjątkowo opornie przechodził wszystkie chrzty urządzane nowicjuszom.
Zrazu do wyścigu po sprawnego pomocnika (paradoksem jest, że zasłynął jako obrońca) stanęły śląskie kluby, Górnik i Ruch. – Hutnik porozumiał się – mediował sam minister hutnictwa Trzcionka – z Ruchem, też z branży stalowej.
Płaszewski odmówił. – Na zgrupowaniach kadry przyglądałem się zawodnikom Ruchu: Buli, Maszczykowi, Pietrkowi. Tworzyli własną enklawę, mówili śląską gwarą, z mnóstwem niemieckich naleciałości. Wydali mi się obcymi ludźmi.
Górnik mamił go 50 tysiącami gotówki, dwupokojowym mieszkaniem po Gezie Kalocsaiu. – Pan Loska pokazywał mieszkanie i pytał: jakie chcesz flizy, jaki parkiet? Wyjmował katalogi z meblami i dywanami, miałem tylko wskazywać palcem na konkretne wzory.

Zbyszek uparł się, że na Śląsk nie pojedzie. Z trudem odmawiał, bo nie lubił zawodzić cudzych oczekiwań. Prawdziwe męki zaczął przeżywać, kiedy upomniała się o niego Legia. – Trener Strejlau na mnie nalegał. Prowadził mnie w młodzieżówce, asystował Górskiemu w pierwszym zespole. Można powiedzieć, że byłem jego pupilem.
Piłkarz nie mógł się zdecydować (choć, jak podkreśla – lepszego trenera od Andrzeja Strejlaua nigdy nie spotkał), więc znaleziono sposób nacisku. Tuż przed upływem wieku poborowego (24 lata) – Legia przypomniała mu o obowiązku odbycia służby wojskowej.
Nie broniłem się przed mundurem, ale wtedy z ofertą wystartowała Wisła. Zgarnęli mnie radiowozem z treningu na Suchych Stawach! Nie byłem zaskoczony. Wiedziałem, że prezes Szkutnik dogadywał się z „Białą Gwiazdą”.
Zawieziono go do dworku w Paszkówce pod Skawiną. Działacze wyłożyli kawę na ławę. Przez trzy miesiące będzie transportowany milicyjną nyską z dworku na stadion przy Reymonta i z powrotem. Ukończy 24. rok życia – Legia przestanie szastać paragrafami.

Historia jak z filmu. Ukrywali mnie przez te trzy miesiące, mieszkałem sam w pokoju z kuchnią. Warunki bytowe miałem rewelacyjne, ale brakowało mi żony, która została z małą córeczką w Hucie.
Działacze Legii odwiedzali małżonkę na osiedlu Dąbrowszczaków. Jakiś pułkownik wchodził do mieszkania i oznajmiał: – Pani Płaszewska, będę mówił głośno. Mąż pewnie siedzi w szafie to usłyszy.
Pod blokiem kręcili się funkcjonariusze WSW…
Wiła zapłaciła mu 200 tysięcy za transfer (tyle kosztował duży fiat), oddała do hutnika trzech zawodników: Obarzanowskiego i braci Stolczyków. – Później rozmawiałem o tym z trenerem Strejlauem. Przyznałem mu rację – dziś byłbym co najmniej emerytowanym kapitanem Wojska Polskiego, dostawałbym porządną emeryturę. Było mi wtedy iść do Legii…

Cztery sztuki w Malmoe

Wisła grała w czołówce krajowej. Sukcesów nie brakowało. W 1976 r. toczyli boje z Celtikiem („40 tysięcy ludzi nas dopingowało”) i Molenbeek („Adaś Musiał dał Belgowi po gębie„) w Pucharze UEFA. Zadebiutował w reprezentacji narodowej, choć o miejsce nie było łatwo. Był podstawowym graczem mistrzowskiej drużyny Wisły w 1978 roku. Po wyeliminowaniu Brugge i Czechów z Brna – w ćwierćfinale Pucharu Europy krakowianie trafili na szwedzkie Malmoe.
Pierwszy mecz – 2:1 dla nas. W rewanżu, na boisku rywala, prowadziliśmy 1:0! Nie mogliśmy jednak wygrać, skoro do naszej bramki wpadły cztery sztuki. Pojawiły się podejrzenia, że paru chłopakom właśnie o to chodziło. Żeby Wisła nie zagrała w półfinale.
Nazwisk nie wyjawi, mówi tylko, że wiarygodny sygnał dostał po kilku latach. – W półfinale czekała Austria Wiedeń. Przeciwnik dobry, ale broń Boże wybitny. I ta Austria ograła Szwedów, a w finale walczyła mężnie z Nottingham. Można tylko gdybać, co zrobiłaby Wisła.

