Zespół depresyjno-lękowy

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 1 kwietnia 1994 r. Autor: Janusz Kozioł.*

W naszym wojsku takie przypadki nie są odosobnione. O tym, że żołnierze próbują sobie odebrać życie wiedzą najczęściej tylko ich najbliżsi. Na wpół tajne statystyki bezimiennie ujmują ich w kolumnie liczb, którym tak do końca nikt nie wierzy. Fałszowanie statystyk jest bowiem zajęciem powszechnym, a wojsko nie lubi chwalić się tymi, którzy nie wytrzymują narzuconego im reżimu. Zdaniem generalicji, żyły podcięte tępą żyletką mogłyby wypaczyć obraz munduru w oczach społeczeństwa wychowanego na tradycjach powstań, czy walki do ostatniej kropli krwi – tyle że wytoczonej przez wroga.
Dlaczego będzie to akurat opowieść o Jurku? W chwili, gdy w garnizonowym szpitalu walczono o jego życie, a potem w Krakowie sanitariusze pilnowali, by nie ponowił samobójczej próby, w tabeli wyników polskich pływaków ciągle obowiązywał jego rekord kraju na 200 m stylem dowolnym p 1:51.8. Rekord ten zresztą przetrwał jeszcze przez rok, dokładnie do chwili, kiedy komisji lekarskiej zmiękły serca i zmieniła mu trzecią grupę renty na drugą.

Miasto zwane Wyspą

Jurek urodził się w mieście, które w latach 70. nazywane było przez sportowców Wyspą Szczęśliwości. Skąd ta bajkowa nazwa? W niewielkim ośrodku były pieniądze na wielki sport, ale były i wyniki. Po dziś dzień w klubowej gablocie wiszą medale olimpijskie i mistrzostw świata, a na puchary dawno już zabrakło miejsca i pewnie cieszą one oko niektórych działaczy, tyle że w domowym zaciszu. Same nazwiska sportowców, które do dzisiaj pamięta każdy kibic, trzeba byłoby wymieniać na co najmniej jednej stronie gazety.
Ale w polskim pływaniu wymyślono Szkoły Mistrzostwa Sportowego i Jurek musiał z Wyspy wyjechać. A po skończeniu liceum już świadomie zgodził się na przenosiny do studenckiego Ośrodka Przygotowań Olimpijskich we Wrocławiu, bo akurat na Wyspie zlikwidowano zaoczny wydział Akademii Wychowania Fizycznego. Z tym że przenosiny do Wrocławia wiązały się z pierwszymi kontaktami na szczeblu wojskowym, gdyż wszystkich pływaków wcielono do sekcji żołnierskiego klubu – Śląska. Jurkowi mundur do gustu nie przypadł!

Zadymy

Nie, sam jeszcze nie musiał za karę zakładać ciężkich trepów, ale już same spotkania z mundurowym kierownikiem sekcji do przyjemnych nie należały, jako że ten, wraz z trenerem Edmundem, sympatią zawodnika nie darzyli. Ze względów sportowych- chyba nie, bo lista osiągnięć nie była taka znowu krótka. Rekordzista Polski na krótkim basenie na 1500 m – czas 15:34.0, na 400 m – 3:53.8 i wreszcie, wspomniany, a na 200 m (ten rekord z 1981 r. przetrwał 6 lat!). Zakwalifikował się do ekipy na mistrzostwa świata w Berlinie Zachodnim w 1978 r., był na Uniwersjadzie w Bukareszcie, a w kadrze wytrzymał przez osiem lat, aż do 1984 r. Czy często podpadał?
– Miałem tylko jedną poważną wpadkę – opowiada Jurek. – Tuż przed świętami wypadły imieniny moje i Bodzia. Kupiliśmy sobie butelkę, sączyliśmy we dwójkę, bo wszyscy rozjechali się już do domów. Wtedy wpadł do pokoju trener i kazał nam obu chuchać. Mimo że piliśmy po równo, trener uznał, że tylko ode mnie czuć wódkę i postanowił wyrzucić mnie z Ośrodka. Na drugi dzień się uspokoił, skończyło się na odebraniu stypendium na trzy miesiące. Bodziowi było głupio, że tylko mnie ukarano i potem przez te trzy miesiące dzielił się ze mną sowim stypendium. Kolegów tam we Wrocławiu miałem bardzo dobrych.

