Zejście z huśtawki

Wywiad ukazał się w „Tempie” i „Przeglądzie Sportowym” w styczniu 2003 r.

–  Najbardziej brakuje mi takiej czystej satysfakcji: schodzę z kortu i czuję, że jestem totalnie z siebie zadowolona, zrobiłam wszystko, co mogłam. Nikt nie może mi nic zarzucić, bo wiem, że było dobrze. W innych dziedzinach życia trudno znaleźć coś takiego”  – zwierza się Magdalena Grzybowska, która niedawno zakończyła wyczynową karierę.

Prawie dokładnie siedem lat temu, na otwarcie nowej, przerobionej z wojskowych zakładów remontowych, hali Wawelu rozegrały mecz pokazowy. Osiemnastoletnia Aleksandra Olsza triumfatorka Wimbledonu juniorek sprzed kilku miesięcy oraz siedemnastoletnia Magda Grzybowska, świeżo upieczona mistrzyni Australian Open w tej samej kategorii. Wygrała Magda, tenisowy świat stał otworem przed obiema.
Olsza opuściła korty już kilka lat temu, niedawno zapowiedziała zakończenie kariery Grzybowska. Przyjechała na miesiąc z Paryża, gdzie mieszka i studiuje, w tej samej hali zagrała kilka razy towarzysko z młodą krakowianką, Joanną Sakowicz. – Przywiozłam ze sobą jedną rakietę – wyjaśnia Magda. – Może czasem wystartuję w jakimś turnieju, jeśli nie będzie mnie bolało kolano, pozwoli czas. Tenis będę uprawiać dla przyjemności, nie wyczynowo.

***

– Wierzy pani w fatum? W 1998 roku wspięła się pani na trzydzieste miejsce w rankingu WTA, do szczytu został krok albo dwa. Niedługo przyszła kontuzja…
– Okazało się, że mam zniszczone chrząstki w obu kolanach, chroniczne zapalenie więzadła właściwego rzepki w lewym. Do tego taka anatomiczna sprawa – mam bardzo wysoko usytuowane rzepki, przez co więzadło jest jeszcze bardziej obciążone. Przeszłam artroskopię lewego kolana. Po pierwszej, wielomiesięcznej przerwie, paliłam się do powrotu, gry w turniejach, a tu spotkało mnie rozczarowanie, bo szybko okazało się, że nie jestem zdrowa. Tak długo czekałam, trenowałam i ciągle coś mi przeszkadzało. Wszystko było chaotyczne – jeżdżenie na turnieje, przerywanie gry, potem chodzenie do lekarzy, szukanie innych, siedzenie w domu. Huśtawka nastrojów: przeplatanie się nadziei – bo miałam dobre momenty – z załamaniem.
– Nie wszyscy wierzyli w tę kontuzję.
– W tenisie jest sporo zazdrości, kiedy ktoś się wybije, ludzie patrzą krzywo. Tak jest wszędzie, a w Polsce jest to tym bardziej dotkliwe, że mamy bardzo mało zawodników. Niektórzy mówili wprost: „Mogłabyś przestać udawać”, inni zarzucali, że jestem słaba psychicznie, choć stojąc z boku nie mogli wiedzieć, przez co przechodziłam. Słyszałam: „Zakochałaś się, wyjechałaś i dlatego nie grasz”, co było kompletną bzdurą. Nie było miło.
– Talenty, które błysnęły na krótko i zostały zniszczone przez kontuzje to kawał historii polskiego sportu. Z panią los obszedł się łaskawiej, bo sporo udało się osiągnąć. Może trzeba było spróbować jeszcze jednej operacji?
– Przez dwa lata nikt mnie nie namawiał do następnych zabiegów, dopiero w ostatnim okresie, kiedy okazało się, że dwa lata wysiłków zdały się na nic. Nie zdecydowałam się, bo wszyscy mówili, że efekt nie jest pewny, że po przewlekłej kontuzji kolano nie może być już stuprocentowo zdrowe. W tym roku, po wakacjach, kontuzja znowu mi się odnowiła, już nie miałam ani chęci, ani wiary, ani motywacji. Biłam się z myślami. Wreszcie powiedziałam sobie: ?Trudno, koniec?. Podjęłam decyzję i jestem wręcz z tego zadowolona, czuję ulgę.
