Zegarek za osiem punktów

Zapraszam do lektury opowiadania Pawła Fleszara, które otrzymało wyróżnienie w XXIX Konkursie Literackim „Krajobrazy słowa” w Kędzierzynie-Koźlu.

1.

Raczej nie przeżyłabym takiej odlotowej przygody, gdyby mama nie dała mi szlabanu na smartfona. Właściwie to nie tylko na smartfona, ale też komputer i w ogóle internet. Właściwie to nie mama mnie, ale ciocia Justyna – Piotrkowi, a mama ją naśladowała. Właściwie to ciocia Justyna nie jest moją ciocią, ale…
No dobra, od początku. Mam na imię Kinga, wszyscy mówią mi Kinia, a moja mama, Joanna Malinowska i pani Justyna Semeniuk poznały się w szpitalu, kiedy jedna miała rodzić mnie, a druga Piotrusia. Tam się bardzo polubiły i odtąd trzymają się razem. Jak mama mówi, są jak siostry, a nawet bardziej, bo nie kłócą się, ale inspirują. Ciocia Justyna zainspirowała moich rodziców, żeby przeprowadzili się ze Zdzieszowic na bloki w Kędzierzynie. Jak powiedziała: oszczędzą czas na dojazdach do pracy w Blachowni, gdy dziecko pójdzie do szkoły, też szybciej do niej dotrze, a dzisiaj czas jest najcenniejszą monetą. Nie wiem, jak by mi się żyło w Zdzieszowicach, ale u nas na dzielni nudy nie ma. Nasze miasto to nie tylko ZAKSA. No, w sumie to dwie ZAKSY…
Łatwo policzyć, że przyjaźń mamy i cioci trwa trzynaście lat. Śmieją się, że jesteśmy z Piotrkiem bliźniakami, bo urodziliśmy się tego samego dnia. Ja rano, a on po południu, więc jestem starsza, ale nie zawsze chce mnie słuchać. A gdy ja słucham jego, to zazwyczaj kończy się źle. Jak w maju, kiedy namówił mnie, żebym przygotowała mu odpowiedzi podczas zdalnego sprawdzianu z matematyki. Jestem najlepsza w klasie z majcy, a teraz będę chyba najlepsza w całej szkole, bo Marek Pieniążek poszedł do liceum. W każdym razie na pierwszym stopniu olimpiady matematycznej juniorów tylko on był lepszy ode mnie. Potem dostał się aż do trzeciego stopnia. Ja mam jeszcze dwa lata, żeby tam dojść, na razie byłam na drugim. Uwielbiam majcę i wszelkie zagadki logiczne.
Piotrek uprosił mnie, żebym mu pomogła, bo nic nie rozumie, a potem nauczyciel powiedział, że rozpoznaje mój styl i metodę. Nie wiem, czy można mieć styl przy rozwiązywaniu równań algebraicznych, ale przez to od trzech tygodni nawet w sudoku online nie mogę pograć. Ciocia Justyna wlepiła Piotrkowi szlaban, a mama stwierdziła, że mnie też się należy za udział w oszustwie, chociaż do początku czerwca dawałam mu korepetycje i w końcu zdał wszystko sam! Ciocia dodała pocieszającym tonem, że przez pandemię i zdalne nauczanie siedzieliśmy ciągle przed komputerami, więc dobrze nam zrobi, gdy odetchniemy od nich w trakcie wakacji.
No to oddychałam – na rowerze. W dwa tygodnie zrobiłam ponad dwieście kilometrów, na ogół sama, bo Piotrek wolał grać w kosza (między nami, równie często jak na boisku, grał w NBA 2k21 na konsoli u Matiego). Gdy w ubiegłym tygodniu wracałam z Leśnicy, rower się popsuł. Coś z przerzutką. Na szczęście, zbliżałam się już do stadionu Chemika, więc do nas, na ulicę Pionierów, zostało z półtora kilometra. Tata stwierdził, że sam naprawi rower, ale po dwóch godzinach uznał, że nie ma odpowiednich narzędzi i zaprowadził go do serwisu. Ja miałam go odebrać i od tego zaczęło się całe zamieszanie.

