Życie ma wyborny smak

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 8 października 1998 r. Autor: Majka Lisińska-Kozioł.*

– Jeżeli człowiek wychodzi z narkomanii prawdziwie, dlatego że sam tego chce, to taki ktoś bez lęku i wstydu obwieszcza całemu światu, że stał się kimś innym – opowiada Jerzy Górski. – Bo ja wiem, może nawet, że narodził się na nowo. Tak było ze mną. Wszedłem w mój następny etap. Etap normalnego życia z codziennymi kłopotami w domu, z trudnościami w pracy. I żyję zwyczajnie, jak każdy. Raz z górki, raz pod górkę. Nauczyłem się cenić to co mam. Także ów nielekki bagaż doświadczeń psychicznych i fizycznych. Z niego czerpię i mam nadzieję czerpać jeszcze długo.


Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Krakowie, jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Wychował się w Legnicy. W domu bez żadnych sportowych tradycji. Mama pochodziła z małej wioski, tata z Radomia. Dwójki rodzeństwa nawet nie pamięta. Zmarli, gdy on był malutki. Rodzice pracowali, a on, jak większość jego rówieśników, wychowywał się na ulicy, grając w piłkę. Tak było najprościej. Potem spodobała mu się gimnastyka i zaczął regularne treningi. Lubił też grać w ping-ponga, ćwiczył zapasy.
Mówi, że zawsze chciał się w czymś sprawdzić, pokonywać jakieś bariery. Taki jest i dzisiaj, chociaż w trochę innym wymiarze. Przekonał się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Gdy czegoś nie potrafi, rzuca wszystko inne, podporządkowuje się swojemu celowi, zmaga się z przeciwnościami, aż pokona przeszkody. Może właśnie dlatego, że jest taki, mija już czternasty rok, odkąd nie bierze narkotyków. Brał tez przez czternaście.

***

Sporo faktów z tamtego życia już zapomniał. Wiele szczegółów uleciało z pamięci. Jego młoda, piękna żona Renata nie lubi, gdy opowiada o minionych czasach. Nie znali się wtedy i nie chce by kojarzono go z włamaniami, z policją, z permanentnym balansowaniem na granicy prawa. Mają wspaniałą czteroletnią córeczkę Hanię i teraz to życie jest dla niego najważniejsze.
Górscy jakoś tak naturalnie podzielili obowiązki. Ona – z zawodu położna – naprawia kontakty, wbija gwoździe, rozróżnia dobre i złe stukoty dochodzące z silnika fiata 126p. On za to, gdy tylko ma wolną chwilę, gotuje i robi zakupy. No i oczywiście rozpieszcza Hanię.

Renata dobrze pamięta, jak się poznali. Było to w Karpaczu. Ona wiedziała, kim jest ten twardy facet z pierwszych stron gazet. Był słynnym triathlonistą, no i startował w supermaratonie, rozgrywanym co roku w Kaliszu, jej rodzinnym mieście. On za to nie miał wtedy pojęcia o jej istnieniu.
– Gdy na świecie nie było jeszcze Hani, jeździłam z Jurkiem na wszystkie zawody. Triathlon to jest piekielnie zaraźliwa, niesamowita dyscyplina. Uwielbiałam być w środku. Patrzeć jak ludzie zmagają się ze swoją słabością i jak ją pokonują. Ta obserwacja dodawała mi energii i wiary w ogromną siłę człowieka. Teraz mam mniej czasu, ale Jurek dalej jeździ i organizuje imprezy. To część jego życia. Ja pilnuję domu i dziecka.

