Zobaczyć Potwora i przegrać

Cztery dni po najsłabszym występie w sezonie I-ligowi koszykarze AGH Kraków zanotowali najlepszy i pokonali na własnym parkiecie faworyzowany GKS Tychy, 76:66.

Po srogim laniu z rąk GTK Gliwice (opisywaliśmy je TUTAJ) gospodarze mogli obawiać się dzisiejszej konfrontacji, wszak tyszanie dysponują nie gorszym potencjalnie składem, niż tamten śląski team. – Najlepszą odpowiedzią na to są słowa ich trenera, Tomka Jagiełki, który stwierdził przed meczem, że przestał już kategoryzować, patrzeć na nazwiska, bo to co na papierze czasem mniej znaczy niż głód zwycięstwa, sukcesu – mówi szkoleniowiec akademików, Wojciech Bychawski. – A jak za każdym razem na nowo wierzyć w powodzenie, kiedy poniesie się taką dotkliwą porażkę? Ta wiara jest wpisana w historię naszego klubu, gdzie staramy się zrobić coś z niczego, zwłaszcza teraz, w I lidze.
Najgroźniejszy w szeregach gości jest Hubert Mazur, tyleż skuteczny, co niestereotypowy. W teorii to zawodnik techniczny, obwodowy, jednak zakłada ochraniacz na zęby i bez pardonu oraz lęku bije się również w „trumnie”. – Ani nie kwęknął, gdy się z „Borówą” masowali – komentuje Piotr Biel, trener przygotowania motorycznego miejscowych. Michał Borówka wychłodził go na niemal sześć minut, ale ten wreszcie zaliczył „trójkę” po przekazaniu (i z innym obrońcą), a potem wjechał Michałowi na plecach pod „dziurę” i zaświecił na tablicy 15:16.
Wówczas jednak znowu pociągnęli wózek ci, którzy dzisiaj najlepiej zaczęli. Maciej Maj wbiegł na wsad z lewego skrzydła po klasycznym pick’n’rollu z Jakubem Krawczykiem, a Damian Kalinowski zameldował się lewym półhakiem i dwoma osobistymi. 23:17 i 23:19 na koniec inauguracyjnej kwarty.
– Od początku szło nam źle, od początku graliśmy słabo – nie łudzi się Hubert. – Zespół AGH obnażył nas agresją. Robiliśmy błędy w defensywie, przez co wiele ich rzutów było oddawanych z czystych pozycji. Widocznie nie jesteśmy w tej chwili na tyle dobrzy, żeby wygrywać na wyjeździe z tak walczącym przeciwnikiem. Choć na papierze jesteśmy…

W drugiej części miejscowi przesiedli się na trzykołowca. Najpierw trafił z obwodu Marek Szumełda-Krzycki, potem swoje dołożył Maj, a Kamil Sulima zaprezentował mini-festiwal rzutów z daleka, którego gwiazdą był ten trzeci: z odchylenia, z ośmiu metrów, z ręką rywala niemal przylepioną od twarzy, jak po „plaskaczu”.
W pewnym momencie było już 44:27, na przerwę schodzili przy 48:36. To tyszanie jednak wrócili z niej bardziej nabuzowani i ruszyli do frontalnego, fizycznego ataku. – Brawo! Dobry fight! – krzyczał Wojciech Jagiełka, asystent swojego brata, Tomasza. Ich podopieczni częściej niż co minutę byli karani przewinieniami, lecz opłaciło im się, bo uzupełniali to jakością pod drugą tablicą i wyrównali na 51:51. Jedynymi aktywami „Agiehowców” były w tamtym okresie trzy osobiste Szumełdy-Krzyckiego, potem Marek dopadł źle podanej przez przyjezdnych piłki i ją zapakował po samotnej kontrze.
Ostatecznie uspokoiło ich pojawienie się na placu Bartłomieja Podworskiego. Miał świetne wejście już w poprzedniej odsłonie. Kiedy powstawała wspomniana 17-punktowa przewaga, dwukrotnie baletowymi ruchami wskoczył pod obręcz, mijając przeciwnika, jakby ważył połowę ze swoich 120 kilogramów. – Tak nie może być! Przecież ja tego gościa pierwszy raz na oczy widzę, a co on z nami robi?! Jak oni go bronią!? – pieklił się Mazur schodzący na ławkę. Bartek, który dopiero pod koniec szkoły średniej pożegnał pływanie na rzecz basketu, ma krótszy staż w tej dyscyplinie niż gros tyszan – na zapleczu ekstraklasy. – Niczego nie chciałem mu ujmować tamtymi słowami. Wręcz przeciwnie, tym bardziej należy mu się szacunek. Pokazał, że charakterem i determinacją można zrobić krzywdę zawodnikom z większym doświadczeniem i umiejętnościami – podkreśla Hubert.