Serwis, sklep i wypożyczalnia rowerów nazywa się „Wielka pętla” i mieści się w czerwonym budynku, naprzeciwko zakładu fryzjerskiego „Ewa” przy Kozielskiej, w którym byłam kiedyś z mamą, gdy robiła sobie pasemka. Jak wytłumaczył sympatyczny pan, który wydawał mi rower, nazwa to wielopiętrowe nawiązanie – przede wszystkim do wyścigu kolarskiego Tour de France, nazywanego po francusku La Grande Boucle, ale także do sąsiadujących z serwisem: ronda Wojaczka (wiadomo, jak wygląda) i do MZK, które jest czymś w rodzaju pętli autobusowej, bo zajeżdżają tam i wyjeżdżają. Pan miał na imię Patryk, był po trzydziestce, ale młodszy od moich rodziców. Gawędziło się miło, ale bałam się, czy zdążę jeszcze zrobić rundkę przed obiadem, żeby wypróbować rower. Odkąd nie mam smartfona, nigdy nie wiem, która jest godzina.
– Wpół do dwunastej – oznajmił pan Patryk, wydłubując zegarek z kieszeni dżinsów. Był bardzo ładny: Diesel, z kopertą i bransoletą wyglądającymi na „przydymione” złoto oraz granatowym cyferblatem.
– Czemu taki fajny zegarek trzyma pan w kieszeni, a nie na ręce? – zdziwiłam się.
– Tak bez przekonania go noszę, bo raczej nie jest mój. – Uśmiechał się do mnie z zakłopotaniem zza przyłbicy. – Mój miał niedużą rysę na szkiełku. Ponad tydzień temu zaniosłem go do zegarmistrza, tu niedaleko, nieopodal zabytkowej lokomotywy, do czyszczenia bransolety i dostałem wyczyszczony, z całym szkiełkiem. Zegarmistrz upierał się, że to na pewno mój, bo jest w torebce strunowej opisanej moim nazwiskiem. Głupio mi było się kłócić, bo to schorowany starszy pan, na wózku inwalidzkim.
Pokiwałam głową, choć zegarmistrza nie znałam.
– Ten nie jest chyba gorszy? – spytałam, oglądając zegarek, który podał mi pan Patryk.
– Identyczny, chyba też z limitowanej edycji. Tamten jednak był szczęśliwy, wygrałem go w konkursie podczas finałów Ligi Światowej siatkarzy, które odbyły się w Krakowie pięć lat temu. Wygrałem nawet dwa zegarki, ten drugi, taki masywny, sportowy, podarowałem bratu.
– Sztos!
– Też się cieszyłem, bo to był konkurs dla dziennikarzy akredytowanych na turnieju. Trzeba było wytypować sumę „małych” punktów, które padną w obu meczach danego dnia.
– To takie trudne?
– W dwóch meczach może być sześć do dziesięciu setów, razem po kilkaset „małych” punktów. Przyjechali dziennikarze z Brazylii, Serbii, Rosji, wszystkie gwiazdy telewizji, a ja byłem najbliżej prawidłowego wyniku. Pierwszego dnia wygrałem ten złoty, kiedy pomyliłem się o osiem punktów, a drugiego dnia zabrakło mi jedenaście.
– Jest pan pierwszym dziennikarzem, jakiego poznałam w życiu! Od dwóch lat trenuję badmintona w MMKS-ie, ale media się nami nie interesują.
– Akurat od dwóch lat nie jestem dziennikarzem, bo zwolnili mnie w ramach oszczędności i wróciłem z Krakowa w rodzinne strony.
– W takim razie ten zegarek nie jest za bardzo szczęśliwy.
– Nie, nie, nie narzekam. Przy rowerach mam spokojną pracę. Poza tym robię jeszcze coś… A przede wszystkim, właśnie w serwisie poznałem Zosię i mam nadzieję, że niedługo się z nią zaręczę. Żeby tylko coś się nie popsuło przez ten zegarek…

2.

Podczas krótkiego touru do domu (ale naokoło, przez Stare Koźle), zastanawiałam się, jakby pomóc temu sympatycznego Patrykowi Dziennikarzowi. I wymyśliłam. W domu wygrzebałam z szuflady stary zegarek elektroniczny mamy, który widziałam jeszcze na jej zdjęciach ze studniówki. Kiedy wróciła z pracy, spytałam, czy mogę go nosić, póki nie będę mogła sprawdzać godziny na smartfonie.
– Jasne, że możesz, Kinia, ale przecież to staroć. – Zdziwiła się. – Zresztą chyba nie działa.
– Takie oldskulowe zegarki są teraz w modzie. Mam nadzieję, że wystarczy wymienić bateryjkę. Jutro pójdę do zegarmistrza koło ciuchci – odparłam.
– Dobrze, zaraz dam ci pieniądze. To niezwykle porządny człowiek, zawsze robił nawet więcej, niż się zamawiało.

