Żona dla obcokrajowca

Tekst ukazał się w miesięczniku „futbol.pl” z listopada 2007 r.

Dwie lewe nogi do tanga, trzy paszporty w szufladzie, krew czterech narodowości w żyłach. 31 lat i 250 kilowatów energii w walce. To Mauro Cantoro, świeżo upieczony Polak, który jednak kiepsko daje się opisać w liczbach.

Grudzień to miły miesiąc. Czas piłkarskiego urlopu, odwiedzin w Buenos Aires, gdzie mieszkają rodzice i panuje wtedy lato. Grudzień to niebezpieczny miesiąc. Można natknąć się w Buenos na Giovanniego Calvanese, opiekuna ze szkółki piłkarskiej Velez Sarsfield, który już kilka razy spytał z wyrzutem: „Co się stało, Mauro? Miałeś 14 lat i byłeś kapitanem reprezentacji narodowej młodzików. Miałeś szesnaście lat, gdy debiutowałeś w pierwszej lidze przeciwko mistrzowi Argentyny – River Plate, na El Monumental. Miałeś wszystko w rękach i gdzie to teraz jest?”.
Stary trener liczył, że Cantoro zrobi taką karierę, jak jego koledzy z juniorskich gier: Juan Sebastian Veron, Marcelo Gallardo, Juan Pablo Sorin.

– Co się stało? To wielkie pytanie, ale nie znam na nie odpowiedzi – pomocnik Wisły wzrusza ramionami. – Mój tato czasami mówi pół żartem, pół serio: „Za wcześnie znalazłeś sobie dziewczynę i nie myślałeś tylko o piłce”.
Siedemnaście lat temu spotkał Adrianę na plaży w Mar de la Plata. Od tamtej pory są razem. – Pamiętam wszystko; jak była wtedy ubrana, o czym rozmawialiśmy. Pamiętam każdy wspólny dzień, do dzisiaj – zwierza się. – Dlatego jestem zadowolony i myślę, że tata również. Wszystko, co mam, a niczego mi nie brakuje, zawdzięczam piłce. Nie osiągnąłem tego, co mogłem, ale mam żonę, dzieci. To ważniejsze niż futbol.

Co przeciwnik musi wiedzieć

Liryzm i romantyczność znikają, gdy Mauro wchodzi na boisko. – Ty jesteś El Toro, grałeś jak prawdziwy byk! – komplementował go peruwiański dziennikarz po jednym z meczów Club Universitario de Deportes Lima. – Najbardziej spodobało mi się, że rymuje się z Cantoro – uśmiecha się piłkarz.
Pseudonim przylgnął, Mauro w każdej konfrontacji potwierdza charakterystykę. Walczy zawsze twardo, często ostro. Łokcie pracują wysoko, głowa schylona nisko. Zdarzało się, że jak byk uderzał nią przeciwników. – Gorąca krew – krzywi się. – I głupota. W tej sytuacji z Patrykiem Rachwałem prowadziliśmy 4:0, była 90. minuta i sędzia stał obok. Ale nie jestem bandytą. Gdybym z rozmysłem uderzył cię głową, zostałbyś zakrwawiony na ziemi i karetka odwiozłaby cię do szpitala. Rachwała leciutko stuknąłem, a on teatralnie się przewrócił.

Gdy po kilku miesiącach, w marcu 2005 roku, podobnie potraktował Artura Andruszczaka z GKS Katowice, wydawało się, że będzie to koniec kariery Cantoro w polskiej lidze. Incydent nigdy jednak już się nie powtórzył, choć początkowo był nieustannie prowokowany. – Cała drużyna i trener krzyczeli do mnie: „Mauro, spokojnie, nie słyszysz tego!” – wspomina. – Teraz przed każdym meczem, jak modlitwę, powtarzam sobie rzeczy, których nie mogę zrobić: uderzyć przeciwnika, złapać głupiej kartki. Dla mnie nie jest karą to, że trzeba zapłacić regulaminowe 1000 złotych. Prawdziwa kara to konieczność pauzowania. Ale też nie będę cofał się w starciach. Przeciwnik musi wiedzieć, że jestem na boisku – tego nauczyli mnie już w Argentynie.

