Źli chłopcy są z powrotem w mieście

W najbliższą sobotę w hali przy ul. Piastowskiej dojdzie do największego w tym roku wydarzenia w krakowskim męskim baskecie: AGH zmierzy się z Legią Warszawa.

Pojawiały się na obiekcie Akademii Górniczo-Hutniczej wielkie (historycznie) koszykarskie marki, jak Wisła Kraków czy Śląsk Wrocław, ale mecze odbywały się w ramach II ligi. Bywały tu drużyny bardzo silne sportowo, jak Miasto Szkła Krosno (dwukrotnie) i Sokół Łańcut, ale można je było oglądać tylko w sparingach. W tym roku miała tu miejsce walka o awans na zaplecze ekstraklasy, ale przeszła trochę bokiem – decydujący o promocji mecz odbył się w Kołobrzegu, a towarzyski, acz prestiżowy finał, był karłowaty, bo „Agiehowcy” nie mogli wystawić połowy składu.
Tym razem jednak o punkty będzie tu walczyć czołowy zespół I ligi, głośno deklarujący chęć powrotu na najwyższy szczebel. Zespół, który kiepsko wystartował, ale ostatnio odniósł pięć zwycięstw z rzędu. Zespół o nazwie, która nie wzbudza letnich uczuć. – Legia to Legia, albo się ją kocha, albo nienawidzi. Ma wielkie tradycje – mówi Marek Szumełda-Krzycki, który w minionym sezonie występował z „eLką” na piersi.
Sukcesy koszykarskie stołecznego klubu zestarzały się; najnowszy z siedmiu tytułów mistrza Polski datuje się na 1969 rok, najnowszy medal (srebrny za Puchar Polski) – na 1981 r. Był jednak czas, kiedy legioniści występowali w reprezentacji kraju zdobywającej wicemistrzostwo Europy, kiedy przebijali się do półfinałów i ćwierćfinałów europejskich pucharów, kiedy stawili największy opór z pięciu polskich klubów rywalizujących z niepowtarzalnym tworem o nazwie: „Europejskie Tournee Departamentu Stanu USA”. Czyli bodaj najlepszym teamem, bez podziału na dyscypliny, jaki kiedykolwiek zawitał do Polski – ośmioma megagwiazdami NBA, na czele z Billem Russelem, Oscarem Robertsonem i Bobem Cousy, pod wodzą Reda Auerbacha. Legia przegrała z nimi wiosną 1964 różnicą 20 punktów, lecz inni dostawali „w plecy” dwa razy więcej.
W tej chwili brand budują piłkarze, ale co ciekawe oba podmioty, choć osobne, są bardzo blisko związane. Legia Warszawa SA jest głównym akcjonariuszem – wraz ze Stowarzyszeniem „Zieloni Kanonierzy” – Legii Warszawa Sekcja Koszykówki SA, a prezes i współwłaściciel tej pierwszej, Bogusław Leśniodorski jest przewodniczącym Rady Nadzorczej tej drugiej.

Latem wzmocnił Legię, wracając po wielu latach do rodzinnego miasta, Łukasz Pacocha, którego ktoś opisał obrazowo: „Ma najbardziej bezczelny rzut z dystansu sprzed ryja obrońcy, jaki kiedykolwiek widziałem”. W statystykach bezczelność „Packa” odzwierciedlają dwa trumfy (w tym w minionym sezonie) w klasyfikacji najlepszych strzelców według średniej punktowej, trzy drugie miejsca i dwa trzecie. Jest Mateusz Jarmakowicz, kiedyś uznawany za wielki talent polskiej koszykówki, szkolony w grupach juniorskich Benettona Treviso i Realu Madryt. Jest Tomasz Andrzejewski, którego wyróżnia trener AGH, Wojciech Bychawski („Najbardziej rutynowany i wszechstronny, umiejący grać zarówno tyłem, jak przodem do kosza”).
– Mają straszną przewagę pod tablicą. Ich siłą jest też szeroki skład. Występują w dziesiątkę, dzielą się punktami i minutami. Wierzę jednak, ze będziemy potrafili ograniczyć ich atuty. Przecież w porównaniu z początkiem sezonu prezentujemy się coraz lepiej, zdobywamy doświadczenie – analizuje Marek, w którego życiu nastąpił niedawno znaczący fakt. Dołączyła do niego żona, Oliwia Szumełda-Krzycka, która z Pszczółki Lublin przeniosła się do Wisły Can-Pack Kraków. – Możemy być wreszcie razem, więc jeden kłopot z głowy – uśmiecha się mąż. – Cieszę się, że Oliwka dostała propozycję z Wisły, bo dotąd tylko w Siedlcach udało nam się grać wspólnie w tym samym mieście, a i to krótko, ze względu na moją kontuzję. Do Euroligi nie zdążyli jej na dzisiaj „dogłosić”, więc zadebiutuje pewnie w sobotę.