Następnego dnia podjechałam do tych pawiloników handlowych przy Karola Miarki, gdzie pan zegarmistrz nie wpuszczał klientów do zakładu, tylko obsługiwał przez zewnętrzne okienko ze względu na zagrożenie epidemiczne. Był bardzo uprzejmy, szybko wymienił bateryjkę i nastawił zegarek, ale sprawiał wrażenie zgnębionego chorobą. A może zmartwieniami? Z koronawirusem nie ma żartów.
Obok zakładu jest spożywczak, a przed nim dwa stoliki z parasolami. Przez prawie cztery godziny siedziałam tam, zjadając powoli: loda na patyku o smaku Oreo, orzechowego rożka i owocowego rollera, wypijając dwa Tymbarki o smaku jabłkowo-miętowym. Czułam się jak bohaterka młodzieżowej powieści o ksywie Dziewiątka.
Rok temu pani od polskiego ubzdurała sobie, że mam niestaranny charakter pisma. Mama uważała, że to efekt mojej niecierpliwości. Pani od polskiego zadała mi doskonalenie kaligrafii przez zapisanie zeszytu liczącego sześćdziesiąt cztery strony. Mama wyciągnęła ze swojej biblioteczki Kapelusz za sto tysięcy.
– Przyjemniej będzie ci się przepisywało ciekawą historię. Kiedy byłam w twoim wieku, marzyłam, żeby być szefową gangu i rządzić ośmioma chłopakami – powiedziała.
Ja tam nie chcę rządzić ośmioma chłopakami, bo ledwo z jednym, Piotrkiem, daję sobie radę. Ale Kapelusz mi się podobał, a potem przeczytałam jeszcze kilka innych dzieł pana Adama Bahdaja, w tym najlepsze: Podróż za jeden uśmiech. Książki są jak seriale na Netflisiu – przywiązują na długo do bohaterów.
Przyszło do głowy, że w powieściach detektywistycznych poszkodowany człowiek też bywał podejrzany. I nawet gdy ostatecznie okazywał się niewinny, to warto było go śledzić. Czyżby dotyczyło to także Patryka Dziennikarza? Tak się dziwnie zająknął, mówiąc, że ma inne zajęcie poza rowerami.
Wtedy przypałętał się Piotrek.
– Siema, co tak tu zamulasz?
– Nie drzyj się. Prowadzę obserwację – odpowiedziałam półgłosem.
Podniósł tylko brwi, więc opowiedziałam mu wszystko. Wciągnęło go, co znaczyło, że nuda daje mu się we znaki.
– Mógłbym śledzić tego dziennikarza – zaofiarował się. – Ukryję się w okolicach ronda i będę obczajał.
Wysłałam go na akcję, a ze względu na kłopoty z łącznością, umówiliśmy się, że wieczorem wpadnie do mnie z raportem.
Nie uwierzycie, ale kiedy pół godziny później zauważyłam szczupłą i delikatną brunetkę o króciutkich włosach – miałam przeczucie. Podeszła do zakładu i wyciągnęła złoty zegarek, który błysnął do mnie granatowym cyferblatem. Tłumaczyła coś zegarmistrzowi, jednak mówiła tak łagodnym głosem, że nic nie dosłyszałam. Widziałam za to zawód malujący się na jej twarzy, kiedy odwróciła się od okienka.
– Przepraszam! Przepraszam bardzo, że się wtrącam! – Dopadłam ją w w dwóch susach. – Jestem Kinga Malinowska. Czy pani ma kłopot z zamianą zegarka?
– Skąd wiesz?! – Stanęła jak wryta. – Rzeczywiście, oddałam go do zakładu, bo późnił. Wystarczyło wymienić baterię i teraz chodzi dobrze, ale przedwczoraj zorientowałam się, że to nie ten. Mój miał wgięcie po wewnętrznej stronie bransolety, bo w ubiegłym roku, kiedy schudłam, próbowałam ją skrócić, usuwając jedno ogniwo.
Podała mi zegarek. Miał niewielką rysę na szkiełku.
– Wczoraj poznałam pewnego pana, który ma identyczny zegarek i też wydaje mu się, że został tutaj zamieniony – opowiadałam jej. – Mogę panią do niego zaprowadzić.
– Co ty mówisz! Byłoby super, gdyby okazało się, że ma mój zegarek, a ja jego. – Rozpromieniła się. – Żałuję, ale nie mogę tam pójść. Jestem stomatologiem i wstąpiłam tu po drodze do gabinetu. Od dzisiejszego popołudnia czeka mnie nawał obowiązków. Operuję pod mikroskopem, mam pacjentki z Niemiec, które właśnie przylatują do mnie, bo u nich też poluzowali obostrzenia. Mam do ciebie gorącą prośbę! Mogłabyś wziąć ten zegarek i pójść do tego pana? Odwdzięczę się!
– Ale… Ale proszę pani, przecież to złoty zegarek… cenna rzecz! I ot tak mi go pani daje? – wybąkałam.
– Ufam ci! Masz uczciwe spojrzenie. Bardzo cię proszę, sprawdź to i wpadnij do mnie, najlepiej jutro, bo dzisiaj będzie urwanie głowy. Mój gabinet mieści się na parterze budynku naprzeciwko drugiego liceum.
I już jej nie było.
Wtedy uświadomiłam sobie, że ona nosi typowo męski zegarek. Sprawa była coraz dziwniejsza.