Na mistrzostwa świata do Argentyny nie pojechał, choć był w szerokiej kadrze. Wyeliminowały go kontuzje odniesione w lidze. Był przez lata nadmiernie eksploatowany. – Organizm już się poddawał. Co jakiś czas łapałem urazy śródstopia, potem zerwałem więzadło w prawym kolanie. Goniono nas do gry jak psów, z nie wyleczonymi urazami. Opieka medyczna szwankowała.
Ostatni zryw Płaszewskiego to 1979 rok, za kadencji Kuleszy. Wielki mecz z Holandią (2:0), dobry występ z Węgrami. Jeszcze w 1980 r. zagrał przeciwko RFN. – Trener Kulesza miał dylemat, kogo wystawić: mnie czy Marka Motykę. Umówiliśmy się, że gdy poczuję się gorzej – dam sygnał. Wytrzymałem 68 minut. Urwanie głowy z tym Rumenigge…
Do Jugosławii wybierał się z mocnym postanowieniem. Chciał udowodnić młodszym kolegom, ze jeszcze nie czas na zmianę warty. Ale do Jugosławii podróżowało się przez Okęcie…

320 złotych

Z dumą oprowadza po mieszkaniu. – Flizy i terakotę sam kładłem. Tak samo kasetonowy sufit w kuchni. Te łuki w przedpokoju to też moja robota. I te listwy w drzwiach.
Żona z córką krzątają się przy obiedzie, wnuczka biega po mieszkaniu. W pokoju syna – pusto. Wczasuje się na Mazurach.
Stracił kontakt z futbolem. – Nie chodzę ani na Wisłę, ani na Hutnika. Nie ma po co. Dziś piłkarze zarabiają krocie, a nie potrafią porządnie piłki kopnąć. Nie słuchają trenerów, bo mają większe od nich pensje. Co może taki biedny trener zrobić bogatemu piłkarzowi?
Telewizję jeszcze obejrzy, gazet raczej nie czytuje. – Pracuje w „Tempie” redaktor Frandofert? Razem z Władkiem Giergielem sprzedawali mnie do Feyenoordu. Brakło zgody kogoś na górze.

Pokazuję mu książkę o Wiśle wydaną przez FUJI. Nie wiedział, że coś takiego jest na rynku. Zerwał kontakty z kolegami z boiska. – Byłem na pogrzebie Stasia Goneta. Rozmowy na zasadzie: „Cześć, co porabiasz, do następnego”.
Słabo orientuje się w ostatnich poczynaniach byłych partnerów. – Trzymam kontakt z Kaziem Gazdą, dość regularny. Od wielkiego dzwonu widuję się z Leszkiem Pawlikowskim.
Znów ma dużo wolnego czasu. Jest na rencie, bierze 320 złotych na rękę. – Mało. Jak z tego wyżyć? Ostatnim moim miejscem pracy było Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe. Pracowałem na sporej wysokości, przy piecach hutniczych.
Próbował zaczepić się w którejś z firm powstałych po pączkowaniu HiL. Prosił o pomoc w tej sprawie działaczy Hutnika, ale tłumaczyli się brakiem możliwości. Więcej już o nic nie pytał. Teraz czeka na wiadomość od kolegi. – Ma coś dla mnie na oku.
Pytam na koniec jak smakują wspomnienia z przeszłości. – Gdy nie mogę zasnąć, przypominam sobie te najbardziej egzotyczne wyprawy – do Australii, Ameryki. Od razu się odprężam, powieki zaczynają się zamykać. Niekiedy wspomnienia mają gorzki smak. Ówczesna ekipa Wisły nie osiągnęła sukcesów, do których była predestynowana…
MAREK GILARSKI

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.