I właśnie jeden z tych najlepszych kolegów, Wojtek, pierwszy nie wytrzymał atmosfery we Wrocławiu. Ale on miał szczęście, bo rodzice mieszkali w Gdańsku i mógł przenieść się na tamtejszy AWF. Kiedy mu się to już udało, namawiał również Jurka na odejście z Wrocławia, co nie było trudne. Ten zawsze źle znosił przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy za nim nie przepadają. Mimo że nie miał zaliczonych wszystkich egzaminów, dzięki staraniom swojego pierwszego trenera – Klausa – i szkoleniowca z Gdańska, zdołał załatwić przeniesienie. Można powiedzieć, że udało mu się to w ostatniej chwili?
To był rok 1982, czas stanu wojennego. We Wrocławiu, regularnie co miesiąc, na ulicach odbywały się potyczki z zomowcami, a że głowy tuż po dwudziestce są gorące, to i pływacy chodzili grupą z akademika, popatrzeć jak przebiegają walki.
– Tylko nie potraktuj tego jako chęć podpicia się pod weteranów Solidarności – zastrzega Jurek. – Związkowi i tak przybywa co roku byłych bojowników, więc mnie, czy innych pływaków, tam nie potrzeba. Myśmy chodzili tam z ciekawości, a poza tym wtedy wszystkich cieszyło, jak się udało zrobić na szaro facetów z pałami. Świadomie zajmowali się polityką w tym wieku tylko ci, którzy całe życie postanowili działać.
To wypadło akurat trzynastego, gdy definitywnie udało mu się załatwić przenosiny do Gdańska. Z radości zapomniał, że w mieście znów wyłączyli telefony i poszedł zadzwonić do matki i powiadomić ją o wyjeździe z Wrocławia. Akurat w tym dniu nie w głowie była mu żadna draka, ale kiedy wpadł w niego tłum uciekający przed milicją, chcąc nie chcąc musiał się do niego przyłączyć. I wtedy pierwszy raz dał się złapać zomowcom. Było parę pałek na plecy, potem kolegium w przyspieszonym trybie i natychmiastowy wyjazd na Wybrzeże.

A tam przyszło za nim oficjalne pismo nie z milicji, a z klubu Śląsk Wrocław właśnie, w którym władze Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku zostały poinformowane, że przyjęły w swoje szeregi wywrotowca i zadymiarza, którego natychmiast należy wyrzucić na bruk. Niewiele brakowało, by się tak skończyło, ale sprawę donosu zatuszował sam dziekan.
Działacze Śląska nie dawali jednak za wygraną. Pewien dyżurny redaktor z katowickiego „Sportu” przeprowadził wywiad z majorem, kierownikiem pływaków Śląska, z którego wynikało, że większej czarnej owcy niż Jurek nie ma w całym polskim sporcie. Z tego wywiadu-donosu można się było dowiedzieć, iż Jurek chodził regularnie na manifestacje w biało-czerwonym dresie z napisem Polska. O tym, że był prowodyrem nikomu wyjaśniać oczywiście nie było trzeba. Ani redaktora, ani majora nie interesowała prawda, dlatego nigdy nie sprostowali tych wypowiedzi, nawet wówczas, gdy wszyscy we Wrocławiu już wiedzieli, że w reprezentacyjnym dresie biega za zomowcami pewien ciężarowiec z tegoż wojskowego klubu, który nigdy w żadnej reprezentacji nie był.