3.

Poszłam do serwisu rowerowego. Piotrek huśtał się na wygiętej na kształt eSa poręczy przy schodkach do optyka, ale bardziej uważał, żeby nie spaść niż obczajał. Udałam, że go nie widzę.
– Niespodzianka! – wykrzyknęłam na powitanie Patryka Dziennikarza, podsuwając mu pod nos zegarek dentystki. – Ma porysowane szkiełko.
Patryk zbaraniał, obejrzał zegarek i pokręcił głową.
– Przykro mi, to nie ten. Rysa na moim układała się w miniaturowe V – znak zwycięstwa. Dlatego nie chciałem wymieniać szkiełka. Taka fanaberia.
Zwiesiłam głowę z rozczarowania, ale on poklepał mnie pokrzepiająco po ramieniu.
– Bardzo ci dziękuję, że tak się zaangażowałaś. Swoją drogą, mój zegarek budzi coraz większe zainteresowanie. Trzy dni temu oglądał go taki chudy, wysuszony facet. Nazwałem go Kabanos.
Opowiedziałam Patrykowi o spotkaniu z dentystką, a on wyjął z kieszeni zegarek i wręczył mi.
– Mam gorącą prośbę. Ty już znasz tę kobietę, a mnie trochę niezręcznie ją nagabywać. Nie spytałabyś, czy to nie jej zegarek? Będę wdzięczny, a kolejną naprawę roweru masz u nas za free.
No to teraz miałam dwa zegarki, mnóstwo zaufania obcych ludzi i równanie z kilkoma niewiadomymi.

Wieczorem zjawił się Piotrek, rozłożył się w moim foteliku na kółkach przy biurku, wychłeptał całą mineralną i robił tajemnicze miny. Postanowiłam, że go przetrzymam i nie zadam pytania jako pierwsza. Wygrałam.
– Sprawa jest bardzo podejrzana – sapnął. – Patryka Dziennikarza odwiedziło w serwisie mnóstwo osób, w tym wysoka, ładna, trzynastoletnia blondynka. – Wystawił na mnie język.
– Och, ach. Nią jednak się nie interesuj.
– O dziewiętnastej zamknął serwis i poszedł na przystanek „jedynki” przy Bema.
– Czyli jechał w kierunku stadionu w Koźlu, bo przystanek na Azoty jest przy Reja.
– Si, claro. Jechał i jechał, ludzie wsiadali i wysiadali. To wygląda, jakby chciał sprawdzić, czy ktoś go nie śledzi. Nie wiem, czy coś zwietrzył, w każdym razie ja byłem cały czas w maseczce i udawałem, że interesują mnie tylko samochody na drodze. Smartfona nie miałem, żeby w niego patrzeć.
– Masz zadatki na dobrego tropiciela – pochwaliłam go.
– Nie za bardzo. – Skrzywił się. – Zadzwonił gdzieś, a potem wysiadł na Żeromskiego. Ja za nim, myk, myk, ale niedaleko; na takim małym parkingu za przystankiem czekało na niego czarne BMW z przyciemnianymi szybami. Pojechali w kierunku Odry i zobaczyłem tylko, ze skręcają w lewo, w Łukasiewicza.
Pokazałam mu obydwa zegarki: na otrzymanym od dentystki zawiązałam czerwoną nitkę, a na tym od Patryka – zieloną. Nie doszliśmy do żadnych sensownych wniosków. Ustaliliśmy tylko, że jutro Piotrek weźmie kupkę komiksów do czytania i zajmie stanowisko przy rondzie Wojaczka.