– Udział w olimpiadzie to dla cel wszystkich zawodników, świadectwo sportowej dorosłości. Pani pojechała do Atlanty jeszcze przed uzyskaniem dokumentu dojrzałości.
– To było ogromne przeżycie dla mnie i Oli Olszy. Byłyśmy jednymi z młodszych uczestniczek igrzysk, nie miałyśmy większych szans na medale. W moim przypadku ta olimpiada była troszeczkę za wcześnie, kilka lat później miałabym szanse na jakiś wynik, walkę. Odpadłam w pierwszej rundzie, ale mam mnóstwo, mnóstwo wspomnień. Ceremonia rozpoczęcia: zgrupowano nas na bocznym stadionie, trwało to bardzo długo, czekanie, bieganie, stres, ustawiano nas, żeby to jakoś wyglądało. Jak już weszliśmy, przeżycie było niesamowite; tylu sportowców, kibiców, błyskały flesze. Gorzej było, gdy impreza się skończyła, bo masa ludzi musiała dotrzeć do wioski olimpijskiej. Walczyłam o bilety, żeby się dostać na koszykówkę, siatkówkę, lekkoatletykę. Na niektóre dyscypliny mi się udało, więc trochę pooglądałam jako widz. Od czasu do czasu ktoś mnie szturchnął: „Zobacz, to jest ten i ten, sławny bokser, czy sztangista”, jakiś mistrz świata, albo coś innego.
– Po czterech latach były następne igrzyska, na które nie zakwalifikowano pani, mimo spełnienia wymogów MKOl.
– Dochodziłam do siebie po kontuzji, udział w olimpiadzie był motywacją, znalazłam się na 70. miejscu w rankingu. PKOl postawił jednak dla tenisistów nierealny warunek – miejsce w pierwszej dwudziestce. Dowiedziałam się o tym przed samymi igrzyskami; nie wiem, czyja to wina, bo między Polskim Związkiem Tenisowym a PKOl były przepychanki, a zawodnicy nie wiedzieli, co się dzieje. O to miałam największy żal.
– Zbioru przykrych zdarzeń dopełnia zamieszanie wokół badania antydopingowego po mistrzostwach Polski w Poznaniu, w 1998 roku.
– To raczej śmieszna historia. Po zawodach zostałam poproszona o wykonanie próby antydopingowej. Miałam już sporo takich badań za sobą na turniejach zagranicznych, także niedługo wcześniej. Byłam jednak przyzwyczajona do tamtej procedury – ktoś zawsze towarzyszył zawodnikowi od momentu zejścia z kortu, obserwował. W Poznaniu nikogo takiego nie było. Zaczęły się wywiady, ceremonia wręczenia nagród, zupełnie wyleciało mi z głowy, że mam się stawić na badania. Pojechałam na obiad i nagle ktoś dzwoni, gdzie ja jestem, przecież miałam być na badaniu. Próba nic nie wykazała, ale zrobiło się zamieszanie.
– I cofnięto pani stypendium olimpijskie.
– Tak, cofnęli mi stypendium, którego i tak wcześniej nie dostawałam. Boleśnie mnie to dotknęło…
– Można popatrzeć na dzisiejszą sytuację inaczej. Ma pani 24 lata, dużą urodę, przystojnego narzeczonego, sporo pieniędzy na koncie, mieszka i studiuje w jednym z najładniejszych miast świata. Wiele rówieśniczek chętnie zamieniłoby się z panią, wielu rówieśników ma nieporównanie trudniejszy start.
– Tak, nie mogę żałować niczego. Otwiera się dla mnie coś nowego, ekscytującego. Sport ma tę fantastyczną cechę, że daje nowe możliwości, normalnie niedostępne. W życiu jest jednak tak, że trzeba o wszystko walczyć. Nie można sobie pozwolić na myślenie: „O teraz jest fajnie, mogę się delektować tym, co mam”. Nie wiem, czy do końca jest taki moment, że jest się spokojnym o przyszłość.
– Znalazła się pani w planie emerytalnym Kobiecego Związku Tenisowego. Emerytura będzie ze starego czy nowego portfela?
– Zaczną mi ją wypłacać dopiero po ukończeniu pięćdziesięciu lat. W trakcie całej kariery z zarobków na turniejach odprowadzana jest składka, do tego trzeba wnosić 1500 dolarów rocznej opłaty członkowskiej, spełnić kilka wymogów. Potem te pieniądze są inwestowane, jak w normalnych funduszach emerytalnych. Nie wiadomo w tej chwili, ile tego będzie.