Filozofia bólu

Siebie oszczędza jeszcze rzadziej niż rywali. Gdy na górze robiono jego odlew, zabrakło mniej wytrzymałych stopów. Przed meczem eliminacyjnym mistrzostw świata U-17 złamał kość dużego palca prawej nogi, nie mógł kopać piłki ani biegać. Poprosił o blokadę. – Po niej nie czułem palców w ogóle – wspomina. – Pytasz, czy ryzykowanie zdrowiem się opłacało?! Człowieku, pokonaliśmy 2:1 Brazylię, to jest warte każdego poświęcenia!
Wiosną 2005 roku miał tak potłuczone żebra, że nie mógł zaczerpnąć pełnego oddechu. Uprosił Wernera Liczkę o wystawienie do składu. Podczas gry robił sobie tylko krótkie przerwy – na podbiegnięcie do linii i łyknięcie tabletki przeciwbólowej. Po kilku miesiącach rozbito mu kość jarzmową policzka. Lekarz stwierdził, że musi być operowany w ciągu 48 godzin, a kolejny występ grozi poważnym pogłębieniem urazu. – Ale wtedy nie mógłbym zagrać z Panathinaikosem Ateny; podpisałem papier, że biorę odpowiedzialność za swoje zdrowie. Przecież bolało mnie tylko, gdy stukałem zębami, a podczas meczu zupełnie o tym zapomniałem. No, żona nie była zbyt szczęśliwa; zostało mi tu takie małe wgłębienie – z szelmowskim uśmiechem gładzi się po prawym policzku.

Urazy kolana czy kostki nie są przeszkodą. Przekonał się o tym każdy szkoleniowiec. Latem Maciej Skorża nie mógł wyjść z podziwu obserwując, jak Mauro owija kontuzjowany staw trzema bandażami i wychodzi na sparing. – Wielu ludzi pyta: „Po co ci to, Mauro? Masz 31 lat, wysoki kontrakt, po co ryzykujesz?” Czy nikt nie rozumie, że ja mam pasję!? – przykłada obie pięści do klatki piersiowej. – Opuścić mecz, żeby zagrać w następnym na 100 procent? Nie – wolę grać zawsze, nawet z bólem, na 80 procent. I tak wtedy jestem w stanie dużo dać drużynie. To moja filozofia.
Poddał się tylko raz, kiedy wiosną 2001 roku Ascoli Calcio przygotowywało się do baraży o awans do Serie B. – Kłuli mi kolano zastrzykami, ale nic nie pomagało: nie mogłem praktycznie stać na nogach – jeszcze dziś robi zdegustowaną minę na wspomnienie tamtej słabości. – Ale może wyszło mi to na dobre? Gdybyśmy awansowali, przedłużyłbym kontrakt z Ascoli, a za to trafiłem do Wisły.

Rower służbowy

Z różną biegłością włada czterema językami: hiszpańskim, włoskim, polskim i portugalskim. Zwykle bywał opiekunem testowanych lub kontraktowanych w klubie Brazylijczyków. Zresztą, Serb Mijailović, Rumun Varga, Słowak Penksa, czy Francuz Hugues też twierdzili, że najlepszy kontakt mają właśnie z Mauro. Ostatnio wziął pod swoje skrzydła Nigeryjczyka Dudu Omagbemi, z którym może zamienić tylko kilka słów po angielsku. – Jest tu zupełnie sam, więc go podwożę, zapraszam do domu – wyjaśnia. – Rozumiem jego uczucia, bo gdy tu przyjechałem sześć lat temu, to na początku byłem jak za szybą. Miałem jeden sposób: szukałem tych, co lubili śmiać się, żartować i trzymałem się ich.
– To Mauro Cantoro jest moją żoną – wypalił Andre Barreto, pytany o rodzinę.