Mecz z warszawiakami rozpocznie się o g. 19.30. Bychawski twierdzi, że mają pomysł na ich powstrzymanie. – Inna rzecz, że wiele naszych rozwiązań taktycznych Legia dostała na patelni, kiedy przeszedł od nas do nich Kamil Sulima – mówi. – I tak zresztą nie mieliby kłopotu ze skautingiem; bardzo cenię, a przy tym lubię, prowadzącego ich Piotra Bakuna. Będziemy jednak się bić! A na ile starczy nam amunicji, jesteśmy w stanie robić to skutecznie.
Ostro ucina dywagacje o kontuzjach (nieokreślona pauza czeka Tomasza Zycha, nie udało się ciągle znaleźć zastępstwa dla Sulimy, problemy zdrowotne nękają innych zawodników): – Dopóki będzie nas co najmniej pięciu i dopóki ja będę trenerem, na pewno wyjdziemy na parkiet z wiarą w powodzenie!
Nie wiadomo, jak potoczy się sobotnia konfrontacja, trudno przewidzieć losy akademików w perspektywie całego sezonu, ale po ich dotychczasowych występach można stwierdzić, że na pewno odcisną w I lidze swój ślad. Nawet gdyby się nie utrzymali, pozostawią wspomnienie stylu. Od zespołu Pistons, który dwukrotnie triumfował w NBA na przełomie lat 80. i 90. dzieli ich taka sama odległość jak Detroit od Krakowa i Palace of Auburn Hills od hali przy Piastowskiej. Mają jednak ten sam rys charakteru co legendarni „Bad Boys”, których przykładowe wyczyny można zobaczyć na poniższych filmikach, a którzy nie oszczędzali nawet siebie samych (ponoć Isiah Thomas podczas treningowej kłótni złamał rękę na głowie Billa Laimbeera).
Nie o bijatyki tu jednak chodzi, ale o uniwersalną naukę, że pracowitością, ambicją i determinacją, owocującymi walecznością, agresywnością i odwagą na parkiecie, można zrekompensować wiele niedostatków w sferze talentu, warunków fizycznych, czy finansów. „Źli chłopcy” z Akademii dzięki tym cechom awansowali do I ligi, a teraz w niej zaistnieli.
– Na pewno nie jesteśmy tak energetyczni jak oni, koszykarsko dzieli nas przepaść, ale pod względem zachowań są nam bliscy. Mam wiele nagrań Pistonsów z tamtej epoki i jest to pewna wesoła inspiracja. A gdy sam byłem zawodnikiem, to kiedy ktoś miał do mnie pretensje i chciał je wyrazić poza parkietem – nigdy nie odmawiałem. Zawsze, że się tak wyrażę, byłem gotowy… – zawiesza znacząco głos Bychawski. – Natomiast zupełnie nie pociesza mnie to, co pan mówi o zostawieniu śladu, wspomnień. Musimy zrobić wszystko, aby się utrzymać! Z obecnej perspektywy, kiedy zobaczyłem różnicę poziomów na wielu płaszczyznach, II liga jawi mi się jako piekło. I nie chcę tam wracać.

Dla przesądnych przesłanką optymizmu przed z Legią jest dzisiejszy sparing z MKS Dąbrowa Górnicza. Kiedy poprzednio dwukrotnie akademicy spotykali się z nimi, za każdym razem kilka dni później zwyciężali w I lidze… Dzisiaj trzeci zespół ekstraklasy pokonał ich 94:57. Wyjazd do Zagłębia był podróżą sentymentalną dla Piotra Biela, trenera przygotowania motorycznego AGH, który w poprzednim sezonie tę samą funkcję pełnił w Dąbrowie. Od listopada jest natomiast kierownikiem Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Akademii Górniczo-Hutniczej. Co nie zmieniło jego nawyków, bo kiedy załatwi swoją część obowiązków podczas treningu koszykarzy, na ogół nie rozstaje się z mopem. Najprawdopodobniej w nowym roku będzie wycierał wilgoć z drewna, a nie z gumy.
– Został rozstrzygnięty przetarg na położenie parkietu w większej z sal. Odpowiedzialna za to firma ma zacząć pracę już w najbliższą niedzielę po południu. Pierwszy styczniowy mecz z Notecią Inowrocław powinien odbyć się na nowej nawierzchni – wyjaśnia Biel.
A już w sobotę zacznie się krakowski serial I-ligowego męskiego basketu. Konfrontacja z Legią będzie ostatnią w pierwszej rundzie, a łącznie z rundą rewanżową, do początku kwietnia, koszykarze AGH aż jedenastokrotnie (na 16 w ogóle) wystąpią przed własną publicznością. Jak dotąd w swoim mieście legitymują się bilansem 3-1.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.