– Dzisiejsze studia komunikacji międzynarodowej w Paryżu to też efekt umiejętności pogodzenia szkoły z grą w tenisa. Zeszyty i książki latały samolotami na turnieje?
– Zdarzało się, ale było ciężko się wtedy uczyć, bo na turnieju jest tyle wrażeń, trudno się skupić. Do ukończenia szkoły średniej przykładałam ogromną wagę, rodzice starali się wszystko zorganizować. W liceum miałam indywidualny tok nauczania. Najgorzej było w roku maturalnym, kiedy przez dziesięć miesięcy przebywałam poza Polską, przyjechałam na ostatnie dwa. Chodziłam codziennie do szkoły, siedziałam tam po siedem godzin. Później jeszcze miałam zajęcia w domach nauczycieli. Wszystko mi się udało z ich ogromną pomocą.
– W zbiorze lapsusów komentatorów sportowych zachowała się taka kwestia dziennikarza Eurosportu: „Grzybowska jest już bardzo zdemoralizowana”.
– Ha, ha, ha! Nie słyszałam o tym. Może chodziło o to, że jestem położona na łopatki, zgnieciona przez przeciwniczkę? Dla mnie komentowanie to nowość, ale jednocześnie tenis jest czymś, na czym się znam. Najwyżej można coś głupiego powiedzieć, ale początki są trudne, więc nie ma się co przejmować, tylko uczyć na błędach.
– Pani praca w studio telewizyjnym podczas Australian Open znajdzie kontynuację?
– Plany na przyszłość na razie są luźne. Może zajmę się komentowaniem, ewentualnie – pisaniem o tenisie. Albo organizowaniem przedsięwzięć sportowych, turniejów tenisowych, których jest dużo w Polsce. Najbardziej odpowiadałaby mi praca w firmie sportowej, albo agencji menedżerskiej.
– Kiedyś uważano, że czeka panią kariera modelki.
– Kilka razy obcy ludzie zaczepili mnie na ulicy, w Miami, w Nowym Jorku, z pytaniem, czy nie jestem modelką i czy nie chciałabym nią zostać. Odpowiadałam zawsze, że raczej nie, bo mam inne zajęcia. Teraz już jestem na to za stara, no i za wysoka.
– Z uprawiania sportu, poza chronicznymi dolegliwościami, wynosi się jeszcze samodyscyplinę, która przydaje się w życiu.
– Musiałam wcześnie chodzić spać, właściwie się odżywiać, prowadzić uporządkowany tryb życia. Wiele osób mówi mi teraz: „Jejku, jak ty jesteś świetnie zorganizowana, wszystko robisz w jakimś celu, nigdy nie marnujesz czasu”. To dlatego, że przez lata musiałam w ten sposób funkcjonować: piętnaście minut na obiad, piętnaście na coś innego, żyłam z zegarkiem w ręku.
– Nie brakuje emocji, adrenaliny podczas pojedynku na korcie?
– Najbardziej brakuje mi takiej czystej satysfakcji: schodzę z kortu i czuję, że jestem totalnie z siebie zadowolona, zrobiłam wszystko co mogłam. Nikt nie może mi nic zarzucić, bo wiem, że było dobrze. W innych dziedzinach życia trudno znaleźć coś takiego.

***

Ćwiczenia serwisu, potem wymiany z głębi kortu, woleje. W hali przyozdobionej wojskową siatką maskującą słychać, charakterystyczne dla wielu tenisistek, głuche stęknięcia Magdy. – Odgłosy jak z poligonu – żartuje obserwujący grę Bogdan Sakowicz, ojciec Joasi. – A przecież miało tu nie być już żadnych manewrów.
Aśka jest skupiona, Magda częściej się uśmiecha, komentuje własne nieudane odbicia. – Ja też byłam poważna, gdy trenowałam „po coś” – tłumaczy. – Teraz nie muszę się przejmować, kiedy forhend nie wychodzi mi tak, jak bym chciała.

***

– Jest pani sentymentalna?
– Od czasu do czasu, ale bez przesady. Wiąże się to z przedmiotami, na przykład niedawno dostałam książkę o Australian Open i zebrało mi się na wspomnienia.