– No, z tą opieką to różnie bywało – uśmiecha się Marek Konieczny, były kierownik drużyny. – Kiedyś za pomocą Mauro tłumaczyłem Barreto i Jeanowi Pauliście, gdzie powinni pójść i jakie dokumenty zabrać ze sobą, aby dostać pozwolenie na pracę. Nagle Paulista zaczął wymachiwać rękami i wykrzykiwać coś z wściekłością. Mauro powiedział mu, że dostanie od Wisły rower służbowy i będzie musiał codziennie przyjeżdżać nim na treningi…
Porozumienie absolutne Argentyńczyk osiągnął ze słowackim bramkarzem, Ivanem Trabalikiem. Na zgrupowaniu zachwycali się nawet „Parkiem Jurajskim” w chińskiej wersji językowej…
– Ivanowi, gdy się poznaliśmy, strasznie podobało się brzmienie języka hiszpańskiego – wspomina Cantoro. – Nic nie rozumiał, ale przysłuchiwał się zawsze jak rozmawiam przez telefon z żoną, czy bratem, a potem pytał, co znaczą poszczególne słowa. I wszystko zapisywał. Uwierzysz, że po czterech miesiącach zaczął rozmawiać ze mną po hiszpańsku!? To był niesamowity gość. Wszędzie woził ze sobą wielką encyklopedię i codziennie uczył się kilku haseł.

Kondycja po kiwi

Kolekcjonuje nagrania swoich meczów, koszulki, w których występował, gadżety. Każdy przywołuje jakąś dykteryjkę, wspomnienie. Zwycięskiego gola, którego zdobył w meczu decydującym o mistrzostwie Peru, po czym rozentuzjazmowany tłum zniósł go z boiska na rękach. Jedynego w historii przypadku kłopotów kondycyjnych Nikoli Mijailovicia, którego po przedmeczowym obiedzie namówił do zjedzenia pokaźnej ilości owoców kiwi (– Nie cierpię ich, ale Mauro powiedział „Bierz, bierz, to bardzo zdrowe” i ledwo wytrzymałem do końca – narzekał później Serb). Derbów Limy, na które jechali policyjną więźniarką, bo tradycyjny autokar nie miałby szans w konfrontacji z kamieniami i butelkami. Zabawnej irytacji Kamila Kosowskiego, któremu wmawia, że jest łudząco podobny do Tomasza Iwana. Fantazji Marka Penksy, z którego ubrań przez dwa ostatnie sezony śmiała się cała szatnia. Zakończonej fiaskiem i podeptanymi nogami partnerki nauki tanga („W ogóle nie umiem tańczyć, zawodzi synchronizacja ruchów, na imprezach zwykle siedzę z boku i patrzę”).

I dotyku przeznaczenia. Dopiero kiedy przyjął ofertę Wisły, poznał historię życia swojej babci. Róży Wolczak-Reitano. Polki. – Wcześniej nieuważnie słuchałem jej opowieści; wiedziałem tylko, że pradziadek przyjechał z jakiegoś dalekiego kraju – wyjaśnia.
Babcia wyemigrowała z Polski latem 1939 roku na pokładzie statku „Chrobry” (to ten właśnie rejs opisał w „Trans-Atlantyku” Witold Gombrowicz). W Argentynie wyszła za mąż za Włocha, a ich córka poślubiła Brazylijczyka. Dzięki zaproszeniu wnuka, Róża odwiedziła cztery lata temu kraj przodków.
Polskie korzenie pomogły Mauro w uzyskaniu naszego obywatelstwa, choć sprawa zaczęła się ślimaczyć, gdy okazało się, że nie może zagrać w polskiej reprezentacji, bo zaliczył występy w barwach Argentyny na mistrzostwach świata U-17. – Wiem, że miałem szansę na powołanie do kadry trenera Janasa i bardzo tego chciałem – twierdzi. – Nie udało się, szkoda, będę miał jeszcze jedną fajną pamiątkę – polski paszport.

