Złodziej we śnie

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 18 maja 2001 r.

Popularne porzekadło przekonuje: „Ożeń się. Czemu ma być ci lepiej ode mnie?”. – Warto być żonatym – przekonuje trener Wisły Kraków, Adam Nawałka. – Katarzyna potrafi mnie zrozumieć, ma kojący wpływ, gdy jestem w stresie, nie dolewa oliwy do ognia, potrafi kontrolować nastroje.

W latach 70. droga młodych piłkarzy Wisły z szatni na boisko treningowe prowadziła obok asfaltowego placyku, na którym ćwiczyły klubowe koszykarki. – Patrzyliśmy, która dziewczyna lepiej gra, a która jest lepiej zbudowana – wspomina z uśmiechem Nawałka. – Trochę pokpiwaliśmy sobie z nich, niektóre się obrażały.
W oko wpadła mu Kaśka Kotulińska, ciągle uśmiechnięta, zgrabna, szesnastoletnia szatynka z warkoczykami, która potrafiła się znaleźć po żartach futbolistów.
– Mam poczucie humoru i nie zrażam się do ludzi, bo uważam, że z siebie też należy się śmiać – wyjaśnia dziś pani Nawałkowa. – Dobrze pamiętam tamtą chwilę. Już od pierwszego wejrzenia spodobało mi się w nim Coś, czego nie da się nazwać. Adam może początkowo traktował naszą przyjaźń luźno, przekonywał się latami, ale ja od razu wiedziałam, że to jest to.

Zaczęły się spacery, kawiarnie, dyskoteki. Wchodzący przebojem do pierwszej drużyny Wisły i reprezentacji młody pomocnik odwiedzał swoją sympatię w liceum. – W drugiej klasie miała lekcje po południu – opowiada pani Katarzyna. – Okna klasy wychodziły na boisko. Kiedyś przyszła po mnie grupa piłkarzy Wisły: Marek Holocher, Krzysiek Budka, Andrzej Iwan, Adam. Nie mieli co robić, więc zaczęli grac z chłopakami ze szkoły. Pół klasy stało przy oknach, nauczycielka krzyczała, żeby wrócili do ławek, ale dla nich było ciekawsze to, co się działo na zewnątrz. Duma mnie rozpierała, tej odrobiny próżności chyba nikt się nie pozbędzie.

Jajecznica do łóżka

Ślub wzięli po ośmiu latach znajomości („Musieliśmy dojrzeć do tej decyzji” – twierdzą zgodnie) i długo byli jak dwie papużki-nierozłączki. Zmieniło się to w 1997 roku, kiedy – po ukończeniu Akademii Trenerskiej Ryszarda Kuleszy – zaczął trenować trzecioligowy Świt Krzeszowice, a potem objął funkcję koordynatora sekcji młodzieżowej Wisły Kraków. Od kwietnia tego roku, kiedy został szkoleniowcem pierwszej drużyny, nie mają dla siebie zbyt wiele czasu. – Przychodzi taki moment w życiu, że trzeba poświęcić się pracy, oddać jej serce. Jeśli coś się robi, to z pełnym przekonaniem – uzasadnia trener, którego podopieczni pewnie zmierzają po tytuł mistrzowski. – Jestem jednak spokojny o nasze małżeństwo. Żona uprawiała sport i rozumie jego warunki.

Z wielu rzeczy trzeba było jednak zrezygnować. Na nartach, które kiedyś stanowiły regularną rozrywkę, nie jeździli już od dawna. – Podczas pięcioletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych „ciupaliśmy” codziennie w tenisa. Teraz nie możemy sobie na to pozwolić – mówi żona.
Czasu starcza na przechadzki po pięknych podkrakowskich okolicach, przejażdżki rowerowe. Niekiedy udaje się wyciągnąć męża do kina. – To też nie przychodzi łatwo. Mówię: „poszlibyśmy na ten film”, a on na to: „widziałem go już na taśmie”. „Gdzieś ty to widział?” – pytam. „Jak jechaliśmy z drużyną autobusem” – odpowiada.
Pozostają miłe wieczorne pogawędki przy lampce wina. Czasem rano podaje żonie śniadanie do łóżka. Specjalność: jajecznica z pomidorami. – Doskonała jest ta jajecznica – chwali pani Katarzyna. – Z pomidorkiem i koperkiem, szczypiorkiem.
Z domowych prac jego domeną pozostają cięższe zajęcia fizyczne, jak strzyżenie żywopłotu. Błyskawicznie poprasuje też ubrania.