– Powspominajmy zatem. 1995 – rok przełomu? Awans z 443. miejsca na 73. w rankingu WTA, półfinał turnieju Warsaw Cup by Heros.
– To był mój pierwszy rok profesjonalny, do setki weszłam bardzo szybko, młodzieńczym impetem. W następnym sezonie startowałam w największych turniejach i ciągle losowałam zawodniczki z pierwszej dziesiątki rankingu. Przegrywałam i po roku spadłam na 130. miejsce. Zobaczyłam jak to rzeczywiście jest w tenisowym świecie, ile trzeba mieć cierpliwości, umiejętności, żeby się w setce utrzymać. Okazało się, że rzeczywistość jest brutalna, ale wtedy właśnie poczułam się profesjonalną tenisistką.
– Po zwycięstwie w finale juniorskiego turnieju Australian Open publiczność kilka razy intonowała „Sto lat”.
– Pamiętam dobrze ten mecz, grałam z Francuzką Natalie Dechy. Było mnóstwo Polonii, naprawdę mnóstwo. Miałam niesamowity doping, po zakończeniu – śpiewy, gratulacje, zdjęcia. Fantastyczna atmosfera.
– Oczy na mokrym miejscu?
– Sukcesami zwykle się nie wzruszałam. Może częściej w ostatnich latach, kiedy miałam problemy ze zdrowiem i bardziej doceniałam zwycięstwa. Bardziej pamiętam emocje po meczach przegranych o włos. Wtedy lały się łzy.
– Po zwycięstwie z dużo wyżej notowaną Niemką Sabine Hack, podczas turnieju Warsaw Cup by Heros, powiedziała pani: „Nie miałam nic do stracenia, więc nie byłam zdenerwowana. Nie boję się mistrzyń”.
– Lubiłam grać z lepszymi zawodniczkami. Wyzwalało to dodatkową energię, czułam się lepiej. Jest taka prawidłowość u tenisistów – im dostają lepszą piłkę, tym lepiej grają. Potrafią wspiąć się na wyżyny.
– John Newcombe, pięciokrotny triumfator turniejów wielkoszlemowych powiedział: „Ona ma przed sobą przyszłość”, gazety pisały: „Nasza tenisowa nadzieja”. Miała pani moment zachłyśnięcia się sukcesem: „Będę gwiazdą!”?
– Nie, raczej nie. Wiedziałam, że zaczynam się zbliżać do dobrego poziomu, że niektóre zawodniczki czują respekt, szacunek. To można poznać, kiedy Monika Seles chętnie umawia się z tobą na trening, starsze tenisistki w rozmowach traktują cię jak partnerkę.
– W wywiadach nieśmiała pensjonarka przeistaczała się w pewną siebie, otwartą, światową dziewczynę.
– Nigdy nie rwałam się do tego, aby być osobą publiczną. Nie miałam po prostu wyjścia; rozdzwoniły się telefony od dziennikarzy, dużo wywiadów, trzeba było odpowiadać na pytania. Czasami nawet w nocy. Bywało to uciążliwe, częściej przyjemne.
– Pojawiła się popularność – tutaj generał, tam wicepremier; każdy chciał się spotkać z utalentowaną nastolatką.
– Tenis zetknął mnie z wieloma znanymi osobami. Kiedyś w Berlinie mieszkałam w tym samym hotelu, co Bill Clinton. Były różne perypetie, bo nie można było wychodzić, albo wchodzić w określonych godzinach. Obstawa, jacyś faceci chodzili po piętrach. „Wow!”, prezydent Stanów Zjednoczonych zaraz obok, każdy chciał go zobaczyć na żywo.
– Udało się?
– Czaiłam się, czaiłam; myślałam, że go zobaczyłam, bo wsiadał do samochodu, odjeżdżając na spotkanie z kanclerzem Kohlem. Wszyscy, zaczęli krzyczeć: „O, tak, pojechał, to on, widzieliśmy go!”, ale później mówiono, że to był jego sobowtór, a Clinton na spotkanie poleciał helikopterem.
– Kto nie był sobowtórem?
– Podczas turnieju w Rzymie byłam na audiencji u Ojca Świętego. W Nowym Jorku, na US Open poznałam Milosza Formana. Był przyjacielem mojej trenerki, Iwony Kuczyńskiej, użyczył jej swojego mieszkania. Zaprosił nas kiedyś na kolację, udzielił mi kilku życiowych, głębokich rad człowieka doświadczonego. Było to niedługo po premierze „Skandalisty Larry’ego Flinta”, w jego mieszkaniu wisiały wielkie obrazy, zdjęcia z pracy na planie, czuło się jeszcze atmosferę tego filmu.