A popularny „Potwór” pewnie łapał piłki i zgrabnie się przemieszczał. – Dobrą siłownię zrobiłem w poniedziałek i stąd ten chwyt – śmiał się, bo akurat niedaleko przechodził Piotr Biel. Po rekordowych 20 minutach spędzonych na parkiecie poskładał jeszcze konstrukcję kosza i w asyście trzech dzieciaków wepchnął go do magazynku. – A co do biegania, to po wakacjach miałem problem z wagą. Zrobiłem sobie wcześniej „odpust” i zastosowałem dietę turecką, opartą na kebabach. Ale teraz dietę układa mi Ala Krok, z „Magazynu Sportowego”, która zna tę tematykę ze studiów.
– Nie wątpię w wartość tej diety, ale znając wasze obyczaje trudno mi uwierzyć, że tak posłusznie jej przestrzegacie i zdradziliście hamburgery.
– Czasem do „Maca” można skoczyć, zwłaszcza po zwycięskim meczu. Jeden kolega ma nawet złotą kartę w pewnej innej burgerowni – żartuje Bartek. – Ale kilku stosuje tę dietę, w tym ja. I są efekty.
Na finiszu trzeciej kwarty odnalazł się po niemal dwudziestometrowym podaniu partnera i dał się sfaulować po płynnym przejściu do dwutaktu. Zapunktował też na 57:51 na starcie czwartej. O wynik dbali w tamtym okresie Krawczyk i Wróbel oraz zawiadujący całością Tomasz Zych – silny i sprytny (9 zbiórek), a także inteligentny (8 asyst). 59:57, 62:57, 64:59, 64:62, 66:63, 71:63.
Gdy wydawało się, że gospodarze znowu mogą mieć kłopoty, bo przy 71:65 popełnili błąd 24 sekund, Podworski wyrwał piłkę rozgrywającemu GKS, Wróbel w kontynuacji rzucił ją z prawego skrzydła z odległości 6,75 m – a ta zakręciła się na koszu jak na karuzeli i… wpadła. Co rozstrzygnęło sprawę, zwłaszcza że przyjezdni najpierw nie wykorzystali szansy, a potem nie zdecydowali się na faule, gdy akademicy skonstruowali jedną z najdojrzalszych akcji jesieni: wytrzymaną maksymalnie długo, mimo bloku, który ją na chwilę przerwał, i w ostatniej z 24 sekund sfinalizowaną przez Krawczyka.

W najbliższą sobotę krakowianie zagrają w Kłodzku, gdzie w maju 2015 roku ponieśli klęskę w rywalizacji o awans do I ligi, ale też – gdzie obecnie występuje jej „czerwona latarnia”. – Jedziemy bić się o punkty, ale nie uważam, żeby miało być łatwiej niż dzisiaj – zastrzega Wojciech Bychawski.
Tyszanie zaś mają sporo do przemyślenia. Latem byli typowani na trzecią siłę zaplecza ekstraklasy, lecz zaczęli rozgrywki na wstecznym biegu. – A teraz jeszcze zaciągnęliśmy ręczny hamulec, który nie chce puścić – kręci głową Hubert Mazur. – Musimy się zmobilizować i walczyć najpierw o ósemkę, bo już w ogóle nie jest zabawnie.
PAWEŁ FLESZAR

AGH Kraków – GKS Tychy 76:66 (23:19, 25:17, 7:15, 21:15)
Sędziowali: Grzegorz Dziopak, Michał Szybisty i Tomasz Langowski. Widzów: 220.
AGH: Wróbel 18 (3×3), Maj 10 (2×3, 4 zb., 2 bl.), Kalinowski 6 (9 zb.), Zych 2 (9 zb., 8 as.), Borówka (4 zb.) oraz Krawczyk 12 (1×3, 4 as.), Szumełda-Krzycki 10 (1×3), Podworski 9, Sulima 9 (3×3, 4 as.), Wasyl. Trener: Wojciech Bychawski.
GKS: Mazur 14 (2×3, 5 zb., 3 prz., 2 bl.), Barycz 12 (3×3, 5 zb., 2 bl.), Basiński 11 (1×3, 5 zb.), Deja 9 (1×3, 5 zb.), Piechowicz 3 oraz Bzdyra 8 (5 zb., 2 prz.), Zub 5, Szpyrka 3, Hałas 1. Trener: Tomasz Jagiełka.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.