Orka na lewej stronie

Urodził się w Krakowie, ale przez większość życia mieszka w Rudawie, leżącej przy linii kolejowej Kraków – Katowice. Na pierwszy trening w Wiśle przywiózł go ojciec – również Adam, piłkarz Orląt Rudawa. Później początkujący trampkarz sam pokonywał 19-kilometrowy dystans pociągiem. Dla dziesięciolatka była to poważna wyprawa.
Był jednym z wiślackich „złotych dzieci”, dwukrotnie zdobywał z klubem mistrzostwo Polski juniorów. Miał osiemnaście lat, gdy w 1975 roku stał się podstawowym zawodnikiem drużyny seniorów. Niespełna dwadzieścia – gdy tuż po wejściu na boisko w debiutanckim meczu w reprezentacji strzelił gola Węgrom. Dwadzieścia jeden – kiedy z „Białą Gwiazdą” świętował mistrzostwo kraju i stał się jednym z objawień światowego czempionatu w Argentynie, a dziennikarze wybrali go obok Zbigniewa Bońka do jedenastki turnieju.

Andrzej Iwan, współlokator na wyjazdach, dzisiaj drugi trener Wisły, charakteryzuje: – Miał niesamowite zdrowie do biegania. Występował początkowo na lewej pomocy, a lewy obrońca Adam Musiał nie miał co robić, bo ten pierwszy „orał” tę stronę boiska. Miał bardzo dobrą technikę, miał ciąg na bramkę, dobry drybling, potrafił rzucić długą piłkę. Zawsze mi się zdawało, że nie ma mocnego strzału, ale teraz – oglądając kasetę pamiątkową Wisły – przekonuję się, że najpiękniejsze bramki z daleka zdobywał właśnie on. Miał charakter, ambicję, wolę zwycięstwa, mobilizował siebie i nas podczas meczów. Wzorowaliśmy się wtedy na lidze angielskiej, tamtejszych piłkarzach. Adam zaciskał pięści, krzyczał: „Fuck! Idziemy, musimy!”. To nie był człowiek uśmiechający się bez sensu na boisku. Był agresywny, ale nie brutalny, nie bał się ostrej walki.

Solidność do trabanta

Krakowskie kluby studenckie – Jaszczury, Rotunda, kawiarnie – Kabaret, Oczko, były stałymi miejscami spotkań wiślackiej paczki z zaprzyjaźnionymi aktorami, sportowcami. – Wszystko było przerabiane – mówi Iwan. – Zdarzało się, że porządnie poimprezowaliśmy, ale Adam zawsze miał umiar. W przeciwieństwie do innych, którzy pozwalali sobie na więcej? Od razu, w każdym środowisku, był akceptowany. Ma niesamowitą łatwość nawiązywania kontaktów. Do dzisiaj zdarzają się chwile, kiedy rozumiemy się bez słów.
Wspólne pobyty na zgrupowaniach też były wesołe, choć obok sytuacji komicznych zdarzały się i nieprzyjemne. Kiedyś w nocy do pokoju Nawałki i Iwana zakradł się złodziej. – Widziałem go, ale myślałem, że mi się to śni – wspomina z humorem pan Adam. – Rano okazało się, że zginęły pieniądze.