4.

W czwartek po śniadaniu wybrałam się do dentystki. Przed kwiaciarnią, po prawej od wyjścia z klatki naszego bloku, stali dwaj faceci, których nigdy nie widziałam. Jeden chudy, suchy, lekko powykręcany. Wykapany kabanos. Drugi mały, ale nabity, jak serdelek.
Do gabinetu było niedaleko, więc nie wzięłam roweru, ale gdy tam dotarłam, uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, jak pani dentystka się nazywa. Na szczęście, recepcjonistka była miła i wyrozumiała, a po opisie poznała, że chodzi doktor Martę Musiał.
Pani Marta bardzo się ucieszyła na mój widok, ale kiedy obejrzała zegarek z zieloną nitką, posmutniała.
– To nie mój, niestety – westchnęła.
– Szkoda. Ten, który dostałam od pani też nie należy do pana Karola, mimo że ma rysę na szkiełku.
– Wiesz co, tę rysę chyba ja zrobiłam niedawno, kiedy uderzyłam w zasuwające się niespodziewanie drzwi windy. Przepraszam cię, muszę lecieć, bo mam skomplikowane leczenie kanałowe.
Zegarka nie wzięła. Mogłam go zostawić na recepcji, ale postanowiłam, że jeszcze coś sprawdzę.

Po drugiej stronie Matejki, pod bramą liceum, dostrzegłam Serdelka. Kiedy skręcałam w Damrota, kątem oka zobaczyłam, że idzie równolegle do mnie i rozmawia przez komórkę. Resztę drogi przebiegłam.
Drzwi do naszego mieszkania były lekko uchylone, regał w przedpokoju przewrócony, w moim pokoju wszystko pozrzucane z półek, szuflady powyciągane, szafa opróżniona z ubrań, które zaścielały podłogę. Aż uklękłam z wrażenia. Gdy ochłonęłam i sprawdziłam pozostałe pomieszczenia, okazało się, że tylko u mnie zrobiono pobojowisko.
Nie miałam komórki, a z telefonu stacjonarnego rodzice już dawno zrezygnowali, bo tylko telemarketerzy do nas dzwonili, więc musiałam iść do sąsiadów, żeby skontaktować się z mamą. Raz dwa przyjechała z pracy, wezwała policję. Policji tu mamy ile chcieć, bo przy Wojska Polskiego mieści się komenda powiatowa, ale musieliśmy dość długo na nich czekać.
Mama sprawdzała, czy czegoś nie ukradziono, a ja tymczasem zamknęłam się w kuchni i starymi nożyczkami krawieckimi próbowałam otworzyć zegarki. To od nich wszystko się zaczęło. Szpice starałam się zaczepić w dwa otworki i przekręcić, ale wyślizgiwały się i skaleczyłam się ostrzem w kciuk lewej dłoni. Kiedy w końcu otworzyłam zegarek z czerwoną nitką, w środku nie zobaczyłam nic ciekawego. Miałam już wprawę, dzięki czemu z zegarkiem Patryka Dziennikarza poszło szybciej. Od razu rzuciło mi się w oczy mrugające wewnątrz mechanizmu czerwone światełko!
Niedługo wcześniej pojawili się dwaj młodzi policjanci, więc pokazałam im migający zegarek. Natychmiast wezwali oficera, który przyjechał bardzo szybko i był po cywilnemu, a nawet w sandałach. Podkomisarz Maciej Dembończyk, jak się przedstawił. Kazał mi wszystko dokładnie opowiedzieć, po czym zabrał obydwa zegarki, stwierdził, że wytłumaczy to właścicielom i się ulotnił. Mnie niczego nie wytłumaczył.

5.