***

Narkotyki weszły do jego życia, jakby tylnymi drzwiami. Zaczęło się od wyboru szkoły średniej. Choć jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, że coś złego dzieje się wokół niego. Ojciec wpadł na pomysł, że dobrą przyszłość zapewni mu szkoła samochodowa. Motoryzacja się rozwijała, przybywało aut, więc mechanik to był zawód z przyszłością. Obiektywnie rzecz biorąc, był to niezły sposób na życie. Tyle tylko, że pomysł ojca, nie Jerzego. Pewnie dlatego szkołę – technikum samochodowe – omijał z daleka.
Znalazł sobie nową pasję – akrobatykę. Zajęcia odbywały się kilka razy w tygodniu. Górski robił postępy na sali, ale łapał dwóje w szkole. Tata kazał pożegnać się ze sportem, póki nie poprawi stopni. Za szkołę wziął się tylko pozornie. Opuszczał całe tygodnie. Snuł się to tu, to tam. Pojawili się koledzy, papierosy i to najgorsze.

Pierwszego razu już nie pamięta. Jeszcze tylko, gdy przyjeżdża do Legnicy, wracają wspomnienia. Kamienice i ulice kojarzą mu się z melinami, z kłopotami, z narkotykowym głodem, z ćpaniem. Tam, pośród tych domów, został czternaście lat swojego życia. Raz „grzał” mocniej, raz rzadziej i mniej. Bywały przymusowe okresy abstynencji. Zdarzało się, że dawał w żyłę raz dziennie, czy raz na dwa-trzy dni. To też był ciąg. Ale wtedy wmawiał sobie, że to on panuje nad prochami, a nie one nad nim.
Otrzeźwienie przychodziło na moment, gdy zlany potem budził się w szpitalu, na odwyku. Zanim zdążył jednak wyciągnąć jakieś wnioski, marzył tylko o jednym – żeby znowu wziąć. Bo gdy się bierze, rytm dnia nie zmienia się ani w piątek, ani w świątek. Wszystko podporządkowane jest temu, by zdobyć towar. Nieważne, czy trzeba będzie się gdzieś włamać, zrobić napad, czy nawet kogoś zamordować. Narkoman boi się jednej, jedynej rzeczy – głodu.

Górski umiał się maskować, choć w tamtych czasach narkotyków się nie kupowało u dilera. Trzeba je było zdobywać. Albo na receptę, od „rakowców” ze szpitala, albo z apteki. W domu nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak. Gdy mama znalazła strzykawkę, tłumaczył, że potrzebna jest na biologię lub fizykę. W końcu przyłapała go na braniu, ale chroniła przed ojcem. Myślała, że mu pomaga. Dziś wie, że nie była to pomoc.
***
Sięgał swojego dna przez czternaście zaćpanych lat. Często powtarzał, że idzie się leczyć, ale ćpał. – Zanim podjąłem definitywną decyzję, ciągle miałem problemy ze zdobyciem towaru, kłopoty w domu albo kłopoty z milicją. Wciąż wchodziłem w kolizję z prawem. W zasadzie to była permanentna kolizja. Żeby nie dać się zamknąć – uciekałem do szpitala, przysięgałem, że tym razem będę się leczyć. Obiecywałem wszystko i wszystkim, żeby tylko spuścili mnie z oczu i żebym mógł wziąć. Dziesiątki razy na strasznym głodzie – a wtedy człowiek dosłownie gryzie ściany – walczyłem z milicją, z rodziną, z przyjaciółmi. Już wtedy miałem chyba dosyć tej walki i zdobywania prochów, choć jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy.

– Aż dotarła do mnie informacja, że moi znajomi są w Monarze. Że to taka komuna, gdzie wszyscy razem żyją, pomagają sobie i tak się leczą. W więziennej celi usłyszałem, że Kotański otworzył ośrodek Monaru w Sokolnikach koło Łodzi. Trafiłem do punktu Monaru we Wrocławiu. Przez trzy miesiące czekałem na miejsce w ośrodku. Ważyłem 49 kilogramów, 28 mniej niż teraz. Paliłem wtedy po sto papierosów dziennie. Do ośrodka poszedłem w strasznym głodzie fizycznym. Przez dwa tygodnie wcale nie mogłem spać. Ciągnęło mnie, i do narkotyków, i do palenia.