Pływacy ciągną nad morze

Ale kogo interesuje prawda, gdy w grę wchodzi polityka? Interesująca może być próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego wojskowym z Wrocławia tak bardzo zależało na pognębieniu swojego byłego zawodnika. Nie ma w tym żadnej tajemnicy, po prostu ta mistrzowska sekcja była bliska upadku. Po Wojtku i Jurku do Gdańska chcieli uciec również Zbyszek i Adam, a to by oznaczało przenosiny połowy reprezentacji do konkurencyjnego klubu.
Gdy nie pomogły donosy, w Śląsku przypomniano sobie o niezawodnych metodach wychowania wojskowego. Zbyszka starającego się o przenosiny na północ rano skreślono z listy studentów, a po południu z basenu wyciągnął go patrol Wojskowej Służby Wewnętrznej. Żeby nie było czasu na żadne kroki obronne, zawieziono go natychmiast do jednostki, w której nikt na niego nie czekał. Do tego stopnia, że nie miał nawet łóżka. Po tygodniowej „obróbce” i rozmowie trenera z ojcem zawodnika, zgodzono się, by Zbyszek do Śląska wrócił, a od tego czasu nikt już nie miał ochoty na przenosiny. Wystarczającą przestrogą były opowieści Zbyszka.

A Jurkowi tak się ułożyły sprawy życiowe, że stanął przed wyborem: pomóc komuś bardzo bliskiemu i wrócić w rodzinne strony, albo kończyć studia. Jako że nieraz sam doznał pomocy, wybrał to pierwsze. Było to o tyle łatwiejsze, że mieszkać miał zaledwie kilka kilometrów od Wyspy, a trener Klaus obiecał mu, że od klubu dostanie dwie rzeczy: mieszkanie i zwolnienie z wojska. Ożenił się, urodziła mu się córka, ale kilka miesięcy po tych radosnych chwilach z klubem rozstał się trener Klaus, który wyjechał do Szwecji. Nie trzeba było długo czekać, aby do domu przyszło wezwanie do armii. Przepis o jedynym żywicielu rodziny nie podlegającemu poborowi obowiązywał tylko wybranych. W klubu takie wezwanie dostało w tym samym czasie dwóch pływaków, obiecano uratować od munduru jednego. Los nie był szczęśliwy dla Jurka.

W okopach

– Bałem się tego wojska panicznie – zwierza się. – Robiłem wszystko, co mi kazali, bez względu na to, czy rozkazy wydawał oficer, czy tylko starszy żołnierz. Myślałem, że jeżeli będę dobrym żołnierzem, to będzie mi łatwiej przejść przez te wszystkie upokorzenia. Nie, sami oficerowie się nad nami nie znęcali, oni tylko pozwalali, żeby robili to żołnierze starszego rocznika… Zawziąłem się. Byłem najlepszy we wszystkich ćwiczeniach sprawnościowych. Na strzelnicy, na 50 możliwych punktów, wystrzelałem raz 49, później regularnie po 48 pkt. Skończyłem szkołę kaprali na pierwszej pozycji, co pozwoliło mi wybrać sobie jednostkę. Byłem zaledwie 30 kilometrów od domu. Dla zabawy nasi zwierzchnicy wynajdowali nam różne ciekawe zajęcia. Kiedyś przy 15-stopniowym mrozie zorganizowano konkurs na kopanie dołów maskujących. Nagrodą dla pierwszych trzech był urlop. Uparłem się, chciałem zobaczyć córeczkę, żonę. Mam 190 cm wzrostu, ale wyrąbałem w tej zamarzniętej ziemi dół, który mnie zakrywał. Wygrywał ten, który w swoim dole dokopał się do wody. Ja byłem drugi, na dwa dni wyrwałem się z koszar.
– Wytrzymałem wszystko; picie nafty, bicie pasami. Jeszcze wtedy obiecywano mi, że może przeniosą mnie do innego klubu wojskowego, Lublinianki. Żyłem tą nadzieją, ale szanse zmniejszały się z dnia na dzień. Ale przecież to, co najgorsze w wojsku, miałem już za sobą…

Tu przychodzi znacznie trudniejsza część naszej rozmowy. Jurek zaczyna mówić, za chwilę przerywa. Potem siedzimy w milczeniu z piętnaście minut. Podobnie przebiegała nasza pierwsza rozmowa, jeszcze na basenie, gdy przekonywałem go, że powinniśmy wspólnie ten materiał zrobić. Zaufał mi, teraz ja nie mogę go zawieść. Opowieść jest dość chaotyczna, może lepiej, jak przedstawię to własnymi słowami.