Smak czerwonej zupy

Dokument może się przydać, gdyby argentyńska rodzina zdecydowała osiedlić się w Polsce. Na razie, w podkrakowskiej miejscowości, kupili domek w szeregówce. – Dużo rozmawiamy o przyszłości – opowiada. – W Argentynie jednak zostali nasi rodzice, za którymi bardzo tęsknimy. No, chyba że chłopcy powiedzą: „Chcemy zostać”.
Mauro junior i Tiago trenują w szkółce piłkarskiej Wisły, w domu rozmawiają ze sobą głównie po polsku. To oni wiedzą, jak nazywa się ta czerwona zupa, która tak smakuje tacie. To oni po dwóch tygodniach pobytu w Argentynie zaczynają nudzić: „Wracajmy do Polski, bo nie zdążymy zobaczyć śniegu”. To ze względu na nich Cantoro po zakończeniu kariery nie chce być profesjonalnym trenerem. – Znowu ciągle jeździłbym na mecze i zgrupowania, a zbyt wiele już straciłem czasu, który mogłem spędzić z rodziną – wyjaśnia. – Żona chciałaby założyć sklep odzieżowy. Za dużo jej jednak nie pomogę, bo nie nadaję się na biznesmena – poza boiskiem jestem zbyt spokojny.
PAWEŁ FLESZAR

POT BOSKIEGO DIEGO
Mauro Cantoro miał 10 lat, kiedy wyznaczono go do podawania piłek w pokazowym meczu charytatywnym, w którym jedną drużynę prowadził Diego Maradona, a drugą prezydent Argentyny – Carlos Menem. Po ostatnim gwizdku wraz z kolegami rzucili się na idola. – Maradona był cały mokry, umazałem się jego potem, a później przez trzy dni się nie kąpałem – wspomina z rozczuleniem. Wielbi go bezkrytycznie. – Jest dla nas prawie jak bóg. Narkotyki, zdrady, nieślubne dzieci? To nie ma znaczenia – mówi z naciskiem. – Możemy o tym rozmawiać przez dwa dni, aż cię przekonam. Przecież wielu ludzi pije, pali, narkotyzuje się, traci majątek przez hazard. Ale to Maradoną interesują się media. Nie pochwalam narkotyków, ale to jego prywatna sprawa.
Jeszcze bardziej irytuje się, słysząc o panującej w latach 80. modzie na przydomki. Z niedowierzaniem słucha o Hagim – Maradonie Karpat, Zawarowie – Maradonie Wschodu i Polskim Maradonie – Ryszardzie Tarasiewiczu. – Tylko głupcy mogli coś takiego wymyślić – krzywi się. – Tacy sami, jak ci, co porównują do niego Messiego. No, jak może być podobny?! Messi jest w tej chwili najlepszym piłkarzem na świecie, ale Maradona był na zupełnie innym, nadnaturalnym poziomie. Niedostępnym dla nikogo. Nawet dla Pelego, który prawie nie biegał, grał na stojąco.
W Argentynie istnieje stowarzyszenie, coś w rodzaju sekty, zwane Kościołem Maradony. Cantoro chciał do niego należeć, ale żona nie zgodziła się na spełnienie jednego z warunków – nazwanie syna imieniem Diego. Kościół Maradony to także świątynia w Rosario. – Słyszałem, że jest tam ołtarz, nad nim zdjęcia Maradony, z głośników lecą hymny na jego cześć, ludzie klękają i się modlą – opisuje Mauro. – Wybieram się, żeby go zwiedzić, ale jestem katolikiem i aż tak, jak tamci, nie będę przesadzał.