***

We Wrocławiu nie było lekarzy. Kręciło się tylko kilkudziesięciu takich samych cwaniaków jak on. Leczyli go w sposób, który sprawdzili na sobie – ciężką pracą od rana do nocy. No i nie wolno było brać. Działała Służba Ochrony Monaru. Każdy pensjonariusz zaliczał trzy etapy. Nowicjuszem było się do trzech miesięcy pobytu w ośrodku, domownikiem – do roku, a potem już monarowcem. To był etap, podczas którego delikwent przygotowywał się do wyjścia na zewnątrz.
Górski postanowił zacząć wszystko od początku. Zapisał się do ogólniaka. Okazało się, że nie umie tabliczki mnożenia, że nie zna ortografii. Ale to go dopingowało do pracy. Nałożył sobie reżim nauki. Przychodził przygotowany, miał książki – jako jedyny w klasie. Nosił krótkie włosy. Na zajęciach zjawiał się w drelichach. Mimo to, zjednał sobie kolegów. I ze zdumieniem stwierdził, że życie ma wyborny smak. Ono stało się jego nowym narkotykiem. To wtedy odżyły w nim sportowe ambicje.

Zaczął biegać już w ośrodku, w ramach terapii. Przekonał się, że bieg to wspaniałe lekarstwo na wszystko. Jeszcze dzisiaj, gdy jest zły i rozdrażniony, gdy denerwuje go nawet przelatująca mucha, udaje się na małą przebieżkę. Po godzince-dwóch osiąga stan równowagi.
Gdy zaczynał, pokonanie nawet kilkudziesięciu metrów było wyczynem nie lada. Ale miał coraz większe aspiracje. Stawiał sobie coraz wyższe cele. Każdy kilometr przebiegnięty więcej sprawiał, że wydawało mu się, iż jest mistrzem. Stawał się łagodniejszy. Zaczął doceniać drobiazgi, jak choćby przyjemność wykąpania się po treningu. Stał się zachłanny na sport. Przebiegł trzy kilometry, chciał przebiec cztery, potem pięć i dziesięć. Zaczął startować w biegach ulicznych, w maratonie wrocławskim, warszawskim. Potem przejechał dookoła Polski na rowerze.
Już nie przerażały go słowa: – Reakcja proszę. Źrenice, ciśnienie, chuchnij.
W ten sposób kontrolowała pensjonariuszy ośrodka Służba Ochrony Monaru. Już wtedy narkotyki przestały dla niego istnieć, ale kusiło go palenie. Nie uległ. Bał się, że przez głupiego peta mogą odesłać go do piekła.

***

Poznawał swoje możliwości. Wciąż chciał się mierzyć z większym i większym dystansem. I z sobą. Tak jak kiedyś interesował się wyłącznie narkotykami, tak teraz zaczęła zajmować go technika biegania i granice wydolności organizmu. Zaprzyjaźnił się ze słynnym polskim maratończykiem, Antonim Niemczakiem. Postanowił, że też będzie tak zwyciężał. Gdy opowiedział o tym w Monarze, wyśmiali go. – Stary, tobie się chyba popier… Tak wyglądają marzenia ćpuna.
Ale on miał już swój plan. Uczył się w czasie biegu, rozwiązywał problemy, pokonując kolejne kilometry. Wszystkie pomysły, które teraz realizuje, zrodziły się na trasie. – Wpadłem w taki trans, że biegnąc dyskutowałem sam ze sobą. Swoje uzależnienie od narkotyków przełożyłem na uzależnienie od sportu – twierdzi Górski. – Teraz to wiem, ale zanim sobie ten fakt uświadomiłem, trenowałem jakby instynktownie. Bieganie to też jest branie. Tylko że rodzi pozytywne skutki. Gdyby przeanalizować losy ludzi, okazałoby się, że każdy z nich jest od czegoś uzależniony i na swój sposób ćpa.