Przez następne dwa tygodnie nic się nie wydarzyło. Mama wzięła urlop i organizowała mi rozrywki, rzadko spuszczając z oka. Było to całkiem przyjemne, ale trochę męczące.
Zostały też wznowione treningi badmintonowe w MMKS-ie. W piątek wychodziłam po zajęciach z hali Azoty, a tam na masce samochodu siedział podkomisarz Dembończyk.
– Jak mnie pan tu znalazł? – spytałam.
– Jestem policjantem, mam wprawę. Musiałem zjawić się osobiście, bo nie można się do ciebie dodzwonić.
– Pyszny dowcip.
– Wynikający tylko i wyłącznie z sympatii. Zostałem oddelegowany, żeby przekazać ci słowa uznania, bo dzięki tobie złapaliśmy groźnych przestępców poszukiwanych czerwoną notą Interpolu.
– Chodzi o Kabanosa i Serdelka?!
– Trafny opis, choć nazywają się inaczej. – Policjant uśmiechnął się. – To oni założyli GPS do zegarka Patryka Muszyńskiego, a my namierzyliśmy urządzenie, którym odbierali sygnał.
– Ale… ale po co to zrobili? – wyjąkałam. – I czego chcieli od pana Patryka Dziennikarza?!
– Twój znajomy dziennikarz pisze książkę-wywiad z pewnym świadkiem koronnym głośnej niegdyś sprawy i dwa tygodnie temu spotkał się z nim po raz pierwszy. Chcieli za pomocą GPS-a zainstalowanego u Patryka ustalić miejsce pobytu tego człowieka, aby się na nim zemścić. To oni włamali się do waszego mieszkania, bo odebrali z niego sygnał GPS. Ale już nikomu nie zagrożą, bo wiele lat posiedzą w więzieniu.
– O ja cię…
– Właśnie. Notabene, znaleźliśmy u nich jeszcze jeden złoty Diesel z granatowym cyferblatem. Przyznam, że niezupełnie rozumiem ten galimatias z zegarkami.
– Chyba potrafiłabym go rozwikłać.

6.

W niedzielę spotkaliśmy się we włoskiej restauracji leżącej razem z hotelikiem nad jeziorkiem w Kobylicach. Byli wszyscy: Marta Dentystka, Patryk Dziennikarz, podkomisarz Dembończyk, Piotrek i ja. Stoliki i krzesła stały wprost na trawniku, poniżej mieliśmy wodę z tatarakiem, trzcinami i łabędziami, na talerzach pizzę Capricciosę, w szklankach lemoniadę poziomkową, a na kraciastym obrusie położyłam trzy zegarki, które dostałam od podkomisarza. Czerwona i zielona nitka ciągle były na miejscu, a na trzecim zawiązałam czarną.
Marta obejrzała bransolety i wzięła zegarek z czarną nitką.
– To mój! – pisnęła z radości. – A właściwie mojego chłopaka, który niedługo wraca z Anglii. Nosiłam zegarek jako pamiątkę po nim, a teraz wstyd byłoby się przyznać, że gdzieś go posiałam.
– A mojego nie ma – kwaśno stwierdził Patryk po oględzinach szkiełek.
– Ten jest pański. – Przysunęłam ku niemu zegarek z czerwoną nitką, który na początku lipca nosiła Marta. – Było to tak: zanieśliście w jednym czasie zegarki do zakładu. Pan zegarmistrz był tak uczynny, że nieproszony wymienił porysowane szkiełko w pańskim zegarku. Przez roztargnienie jednak zamienił je i pan dostał zegarek Marty, a ona pański. Jesteście ze mną?
Pokiwali w zamyśleniu głowami.
– Do pana zegarmistrza nie należy mieć pretensji, bo dzięki tej zamianie i wynikłym z niej wątpliwościom zostali złapani groźni przestępcy.
– Bezapelacyjnie. – Podkomisarz mrugnął do mnie.
– Marta miała więc zegarek Patryka, a zegarek Marty podmienił Patrykowi Kabanos, kiedy oglądał go w serwisie rowerowym.
– Przypominam sobie, że wtedy zagadał mnie taki mały, krępy, facet i na chwilę się odwróciłem! – wykrzyknął dziennikarz.
– To musiał być Serdelek. Zegarek Marty przejęli przestępcy, a pan nosił w kieszeni podstawiony przez nich zegarek z GPS-em. Póki nie dał go pan mnie. To cała tajemnica. – Rozłożyłam teatralnie ręce.
Wszyscy patrzyli na mnie jak urzeczeni.
– Widzicie, jaki łeb ma Kinia? Każde równanie umie rozwiązać! – Piotrek klepnął się rękami po udach. – A ja to wiem najlepiej!

KONIEC

Komentowanie zablokowane.