W ubiegłym roku, gdy na turnieju w Sopocie pracowałam dla radiowej „Trójki” – przeprowadziłam z prezydentem Kwaśniewskim wywiad. Grałam w tenisa z księciem Monako, Albertem.
– Kto wygrał?
– Grałam z Wojtkiem Fibakiem przeciwko księciu i Guilermo Villasowi. Wygraliśmy my.
– Dziadek był doskonałym obrońcą hokejowej drużyny Cracovii, mama grała w koszykówkę w drużynie Wisły, która zdobywała regularnie tytuły mistrzowskie, tato był siatkarzem pierwszoligowego Hutnika. Nie mogła pani nie uprawiać sportu.
– Rzeczywiście, nie była to moja decyzja, ale rodziców. Jakoś strasznie utkwił mi w pamięci ten moment, kiedy powiedzieli, że zapisali mnie do klubu i będę chodzić na treningi. Miałam siedem lat i absolutnie żadnego pojęcia, co to w ogóle jest tenis, ale jak tylko go poznałam – spodobał mi się. Robiłam coś innego niż koleżanki i koledzy w szkole, wyjeżdżałam, startowałam w turniejach.
– Żmudne treningi też się spodobały?
– Zawsze lubiłam trening czysto tenisowy. Nie jest monotonny, tyle się dzieje, mnóstwo uderzeń. Z kolei, czasami, żebym pobiegała, przerobiła jakieś ćwiczenia rozciągające – rodzice musieli mnie zmuszać, stosować różne wybiegi, obietnice.
– Tata charakteryzował w wywiadzie: „Magda jest szalenie pracowita. Pada deszcz, ale ona ubiera nieprzemakalny dres i wychodzi pobiegać”.
– To może nie było tak ładnie, jak wyglądało w tym wywiadzie… Trochę kręciłam nosem. Czasami potrafiłam miesiącami wstawać rano i chodzić biegać, a czasami mi się nie chciało. Czytałam ostatnio wypowiedzi polskich tenisistów, którzy narzekali, że nie osiągnęli sukcesów, bo nie było nikogo, kto by ich pilnował, motywował, przekonywał. Ja miałam zawsze rodziców. Gdy mi się nie chciało, tata szedł ze mną na kort. Graliśmy razem po halach, jakichś szkołach.
– Miejsca do treningu trzeba było szukać?
– Kiedyś odbijałam o ścianę na strychu w naszym bloku. To maleńka, zakratowana klatka i nie wiem dzisiaj, jak się tam mogłam zmieścić. Później trenowałam z tatą w sali gimnastycznej szkoły podstawowej, w której uczył. Po przedstawieniach, akademiach musieliśmy przed treningiem wszystko sprzątnąć, przesunąć pianino, położyć krzesełka obok. Zajmowało to nawet godzinę. Kiedyś szkoła była zamknięta, włamywaliśmy się przez okno. Ktoś dał znać; gramy, a tu przyjeżdża policja. Wytłumaczyliśmy się… Gdy wybudowano tenisową halę krakowskiej Olszy, trenowaliśmy przez pierwszą zimę bez ogrzewania, w rękawiczkach, dresach. Kierownik klubu przynosił nam co chwilę ciepłą herbatę, bo zima była tak mroźna, że samym graniem nie dało się rozgrzać.
– Tenis jest postrzegany jako sport elitarny, uprawiany przez dzieci zamożnych rodziców.
– Moi rodzice nie byli w stanie ponosić dużych kosztów. Tata od najmłodszych lat szukał dla mnie sponsorów. To, że mogłam jeździć na turnieje juniorskie, że w wieku 14 lat mogłam zatrudnić prywatnego trenera, było zasługą wielu, nawet drobnych mecenasów. Później zawdzięczałam mnóstwo Ryszardowi Krauze z Prokomu i firmie Adidas Polska. Tym wszystkim ludziom dziękuję, bo przyczynili się znacznie do mojej kariery.
– Wyjazdy z mamą. Kto się bardziej denerwował?
– Mama. Oglądała wszystkie mecze, bo uwielbia tenis, ale na moich miała przesądy. Co trzy gemy wychodziła na papierosa, choć normalnie nie pali. Albo przychodziła zawsze w tych samych koszulkach. Musiał być jakiś rekwizyt.