***

Pływanie jest pierwszą i najważniejszą konkurencją triathlonu. Gdy zaczynał uprawiać tę morderczą dyscyplinę, umiał pływać na tyle, żeby wskoczyć do wody i po 32 minutach zaliczyć kilometr. Po roku treningów pokonywał ten dystans w czasie o połowę krótszym. Jest przeświadczony, że pomogła mu w tym gimnastyka i akrobatyka, które uprawiał w szkole. One to zapewniły mu wspaniałą koordynację ruchów w wodzie.
W 1986 roku – po dwóch latach narkotykowej abstynencji – po raz pierwszy wystartował w zawodach. Górski zdaje sobie sprawę, że triathlon teraz i kiedyś to dyscypliny nie do porównania. Wtedy to było raczej wyzwanie dla herosów. Często uprawiali go przypadkowi ludzie – jak choćby on sam – lub byli sportowcy. Gdy trafiał się pływak czy pięcioboista, od razu wygrywał w cuglach?
Górskiego nic nie zrażało. W 1988 roku był drugi w Polsce i pojechał na mistrzostwa Europy do Holandii. Zajął tam 162. miejsce w gronie 360 zawodników. Zrozumiał wtedy, że jest stworzony do długich dystansów. Chciał tak naprawdę, do spodu, zmagać się z samym sobą. A nawet prosić Boga, żeby pozwolił dotrwać do mety.

***

W 1990 roku, w pierwszych dniach września, po sześciu latach treningów, wystartował w mistrzostwach świata w Huntsville, w Alabamie i po 24 godzinach stanął na najwyższym podium Double Ironman Triathlon. Pokonał 7600 metrów płynąc, 360 kilometrów jadąc rowerem i 85 kilometrów na trasie biegu.
– Gdy potem porównywałem zdjęcia moje i Niemczaka w chwili, gdy mijamy linię mety, zauważyłem, że obaj unieśliśmy ręce w identycznym geście. Wygrałem dzięki Antkowi. Przez trzy miesiące gościł mnie u siebie. Biegaliśmy na wysokości około trzech tysięcy metrów. Niedaleko miałem stadion z tartanem i kryty basen. Trochę dalej akwen z lodowatą, źródlaną wodą i siłownię. Antek czuwał nad moją dietą. Na zdjęciach z tamtego czasu widzę siebie jako chłopaka, którego ciało składa się z samych mięśni i skóry, cienkiej jak pergamin. Wtedy nie miałem pojęcia, że jestem aż tak „zrobiony”. Byłem w znakomitej dyspozycji. Bodaj najlepszej w życiu.

Ale i tak dziesięć kilometrów przed metą odmówiło posłuszeństwa przeforsowane kolano. Nie było więc mowy o biegu. Po prostu szedł. Nie dał się dogonić Niemcowi. Przetrzymał Amerykanów. Ten, który był szybszy od niego o 45 minut po pływaniu i rowerze, nie był w stanie przebierać nogami. Z pierwszego miejsca spadł na ostatnie. Drugi już na drugiej pętli leżał w rowie. Miał kłopoty z żołądkiem. Górski wyszedł na prowadzenie mniej więcej na 30. kilometrze trasy.
– Od tamtej chwili powtarzałem sobie w kółko te same słowa: „Dojść do mety, dojść do mety”. Nikt nie byłby w stanie ściągnąć mnie wtedy z trasy. Wyobrażałem sobie, że jestem mistrzem, zastanawiałem się, jak to zostanie przyjęte w Polsce, jak mama to odbierze. Byłem zaprogramowany na sukces.