NAJPIĘKNIEJSZA MUZYKA
Nie ma recepty, jak z zawodnika typowo ofensywnego stać się nieustępliwym obrońcą, ale są interesujące przykłady. W Ameryce Południowej Cantoro hasał za napastnikami, strzelał sporo goli. W Wiśle za kadencji Henryka Kasperczaka narodził się jako defensywny pomocnik. – Nie było łatwo, ale w dwa tygodnie, na obozie w Holandii w styczniu 2004, załapałem podstawy – wspomina. Czasami bywa nazywany „hamulcowym”, bo zamiast podawać – robi kółeczka („Kocham piłkę, gdy nie mam jej przez minutę, zaczynam się denerwować”), częściej zbiera komplementy, gdyż dzięki niemu krakowianie zdobywają środek pola (w plebiscycie Canal+ został wybrany najlepszym pomocnikiem ligi w 2004 roku). Wszystko w imię gry w pierwszej jedenastce. Tymczasem za kadencji Dana Petrescu nie wychodził w niej przez pół roku. – Nie mogłem spać, skoncentrować się nawet na treningu, chodziłem po domu przygnębiony – zwierza się.
Nie pomagała, powtarzana jak mantra, sentencja pierwszego w życiu trenera, Oscara Nessiego: „Na końcu zawsze gra najlepszy”.
– Powinien mi być wdzięczny, że go nie wpuszczam na boisko. Kibice przestaliby go kochać, gdyby zobaczyli w jak słabej jest formie – kpił z niego publicznie Rumun. Mauro odpowiedział po dymisji trenera: golem strzelonym Iraklisowi Saloniki, dającym awans do fazy grupowej Pucharu UEFA.
– Nie chciałem nic wyjaśniać z Petrescu; przecież kiedy gram, to nie pytam dlaczego grałem, więc kiedy nie gram, to też nie pytam: czemu – gestykuluje. – To prawda, że miałem dwa starcia z fizjologiem, Michele Bonem. Odnosił się do mnie bez szacunku, jak do juniora: „Mauro idź tam, Mauro zrób to”, więc powiedziałem, że sobie tego nie życzę. Może to było powodem? A może po prostu Petrescu nie podobała się moja twarz? Tylko u niego i u Nawałki zdarzało się, że nie występowali zawodnicy najlepsi w danym momencie.
Latem klub chciał się go pozbyć, ale Maciej Skorża postanowił, że da Cantoro jeszcze jedną szansę. – Obiecałem, że wystawię go w podstawowym składzie w sparingach, a jeśli się sprawdzi, to w nim pozostanie – opowiada szkoleniowiec. – Cudownie było tego słuchać, jak muzyki – rozpromienia się Argentyńczyk.

NOTKA BIOGRAFICZNA*
Roberto Mauro Cantoro. Urodzony: 1 września 1976 roku w Ramos Mejia. Wzrost: 179 cm, waga: 78 kg. Kluby: Velez Sarsfield Buenos Aires (Argentyna, do końca 1996 r.), Club Universitario de Deportes Lima (Peru, 1997-99), Club Blooming Santa Cruz (Boliwia, wiosna 2000, wypożyczony na rozgrywki Copa Libertadores), AMSyD Atletico de Rafaela Santa Fe (Argentyna, jesień 2000), Ascoli Calcio (Włochy, wiosna 2001), Wisła Kraków (jesień 2001-jesień 2009), Odra Wodzisław (wiosna 2010). Debiut w polskiej lidze: 26 października 2001 r. Bilans w polskiej lidze: 176 meczów, 10 goli.Sukcesy – z Velez Sarsfield: Copa Libertadores (klubowy puchar Ameryki Płd.), Puchar Interkontynentalny (Cantoro nie uczestniczył jednak w zwycięskim meczu, z AC Milan w Tokio), mistrzostwo Argentyny; z Club Universitario de Deportes Lima: dwukrotnie mistrzostwo Peru; z Wisłą: pięciokrotnie mistrzostwo Polski, dwukrotnie wicemistrzostwo Polski, dwukrotnie Puchar Polski; z reprezentacją Argentyny U-17: awans do mistrzostw świata.

* stan na 16.05.2010

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*