– Umie pani policzyć swoich trenerów?
– Na pewno, może tylko imion wszystkich nie udałoby mi się przypomnieć… W sumie jedenastu – od siódmego roku życia, to nie tak dużo. Jak na tenis.
– Każdy następny miał być lepszy od poprzedniego?
– To się brało z podnoszenia mojego poziomu sportowego, wieku. Zmiany ewolucyjne, a nie rewolucyjne.
– Który był najlepszy?
– Najlepiej wspominam Iwonę Kuczyńską, może dlatego, że podczas współpracy z nią miałam największe sukcesy, byłam cały czas w pierwszej pięćdziesiątce rankingu. Bardzo dobrze nam się układało na korcie i poza nim.
– A nie Stephane Charret, który jest pani chłopakiem? To chyba niebezpieczny układ, bo napięcia z kortu przenoszą się do życia prywatnego.
– Na pewno jest to specjalna sytuacja. Byliśmy parą już przed tym, zanim zaczął mnie trenować. Nie grałam już tak dużo, leczyłam kontuzję. To była naturalna kolej rzeczy; chciał mi pomóc, wyszukiwał ośrodki rehabilitacyjne we Francji, kierował mnie do lekarzy, prowadził zajęcia ze mną.
– Po pierwszych sukcesach powiedziała pani: „Pieniądze nie są na razie ważne”. Kiedy stały się ważne?
– Nigdy nie stawiałam sobie pieniędzy jako motywacji przed meczem. Nie myślałam, że kiedy wygram i przejdę do następnej rundy – zarobię tyle i tyle. O pieniądzach myślisz, kiedy wyprowadzasz się z hotelu po turnieju i masz rachunek trzy razy większy niż to co wygrałeś na korcie, a pamiętasz jeszcze, że musisz zapłacić tysiąc dolarów trenerowi za ostatni tydzień, do tego za podróż i loty. W takich chwilach pieniądze stają się ważne, myślisz: „Może w następnym turnieju zagram lepiej i koszty mi się zwrócą, a może nawet coś zarobię?”.
– Tenisiści to sympatyczni ludzie?
– Różnie. Steffi Graf przychodziła tylko na mecze i szybko wracała do hotelu, gdzie przebywała w swoim gronie znajomych. Z kolei Martina Hingis wręcz przeciwnie – często widać ją było w szatniach, czy gdzieś w restauracjach. W światku tenisowym zdarzają się znajomości, ale raczej powierzchowne; bardzo mało jest głębokich przyjaźni czy miłości. To biznes.
– Wspólne imprezy się nie zdarzają?
– Rzadko, czasami wyjścia na kolację do restauracji. Raczej nie spontaniczne. Sporo jest przyjęć sponsorskich, gdzie trzeba być. Na niektórych turniejach są players party. Najlepsze po Australian Open, w hotelu Hyatt w Melbourne. Ma niesamowitą renomę, wszyscy przychodzą, wszyscy się bawią. Pół-dyskoteka, pół-przyjęcie, co roku ma inną formę. Kiedyś trzeba było przebierać się za transwestytów, innym razem, na beach party, w kostiumy kąpielowe.
– Gdy pani pokazała się w światku tenisowym, o trzy lata młodsza Martina Hingis zaczęła wygrywać wielkie turnieje.
– Startowałyśmy razem w zawodach juniorskich. Martina miała dziewięć lat, ale była niesamowicie dojrzała na korcie, robiła co chciała, dziewczyny nie dorastały jej do pięt. Potem w szatni mama ją przebierała, Martina wyglądała na bezradne dziecko. Utkwiła mi w pamięci ta olbrzymia rozbieżność.
– Takie nazwy jak Tajwan, Hongkong, Pattaya brzmią egzotycznie i atrakcyjnie nawet w czasach biur podróży i paszportów noszonych w kieszeni. Poznała pani świat, czy tylko korty, hotele i lotniska?