***

Wtedy w Alabamie był już zaprawiony w bojach. Dwa miesiące przed mistrzostwami zaliczył Bieg Śmierci. To prawdziwa próba charakteru. Trzeba pokonać trasę 100 mil ze Squaw Valley do Abur, miasteczka, w którym zaczęła się gorączka złota. Wystartowali o czwartej w nocy, w południe temperatura sięgnęła 50 stopni Celsjusza. Pierwsze 100 kilometrów przebiegł w 10 godzin i był w czołówce. A ostatnie dwadzieścia parę kilometrów przeszedł w 8,5 godziny. Dwa tygodnie nie mógł chodzić. Wtedy napisał przejmujące opowiadanie o tym, co zdarzyło się na trasie.

Mam za sobą osiemdziesiąt kilometrów. Teraz musze się wspiąć na wysokość 4365 stóp. Przez trzy kilometry idzie mi nieźle, bo stopy uciekają do tyłu i nie czuję bólu. Dobiegam na punkt medyczny. W palcach stóp robi się ciepło i miękko. Ropa nie ma ujścia. Po oczyszczeniu i założeniu opatrunku wolno ruszam dalej. Wiem, że czeka mnie osiem kilometrów ostrego zbiegu. Z minuty na minutę nogi sztywnieją coraz bardziej. Właśnie minęła dziesiąta godzina od startu. W nogach mam sto kilometrów. Chcę zdobyć srebrną klamrę. Wystarczy ukończyć bieg przed upływem 24 godzin. Jeszcze tylko 71 kilometrów. Za niecałe dziesięć dołączy do mnie Tom, mój przewodnik.
– Kolejny podbieg liczy 4,5 kilometra. Na punkcie medycznym odbywa się ważenie. Utrata dwóch procent masy ciała powoduje zachwianie koordynacji i duży spadek refleksu. Lekarze mogą nie dopuścić do dalszego biegu. Wchodzę na wagę – jestem lżejszy o osiem funtów. Lekarz odsyła mnie do boksu. Jem co popadnie: owoce, rosół, cukierki. W międzyczasie zakładają mi kolejne opatrunki, czyszczą rany, przekłuwają bąble. Jeszcze tylko wazelina między palce, zmiana skarpet i z pełnym żołądkiem na wagę. Waga zrobiona.
– Po kilkuset metrach powoli nabieram rytmu. Ból w stopach się wzmaga. Dłużej już nie mogę wytrzymać i wycinam otwory w butach. O Boże, jaka ulga. Dlaczego nie wpadłem na ten pomysł wcześniej?

– Dobiegam do kolejnego punktu medycznego. Znowu ważenie i przymusowe dożywianie. Wreszcie dołącza do mnie Tom, mój przewodnik. Ma taki sam numer startowy, lecz na innym tle. Od tego miejsca każdy z uczestników – nie tylko ja – może mieć pomocnika na trasie. Prowadzi ona przecież lasami po niebezpiecznych półkach skalnych. W przeszłości na trasie tego biegu zginęło kilka osób, dlatego wymyślono funkcję przewodnika. Cholerne zbiegi nie mają końca. Przede mną jeszcze najdłuższy, dwudziestokilometrowy. Łapię następny kryzys przed forsowaniem rzeki, która przecina szlak. Na szczęście brzegi łączy lina.
– Pierwsze zetknięcie stóp z lodowata wodą… parzy. Krew sączy się do wody. Ból jest nie do zniesienia. Na drugim brzegu zmieniam buty, koszulę, skarpety i ruszam w drogę. Tylko 35 kilometrów do mety. Jak niedużo w porównaniu do tego, co już mam za sobą. Myśl, że jest wciąż szansa zdobycia srebrnej klamry nie daje mi spokoju. Organizm jest jednak tak wycieńczony, że zaczyna się buntować. Załatwiam się na stojąco. Nogi nie chcą się ugiąć, z oczu płyną łzy. Mam dużą gorączkę i cały się trzęsę. Lekarz daje mi aspirynę, ktoś podaje bluzę z długim rękawem. Piję gorącą kawę i herbatę na przemian. Jem co mi dają z nadzieją, że mi pomoże. To oczywiście złudzenie.