Prowadził higieniczny tryb życia, nigdy nie zaniedbywał niczego, co mogłoby mu pomóc w osiągnięciu optymalnej formy. Często jednak nękały go kontuzje. Na dobrą sprawę, przegrał z nimi walkę już w wieku 24 lat. Nawet dzisiaj, po przywołaniu tego tematu, traci swe zwykłe opanowanie, uśmiech, twarz mu ciemnieje. – Nie uważam się za pechowca! – podkreśla z naciskiem. – Nie lubię mówić o kontuzjach, bo pytano mnie o to już ze sto razy. Czar piłki wyczynowej prysł, ale nie ma co gdybać, jak mogła się potoczyć moja kariera.
W 1985 roku wyjechał jeszcze na testy do belgijskiego Beveren. Niestety, po dwóch tygodniach nogi nie wytrzymały. Następnych pięć lat w USA to już luźna gra w polonijnej drużynie Polish Eagles Yonkers i praca – był brygadzistą w ekipie, która wycinała gałęzie nad trakcjami kolejowymi. Po powrocie zajął się biznesem – sprzedawane przez niego trabanty z silnikiem volkswagena polo cieszyły się sporym powodzeniem. – Ludzie przychodzili i mówili, że pamiętają moją boiskową solidność, więc są pewni, że samochód nie będzie defektował – wspomina.
Pomagał jeszcze żonie w prowadzeniu sklepu. – Piłka nożna zawsze była numerem jeden i prędzej czy później musiałem do niej wrócić – nie owija w bawełnę.

Monotematyczna rodzina

„Adaś to świetny kumpel, niesamowicie sympatyczny facet” – utrzymuje każdy, kto miał możliwość go poznać.
– Kiedy sytuacja tego wymaga, potrafi się jednak unieść – dodaje Iwan. – Na ławce trenerskiej, na zajęciach, jeśli trzeba podnieść głos – krzyczy, gdy trzeba zmobilizować kogoś ostrymi słowami – tak robi. Ale nigdy nie ubliża.
– Nie mogę sobie przypomnieć, żebyśmy się kiedykolwiek kłócili – przekonuje Katarzyna Nawałka. – Zdarzały się króciutkie spięcia, ale Adam natychmiast je rozładowywał nucąc zabawne piosenki.
Zawsze cieszył się powodzeniem u płci pięknej. Po meczach był oblegany przez dziewczęta, proszące o autografy i wspólne zdjęcia. – Nigdy nie byłam zazdrosna, bo nie dawał mi ku temu powodów – zapewnia żona. – Nawet jeśliby mi donoszono, że gdzieś tam ktoś go widział, no to co? Grunt, żeby potrafił spojrzeć prosto w oczy. Zaufanie przede wszystkim.

Pan Katarzyna to atrakcyjna kobieta, której uśmiech nie schodzi z twarzy. – Jesteśmy jak dwie połówki, doskonale do siebie pasujemy – uważa. – Nawet znak zodiaku mamy ten sam – Wagę.
Trudno uwierzyć, że w portrecie Nawałki nie ma żadnych skaz, słabości. – To ja jestem jego słabostką – śmieje się małżonka. – Oczywiście, żartuję. Adam ma silny charakter, lecz jest zgodnym człowiekiem. Postawi na swoim, ale tak to zrobi ładnie, z uśmiechem, że nie można mieć do niego żalu. Nie przeszkadzają mi częste rozłąki. Zwariowałabym żyjąc z mężem, który szedłby na ósmą do pracy, wracał o czwartej, potem obiad, gazeta, telewizja. Lubię jak coś się dzieje, ciągle jest coś innego. Nie ma go – tęsknię, ale tez jest o czym później porozmawiać.

Siostra pani Katarzyny była pływaczką Wisły i wyszła za klubowego judokę, obecnie trenera, Marka Tabaszewskiego. – Kiedy w Święta Bożego Narodzenia czy Wielkanoc urządzamy rodzinne zjazdy, jesteśmy monotematyczni – mówi Nawałkowa, łącząca pracę w formie produkującej damską odzież z prowadzeniem zajęć aerobiku. – Rozmawiamy o sporcie, piłce nożnej. Od tego się nie ucieknie.
Trudno również uniknąć rosnącej popularności. – Nie lubię być na pierwszych stronach gazet – przekonuje żona trenera. – Chciałoby się pozostać w cieniu, na uboczu, i robić swoje…
PAWEŁ FLESZAR

O kolegach Adama Nawałki z wielkiej drużyny Wisły lat 70. i początku 80. można poczytać TUTAJ (Andrzej Iwan) i TUTAJ (Piotr Skrobowski).

Komentowanie zablokowane.