Żyletka

To było dzień po wspaniałym meczu Francji z Brazylią na piłkarskich mistrzostwach świata w Meksyku. Oglądał go na wartowni, bo akurat był okres urlopów i służba wypadała co drugi dzień. Był już pełnoprawnym żołnierzem, a nie „kotem”, którego każdy mógł gonić. Ze „starymi” żołnierzami mówili sobie po imieniu, wszyscy mówili, że to już zaczął się okres wojskowych wakacji. Przez ponad rok jego jedynym problemem miało być szukanie coraz to nowych pretekstów do urlopów lub przepustek. Kiedy przeszło już najgorsze, czy mogła być lepsza perspektywa dla żołnierza?
I wtedy Jurek postanowił, że musi popełnić samobójstwo. Obojętne w jaki sposób – gdyby ta myśl dopadła go na wartowni, pewnie strzeliłby sobie w głowę. Ale on nie mógł i nie chciał czekać na kolejną służbę. Nie miał czasu, musiał to zrobić natychmiast. Pod ręką była żyletka, wziął ją i poszedł do łazienki. Przejechał kilka razy po…
A potem? Potem pamięta tylko jak przez mgłę rozmowę lekarza z sanitariuszem. Ten drugi mówił coś o znieczuleniu, ale lekarz podjął decyzję, żeby szyć na żywo. A później nie było już nic, tylko straszliwy ból i ciemność.
Leżąc na łóżku nie odzywał się do nikogo, nawet do rodziców, którzy przyjechali go odwiedzić. Kiedy po trzech dniach wojskowemu lekarzowi nie udało się zmusić go do reagowania na świat zewnętrzny, chyba wreszcie uwierzono, że nie była to tylko próba wyrwania się z wojska.
Jurek został przewieziony do szpitala wojskowego w Krakowie, z którego po trzech miesiącach wyszedł z diagnozą: zespół depresyjno-lękowy.

Szpitale

To nie koniec utarczek z wojskiem, broniącym się przed diagnozą lekarską, z której wynikałoby, że ten zespół depresyjno-lękowy powstał w związku ze służbą. Posunięto się do tego, że nie zwolniono go z armii jako trwale niezdolnego do jego wykonywania, a tylko wysłano na zwolnienie tymczasowe. Co oznaczać mogło, ze za rok wojsko znów się upomni o rencistę. Walka między rodziną Jurka – bo on walczyć o swoje prawa nie był w stanie – a lekarskimi komisjami z góry była przegrana, dlatego przyznano mu tylko trzecią grupę renty. Potem już z własnej winy trafił do szpitala na dwa tygodnie.
– Lekarz prowadzący mnie w Krakowie ostrzegł, że przy tak silnych lekarstwach, jakie stale zażywam, nie wolno mi tknąć alkoholu – opowiada. – Przez trzy miesiące stosowałem się do tych zaleceń, potem poczułem się na tyle zdrowy, że o nich zapomniałem. O efektach lepiej nie mówić. Wie coś na ten temat moja rodzina. Nie chciałbym już nigdy przeżyć tak ogromnego strachu.
Był i trzeci – Jurek wierzy, że ostatni – pobyt w szpitalu. Tyle że objawy były wręcz zaskakujące. Żadnej depresji, za to wielki, niczym nie uargumentowany optymizm. Lekarze stwierdzili, że przez moment znalazł się w świecie nierzeczywistym. Wtedy też zmieniono mu grupę inwalidztwa z trzeciej na drugą.
Ale też i wówczas Jurek znów zaczął pracować, normalnie żyć. Wyszedł z tego, teraz o chorobie przypominają mu tylko lekarstwa. I to, że nie pije ze mną piwa.
JANUSZ KOZIOŁ

PS. Imię pływaka oraz inne szczegóły zostały zmienione ze względu na dobro bohatera.

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.