– Gdy wyruszamy na ostatni, 24-kilometrowy odcinek jest trzecia rano. Dwie godziny do upragnionej srebrnej klamry. Organizm znowu odmawia posłuszeństwa. Chcę gdzieś usiąść i usnąć. Każdy krok to ból. Po 28 godzinach 5 minutach i 22 sekundach przekraczam linię mety. Jest miejsce 141. i tylko brązowa klamra. Ostatnie 24 kilometry szedłem 8 godzin 5 minut i 22 sekundy. Z dwóch tysięcy chętnych z całego świata do startu w tym biegu dopuszczono 420. Ukończyło go 208. 170 wycofało się na ostatnich 30 kilometrach.

***

W 1994 roku Górski miał wypadek. Pojechał na mistrzostwa Europy jako trener. Aby ustalić taktykę startową objeżdżał na rowerze trasę. Tuż przed hotelem potrącił go samochód. Na kilka dni stracił przytomność. Potem przez parę miesięcy tułał się po szpitalach. Miał obrzęk mózgu, połamane kości twarzy. Silne bóle głowy i zaniki pamięci towarzyszą mu do dzisiaj. Ale siedem miesięcy po wypadku zaliczył jeszcze ultramaraton na Hawajach. Chciał go ukończyć i ukończył. Spełniło się jego kolejne pragnienie. Nie ostatnie.

***

Sześć lat temu Górski założył w Głogowie klub – Centrum Sportowe Głogowski Triathlon. Tam daje innym możliwość realizowania swoich marzeń o triathlonie. – W 1996 roku odpowiadaliśmy za zorganizowanie w Głogowie Pucharu Europy w duathlonie, w 1997 nasze miasto było gospodarzem mistrzostw Europy w duathlonie – z dumą prezentuje kasetę wideo z tych zawodów. Transmitował je „Eurosport”.
Górski twierdzi, że jego klub działa nowocześnie, w stylu amerykańskim, choć siedzibę ma w miejskim Muzeum Archeologicznym. Spore pomieszczenie pełni funkcję biura, Sali reprezentacyjnej, a gdy trzeba, także magazynu. Klub zrzesza zawodników 12- i 68-letnich. 19-letni Bartłomiej Woszczyński jest mistrzem Polski w triathlonie na dystansie sprinterskim, startował już na ME i MŚ, 16-latka Ewa Nawrot to wicemistrzyni kraju. Podopieczni Górskiego zdobyli drużynowo Puchar Polski w juniorach starszych.

Nadal ma plany i wciąż nowe dążenia. Jest tym samym człowiekiem, który był na tyle słaby, żeby dać się omamić przez narkotyki i tak silny, by się od nich uwolnić. Dziś wie, że stało się tak, bo odnalazł swój dobry cel w życiu. – Jedni śpiewają, drudzy malują, trzeci piją, a ja biegam. Dla przyjemności. Stany natchnienia, które odczuwam w tych chwilach, sprawiają, że wszystko co potem robię, nawet prozaiczne czynności dnia codziennego, wydają mi się fascynujące. To jest lekarstwo dla każdego z nas. Jedni znajdują je szybciej, inni musza szukanie okupić latami błądzenia. Sytuacje życiowe w jakich się znajdujemy powodują, że weryfikujemy cele. Wszystkie są dobre, jeśli tylko nie wyrządzają nikomu krzywdy i wytyczając je sobie, kierujemy się pozytywnymi wartościami.
Dziś, po czternastu latach niebrania, Górski jest pewny, że do piekła nie wróci. – Moja siła bierze się z mojej słabości. Mam tu w głowie światełko ostrzegawcze, które nigdy nie gaśnie. Żyję zwyczajnie i mam się na baczności, bo najtrudniejsze w życiu człowieka jest normalne życie.
MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.