– Myślę, że poznałam świat. Nie jeździłam na turnieje z przewodnikiem i chęcią zobaczenia wszystkiego, co się da. 80 procent czasu spędzałam na kortach, w hotelach i na lotniskach, ale zawsze zostawało te 20 procent, kiedy wszystko mnie interesowało. Pamiętam pierwszy wyjazd do Azji. Tokio, o szóstej nad ranem na ulice, które wydawały się przestronne, nagle wylegał tłum ludzi. Wszyscy mniej więcej tego samego wzrostu, wyglądali jak mrowisko. Albo Sedona, małe miasteczko w Arizonie, które urzekło mnie krajobrazem: czerwona ziemia, błękitne niebo i zielona roślinność. Niesamowity widok. Kilka miejsc będę pamiętać zawsze.
– I powracać?
– Chciałabym pojechać jeszcze do Sao Paulo. Byłam tam jedyny raz na turnieju, przez tydzień padał ulewny deszcz. Rozgrywki przeniesiono do hali, po meczach siedziałam w hotelu i oglądałam krople wody na szybach. Tyle się mówi: „Brazylia!”, a ja widziałam tylko deszcz.
– Mówiła pani w wywiadach: „Ola Olsza to moja koleżanka i rywalka”. Bardziej koleżanka czy bardziej rywalka? Ktoś określił wasz stosunek jako: „nieujawnianą niechęć”.
– Byłyśmy koleżankami. Oczywiście, nie była to wielka przyjaźń, ale dobra znajomość. Dzieliłyśmy pokoje w hotelach, grałyśmy wspólnie debla, trenowałyśmy często razem. Cały czas jednak miałyśmy świadomość, że jesteśmy przeciwniczkami. Mobilizowałyśmy się wzajemnie swoimi wynikami.
– Rok po pokazowym meczu na otwarcie hali Wawelu, odbył się następny pojedynek. Doszło do małego skandalu: Ola przeklinała sędziów, zeszła z kortu. Napięcie jednak panowało…
– Tylko i wyłącznie na korcie, nasze relacje po tym meczu nie zmieniły się. To była specyficzna znajomość: lubiłyśmy swoje towarzystwo, plotkowałyśmy o wszystkim, mówiłyśmy sobie dużo. Jednocześnie w tym samym czasie sporo o nas mówiono, pisano, porównywano nas.
– Wieczorem, przed zaśnięciem przypominają się czasem mecze…
– Dwa. Kiedyś czytałam wspomnienia legendy kobiecego tenisa, Billie-Jean King. Rozwodziła się między innymi nad tym, co to jest koncentracja. Wysunęła teorię, że nie da się skoncentrować nagle, od pstryknięcia palcami. Polega ona na tym, że budzisz się rano, czujesz, iż jesteś skoncentrowany, wszystko jest dobrze, nikt i nic nie stanie ci na przeszkodzie w wygraniu meczu. Raz w życiu coś takiego mi się przydarzyło. Grałam z Jennifer Capriatti w Key Biscaine, w Miami, w sesji wieczornej. Jechałam na korty z hotelu małym autobusikiem, tylko z kierowcą. O wszystko mnie wypytał – gdzie gram, z kim. Na koniec mówi: „Coś mi się wydaje, że ty dzisiaj wygrasz, bo widzę, że jesteś bardzo skoncentrowana”. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie zauważyłam tego u siebie, ale w trakcie meczu wszystko mi szło i nic nie było w stanie mnie rozproszyć. Wygrałam.
Innym razem grałam w Chicago, z Moniką Seles. Także wieczorem, na korcie centralnym. Po drodze do hali zatrzymałyśmy się, kupuję kawę, a sprzedawca mówi: „Tak sportowo wyglądasz, a wiesz, że tu mamy turniej tenisowy i dzisiaj wieczorem gra Monika Seles?”. Wzięłam kawę, mówię: „Tak, wiem”. Wygrała Monika, 6:4 w trzecim secie, było pełno Polonii na trybunach. Też ten mecz wspominam, mimo że przegrany.

***

Koniec treningu, Magda spocona schodzi z kortu. – Męcząca ta przyjemność, co? – pokpiwa Michał Kostecki, dawniej jej częsty sparingpartner, obecnie trener szkółki tenisowej Wawelu.
– Tak, strasznie – uśmiecha się „Grzybcia”.
– Mówią, że za przyjemności trzeba płacić – komentuje Bogdan Sakowicz.
– Pan też chce przeprowadzić wywiad z Magdaleną Grzybowską? – pyta młody żołnierz pełniący służbę na portierni. – Nie znałem jej, nie wiedziałem, że jest taka sławna. Rozmawia się z nią jak z normalną dziewczyną.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj